Przy kasie w drogerii leżały szminki. Ostatnią czerwoną miałam przed czterdziestką - potem słyszałam „nie wypada", najpierw od mamy, potem od córki. Kupiłam „Rubinowy wieczór" za trzydzieści dwa złote. Pomalowałam usta w windzie, zanim zdążyłam stchórzyć. Sąsiad z trzeciego ukłonił się pierwszy raz od dziesięciu lat.
Stałam potem przed lustrem w przedpokoju i patrzyłam na siebie jak na kogoś obcego. Nie dlatego, że ta szminka mnie odmieniła - bo przecież to tylko kolor na ustach. Ale dlatego, że zobaczyłam kobietę, która coś postanowiła. I zrobiła. Sama. Bez pytania nikogo o zdanie.
Mam na imię Bożena i od trzydziestu siedmiu lat mieszkam na tym samym osiedlu w Poznaniu, w bloku przy Piątkowskiej. Trzecie piętro, balkon wychodzący na plac zabaw, który dawno zamienili na parking. Kiedy się tu z Andrzejem wprowadzaliśmy, miałam dwadzieścia pięć lat, nowe meble z Emilii Plater i poczucie, że życie jest przede mną jak rozłożona obrusem stół wigilijny - pełne, obiecujące, pachnące.
Andrzej umarł osiem lat temu. Rak trzustki. Od diagnozy do pogrzebu - cztery miesiące. Potem zostałam z pustym mieszkaniem, z emeryturą z księgowości, z dwiema dorosłymi córkami i z poczuciem, że ktoś wyciągnął korek z wanny i wszystko po prostu spłynęło.
Ale ja nie o Andrzeju chcę opowiedzieć. Znaczy - też o nim. Bo to od niego zaczęło się to stopniowe znikanie. Moje znikanie. Tyle że wtedy jeszcze tego nie widziałam.
Andrzej był dobrym człowiekiem. Naprawdę dobrym. Ale miał jedno - nie znosił, kiedy przyciągałam uwagę. Kiedyś, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, kupiłam sobie sukienkę w kwiaty. Jaskrawą, z falbaną. Przymierzyłam, zakręciłam się w przedpokoju. Powiedział: „Bożena, nie masz dwudziestu lat. Ludzie pomyślą, że się wygłupiasz." Oddałam sukienkę następnego dnia.
Potem były buty na obcasie - „po co ci to, po lodzie się poślizgniesz". Krótka fryzura - „wyglądasz jak chłopak". Czerwona szminka - „to dla młodych albo dla takich, co to..." - nie dokończył, ale wiedziałam, co miał na myśli. I mama, która przytakiwała: „Andrzej ma rację, dziecko. Kobieta po czterdziestce powinna być schludna, ale nie rzucać się w oczy."
Więc przestałam się rzucać. Beże, szarości, brązy. Włosy do ramion, zawsze te same. Tusz do rzęs i odrobina pudru - jedyny makijaż od dwudziestu lat. Byłam jak tapeta. Czysta, zadbana tapeta w tle cudzego życia.
Kiedy Andrzej odszedł, pomyślałam, że może teraz coś się zmieni. Ale nic się nie zmieniło, bo okazało się, że ja już nie wiem, kim jestem bez tych reguł. Bez jego głosu, który mówił, co wypada. Więc dalej chodziłam w beżach. Dalej gotowałam rosół w niedzielę. Dalej siadałam na ławce pod blokiem i patrzyłam, jak inni ludzie żyją.
A potem przyszła Patrycja.
Patrycja to córka mojej młodszej, Agnieszki. Ma szesnaście lat, farbowane na różowo włosy i ten sposób mówienia, który najpierw mnie drażnił, a potem zaczął coś we mnie budzić. Bo Patrycja nie pyta o pozwolenie. Na nic.
Przyjechała do mnie na ferie zimowe w lutym, bo Agnieszka z mężem lecieli do Egiptu. Tydzień we dwie w moim mieszkaniu. Pierwszego wieczoru usiadła przy kuchennym stole, popatrzyła na mnie i powiedziała:
- Babciu, dlaczego ty zawsze wyglądasz, jakbyś szła na pogrzeb?
- Nie mów głupstw - odpowiedziałam i postawiłam przed nią herbatę z cytryną. - Ubieram się normalnie.
- No właśnie. Normalnie jak w serialu o smutnych ludziach. A ty jesteś smutna?
Chciałam powiedzieć „nie", ale słowo ugrzęzło mi gdzieś między gardłem a językiem. Bo prawda była taka, że nie wiedziałam. Nie byłam smutna. Nie byłam wesoła. Byłam... nikąd.
Patrycja przez cały tydzień robiła ze mną rzeczy, których nikt ze mną nie robił od lat. Poszłyśmy do galerii handlowej - nie po zakupy, tylko żeby przymierzać rzeczy bez kupowania, jak nastolatki. Włożyłam bordowy płaszcz z dużymi guzikami i Patrycja zrobiła mi zdjęcie w przymierzalni. Wyglądałam... inaczej. Nie lepiej, nie gorzej. Inaczej. Jak ktoś, kto istnieje.
