Do syna dzwonię od tygodnia - „wyciszony miałem, mamo, nie słyszałem". W środę u sąsiadki wybrałam jego numer z jej telefonu. Odebrał po drugim sygnale, służbowym głosem: „Halo, słucham?". Odłożyłam słuchawkę.
Stałam w kuchni u Tereski, a ona patrzyła na mnie znad swoich okularów do czytania i chyba od razu zrozumiała, bo nie zadała ani jednego pytania. Nalała mi herbaty z cytryną, podsunęła talerzyk z sernikiem i powiedziała tylko: „Siadaj, Bożena". Siedziałam. Piłam tę herbatę. I myślałam o tym, jak głos mojego syna brzmiał jak głos obcego człowieka, który odbiera telefon w biurze i jest gotowy pomóc klientowi.
Grzegorz ma czterdzieści dwa lata. Mieszka we Wrocławiu od piętnastu, pracuje jako elektryk w dużej firmie instalacyjnej, ma żonę Kasię i dwóch synów - Kubę i Olka. Ja jestem w Poznaniu, na tym samym osiedlu przy Piątkowskiej, w tym samym bloku, w którym Grześ dorastał. Trzy pokoje, balkon z widokiem na park, meblościanka, którą jego ojciec Andrzej zmontował w dziewięćdziesiątym trzecim i która stoi do dzisiaj, bo nie mam serca jej wyrzucić. Andrzej odszedł osiem lat temu - rak płuc, dziewięć miesięcy od diagnozy do końca. Grzegorz wtedy przyjeżdżał co tydzień. Siedział przy łóżku ojca, golił go, czytał mu „Przegląd Sportowy". Był tu.
Nie wiem, kiedy dokładnie przestał tu być. Nie było jednego momentu, jednego dnia, jednej kłótni. To się działo powoli, jak rdza na balustradzie - nie widzisz jej przez miesiące, a potem nagle łapiesz się, że metal pęka pod palcami.
Po pogrzebie Andrzeja Grzegorz zaczął dzwonić rzadziej. Raz na tydzień, potem raz na dwa tygodnie. Potem to ja dzwoniłam. Zawsze odbierał, zawsze mówił „cześć, mamo", zawsze pytał, czy zdrowa, czy ciepło w mieszkaniu, czy potrzebuję pieniędzy. Krótko, konkretnie, jakby odhaczał punkty na liście. Przyjeżdżał na Wigilię i na moje imieniny w marcu. Dwa razy w roku. Wnuki widziałam głównie na zdjęciach, które Kasia wrzucała na Facebooka.
Próbowałam rozmawiać. „Grześ, może przyjadę do was na weekend? Pomogę Kasi, zabiorę chłopców do parku". Odpowiadał: „Jasne, mamo, tylko teraz nie jest najlepszy moment, mamy remont". Albo: „Kuba jest chory, lepiej za tydzień". Za tydzień było to samo. Zawsze jakiś remont, jakiś katar, jakaś podróż służbowa.
Tereska - sąsiadka z naprzeciwka, znamy się trzydzieści lat - powiedziała mi kiedyś przy kawie: „Bożena, nie dręcz się. Faceci tak mają. Mój Darek dzwoni raz na miesiąc i jest szczęśliwy".
Ale Darek odbiera telefon od matki.
Tydzień temu zadzwoniłam do Grzesia, bo Kuba miał urodziny - trzynaste. Chciałam zapytać, co mu kupić, bo nie znam już jego gustów. Nie wiem, co ogląda, czym się interesuje, w co gra. Jestem babcią, która wysyła kartkę z dwustuzłotowym banknotem w środku i nadzieją, że dziecko się ucieszy. Telefon dzwonił, dzwonił, nikt nie odbierał. Wieczorem napisałam SMS-a: „Grześ, zadzwoń do mamy". Cisza. Następnego dnia znowu próbowałam. I następnego. I następnego.
W poniedziałek wreszcie oddzwonił. „Przepraszam, mamo, wyciszony miałem, nie słyszałem". Przez pięć dni? Chciałam zapytać, ale nie zapytałam. Pogadaliśmy trzy minuty. Powiedział, że Kuba dostał rower, że Olek ma szóstkę z matmy, że w pracy dużo zleceń. Rozłączył się pierwszy.
Tego wieczoru siedziałam na kanapie z albumem zdjęć na kolanach. Grześ z pierwszego dnia szkoły - za duży tornister, za duży uśmiech. Grześ na komunii - biała koszula, świeca, poważna minka. Grześ z Andrzejem na działce ROD - sadzą pomidory, obaj w za dużych gumowcach. Patrzyłam na tego chłopca i nie mogłam go połączyć z mężczyzną, który wycisza telefon, kiedy dzwoni matka.