Potem poszłyśmy do kina na komedię. Śmiałam się tak głośno, że pan w rzędzie przed nami się obejrzał. Chciałam przeprosić, ale Patrycja złapała mnie za rękę i szepnęła: „Nie przepraszaj za śmiech, babciu. Nigdy."
W przedostatni dzień ferii zadzwoniła Agnieszka. Zapytała, jak Patrycja się sprawuje. Powiedziałam, że świetnie. A potem dodałam, że byłyśmy w galerii i przymierzałam bordowy płaszcz.
Cisza. Potem: „Mamo, proszę cię, nie rób z siebie pośmiewiska. Masz sześćdziesiąt dwa lata."
Dokładnie tak. Te same słowa, tylko innym głosem. Andrzej, mama, teraz Agnieszka. Jakby gdzieś istniał skrypt, który kobiety mojego pokolenia muszą odsłuchiwać w kółko.
Nic nie odpowiedziałam. Odłożyłam telefon. Patrycja stała w drzwiach kuchni z kubkiem kakao i patrzyła na mnie tymi swoimi mądrymi oczami.
- Mama? - zapytała.
- Mama - potwierdziłam.
Patrycja pokiwała głową, jakby rozumiała więcej, niż szesnastolatka powinna.
Ferie się skończyły. Patrycja wróciła do Wrocławia. Zostałam sama ze swoim beżowym życiem. Ale coś się przesunęło. Jak meble, które ktoś odsunął o centymetr - niby wszystko na miejscu, ale noga zahacza o krawędź i człowiek się potyka.
Tydzień później stałam w drogerii po krem do rąk. Przy kasie - stojak ze szminkami. „Rubinowy wieczór". Ciemna czerwień, prawie bordowa, prawie ta, którą nosiłam za młodu, kiedy szłam z Andrzejem do kina Bałtyk na sobotni seans.
Wzięłam ją do ręki. Odłożyłam. Wzięłam znowu. Kasjerka - młoda dziewczyna, może w wieku Patrycji - uśmiechnęła się. „Ładny kolor" - powiedziała. I tyle wystarczyło.
Trzydzieści dwa złote. Tyle kosztuje mały bunt sześćdziesięciodwuletniej kobiety.
W windzie otworzyłam opakowanie. Ręce mi się trzęsły - nie ze strachu, tylko z czegoś, co chyba było podnieceniem. Pomalowałam usta, patrząc w metalowe odbicie drzwi. Krzywo. Poprawiłam palcem. Drzwi się otworzyły na trzecim piętrze.
Pan Zdzisław - sąsiad, emerytowany kolejarz, który od dekady mija mnie na klatce bez słowa. Spojrzał, zamrugał, a potem się ukłonił. Lekko, po staremu, jak do kogoś, kogo widzi się pierwszy raz.
„Dzień dobry pani" - powiedział. I jakoś inaczej zabrzmiało to „pani".
Weszłam do mieszkania. Stanęłam przed lustrem w przedpokoju - tym samym, w którym trzydzieści lat temu Andrzej powiedział mi, że czerwona szminka jest „dla takich, co to". Patrzyłam na swoją twarz. Zmarszczki wokół oczu, cienie pod nimi, włosy, które dawno posiwieły. I te usta - rubinowe, wyraźne, obecne.
Zadzwoniłam do Agnieszki. Odebrała po trzecim sygnale.
- Mamo, co się stało?
- Nic się nie stało. Chciałam ci powiedzieć, że kupiłam sobie czerwoną szminkę.
Cisza. Długa, znajoma cisza.
- Mamo...
- I zamierzam nosić bordowy płaszcz - dodałam. - I chodzić do kina. I śmiać się głośno.
- Mamo, ludzie będą gadać.
- Ludzie gadają od sześćdziesięciu dwóch lat, córeczko. Jakoś mnie to nie zabiło.
Agnieszka się rozłączyła. Nie wiem, czy była zła, zawstydzona, czy przestraszona. Może wszystko naraz. Może bała się tego samego, czego ja się bałam - że jeśli zacznę się zmieniać, to okaże się, ile lat zmarnowałam na bycie niewidzialną.
Wieczorem dostałam SMS-a od Patrycji. Jedno słowo i trzy wykrzykniki: „Babciu!!!"
Agnieszka musiała jej powiedzieć. Uśmiechnęłam się - i zobaczyłam w lustrze, jak rubinowe usta rozchodzą się w uśmiechu. Obcym i znajomym jednocześnie.
Teraz siedzę w kuchni. Szminka leży obok cukierniczki, między solniczką a serwetnikiem, jakby tam zawsze było jej miejsce. Jutro idę do fryzjerki. Nie wiem jeszcze, co jej powiem - może nic konkretnego, może tylko: „Proszę, niech pani zrobi coś innego niż zwykle."
Agnieszka nie oddzwoniła. Może oddzwoni jutro. Może za tydzień. Może przyjdzie i powie mi to samo, co Andrzej, co mama - że nie wypada, że ludzie, że wiek. A może nie powie. Może spojrzy na mnie i zobaczy kogoś, kogo nigdy nie znała - swoją matkę, która wreszcie istnieje w kolorze.
Nie wiem, co z tego wyjdzie. Wiem tylko, że nie zamierzam tej szminki chować do szuflady.