W środę poszłam do Tereski po mąkę na pierogi. I nie wiem, co mnie podkusiło. Może to, że jej telefon leżał na stole, a ja akurat opowiadałam o tych nieodebranych połączeniach. „Tereska, mogę spróbować z twojego?" - zapytałam. Popatrzyła na mnie dziwnie, ale podała mi telefon bez słowa.
Wybrałam numer Grzesia. Znałam go na pamięć - dwadzieścia lat temu to on mi go dyktował, kiedy dostał pierwszą komórkę. „Zapisz, mamo, jakby co". Sygnał. Drugi sygnał. Klik.
„Halo, słucham?"
Oficjalny, grzeczny, natychmiastowy. Głos człowieka, który odbiera telefon, bo nie wie, kto dzwoni, i jest gotowy rozmawiać. Po drugim sygnale. Nie po piątym dniu.
Odłożyłam słuchawkę. Tereska stała przy lodówce z mąką w ręku i patrzyła na mnie, a ja poczułam coś dziwnego - nie złość, nie smutek, ale taką ciszę w środku, jakby ktoś wyłączył radio, które szumiało od lat. Nagle było cicho i w tej ciszy usłyszałam prawdę, której nie chciałam słyszeć.
Mój syn mnie unika. Świadomie, celowo, konsekwentnie. Nie chodzi o wyciszony telefon, remont, chorą Kubę ani służbowy wyjazd. On po prostu nie chce ze mną rozmawiać.
Wróciłam do siebie z tą mąką, zrobiłam pierogi ruskie - z tą ilością masła, którą Andrzej by pochwalił - i zjadłam je sama, przy kuchennym stole, z widokiem na park, w którym kwitły kasztany. Próbowałam sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek powiedziałam Grzesiowi coś, co go zraniło. Czy byłam za surowa, za natarczywa, za bardzo matką. Czy Kasia coś mu powiedziała. Czy ten dystans to jego wybór, czy może odpowiedź na coś, czego ja nie widzę.
Andrzej umiał z nim rozmawiać. Siadali na balkonie, pili piwo i gadali godzinami - o piłce, o samochodach, o niczym konkretnym. Ja zawsze chciałam rozmawiać o czymś ważnym. „Grześ, jak w pracy? Grześ, a może zmienisz mieszkanie, to za małe na czterech? Grześ, chłopców zapisz na basen". Może to było za dużo. Może matczyna troska wygląda inaczej z drugiej strony. Może brzmi jak kontrola.
Nie wiem.
Wczoraj napisałam do niego wiadomość. Długą, szczerą, taką jakiej nigdy wcześniej nie wysłałam. Że tęsknię. Że rozumiem, że ma swoje życie. Że nie chcę go kontrolować. Że chcę tylko wiedzieć, że jest i że mogę zadzwonić. Przeczytałam ją trzy razy, poprawiłam literówki i skasowałam. Napisałam zamiast tego: „Grześ, zrobiłam pierogi. Dużo wyszło". Wysłałam.
Wieczorem odpisał. Jeden wyraz. „Pycha".
I nie wiem, co z tym zrobić. Nie wiem, czy jechać do Wrocławia z tymi pierogami i stanąć pod jego drzwiami. Nie wiem, czy dzwonić dalej i udawać, że wszystko jest w porządku. Nie wiem, czy milczeć i czekać, aż sam zatęskni - jeśli kiedykolwiek zatęskni. Tereska mówi, żebym dała mu spokój. Córka mojej koleżanki z pracy mówi, że powinnam iść do psychologa i „przepracować relację". Moja siostra Jadwiga mówi, że trzeba jechać i postawić sprawę jasno.
A ja siedzę na tym balkonie, na którym Andrzej z Grzesiem pili piwo, i myślę, że jest coś gorszego niż kłótnia z dzieckiem. Jest cisza. Bo z krzykiem można walczyć - odpowiedzieć, przeprosić, trzasnąć drzwiami i potem wrócić. Ale kiedy twoje dziecko po prostu wycisza telefon, kiedy widzi twoje imię na ekranie - nie ma się z czym walczyć.
Zostaje tylko pytanie, które zadaję sobie co wieczór, zasypiając w tym mieszkaniu, które jest za duże dla jednej osoby: czy to ja zrobiłam coś nie tak, czy po prostu tak wyglądają rodziny, o których nikt nie pisze na Dzień Matki?