Złote gody wypadałyby w maju - gdyby Stefan dożył. Z rodziny pamiętał tylko wnuk. Przyszedł z jednym goździkiem: „dziadek mi kiedyś powiedział, że dla babci zawsze goździki, bo róże są na przeprosiny - a on nie miał za co przepraszać". Wstawiłam goździk do wazonu po mamie. Stał trzy tygodnie, jakby wiedział.

Bartek stał w drzwiach w tej swojej za dużej kurtce, z plecakiem na jednym ramieniu, i wyciągał do mnie ten kwiat jak przepustkę. Jakby nie wiedział, czy go wpuszczę. Miał dwadzieścia trzy lata, zarost na policzkach i oczy Stefana - szare, trochę za głęboko osadzone, z tym samym niepokojem w środku.

- Wejdź - powiedziałam. - Zrobię herbatę.

Nie widziałam go od pogrzebu. Od pogrzebu Stefana, czyli od dwóch lat i trzech miesięcy. Liczę, bo tak się robi, kiedy ktoś umiera - mierzy się czas dziurą, którą po sobie zostawił. Stefan umarł we wtorek rano, w styczniu, na zawał. Leżał na podłodze w warsztacie, między rozłożonymi narzędziami, jakby po prostu się położył odpocząć. Sąsiad znalazł go po południu, bo pies szczekał.

Bartek był jedynym z wnuków, który przyjechał na pogrzeb z drugiego końca Polski - z Wrocławia, gdzie studiował informatykę. Reszta rodziny? Córka Ewa zadzwoniła z Irlandii, powiedziała, że nie dostanie urlopu. Syn Marek przyszedł, stał z boku, wyszedł przed stypa. A Bartek - Markowy syn, ten, którego Marek niespecjalnie chciał wychowywać - siedział przy trumnie do końca i pomagał mi nosić wieńce.

Teraz stał w mojej kuchni na poznańskim Ratajach, w bloku, który znał od dziecka. Rozglądał się, jakby szukał zmian. Zmiany były. Zdjąłam zasłony Stefana - te brązowe, ciężkie, które uwielbiał, bo „chronią przed zimnem". Postawiłam kwiaty na parapecie. Wyrzuciłam meblościankę z salonu, tę z lat osiemdziesiątych, bo nie mogłam już na nią patrzeć.

- Ładnie tu, babciu - powiedział Bartek, siadając przy stole.

- Inaczej - poprawiłam. - Nie wiem, czy ładnie.

Herbatę piliśmy w ciszy. Bartek mieszał łyżeczką, chociaż nie dosypał cukru. Wreszcie odezwał się:

- Babciu, chciałem przyjść wcześniej. Na rocznicę śmierci dziadka. Ale tata powiedział, że lepiej cię nie denerwować.

Postawiłam filiżankę na spodeczku. Stuknęło.

- Denerwować? Dlaczego miałbyś mnie denerwować?

Bartek patrzył w blat stołu.

- Bo tata mówi, że ty masz do niego żal. I że jak przyjadę, to będzie awantura.

Miałam do Marka żal. To prawda. Ale nie za to, o czym myślał Bartek.

Stefan i Marek nie rozmawiali ze sobą przez ostatnie osiem lat życia Stefana. Osiem lat. Kłótnia zaczęła się od pieniędzy - od działki ROD, którą Stefan chciał przepisać na Ewę, a Marek uważał, że mu się należy. Potem doszły słowa, których się nie da cofnąć. Marek powiedział Stefanowi, że był złym ojcem. Stefan powiedział Markowi, że zmarnował sobie życie. Obaj mieli trochę racji. I obaj nie potrafili tego przyznać.

Przez te osiem lat próbowałam ich pogodzić. Dzwoniłam do Marka na zmianę z błaganiem i złością. Zapraszałam na Wigilię - nie przychodził. Na Wielkanoc - „nie dam rady". Na imieniny Stefana - cisza. W końcu Stefan powiedział mi: „Halina, przestań. On nie chce i nie będzie chciał. Zostaw to".

Zostałam z tym jak z kamieniem w kieszeni.

A kiedy Stefan umarł, Marek przyszedł na pogrzeb w garniturze, z twarzą zaciśniętą jak pięść, i nie powiedział ani jednego słowa o ojcu. Ani jednego. Przy trumnie stał może dziesięć minut. Na stypie zjadł kawałek sernika i wyszedł. Nie zapytał, czy potrzebuję pomocy. Nie zapytał, jak sobie radzę. Nie zapytał o nic.

Zadzwonił trzy miesiące później i spytał o testament.

- Babciu - Bartek przerwał ciszę. - Ja wiem, że tata nie jest... idealny.

- Nikt nie jest idealny, Bartku.

- Ale on... on naprawdę żałuje. Mówił mi kiedyś, że chciałby cofnąć tamtą rozmowę z dziadkiem. Tę ostatnią. Ale nie umiał.

Wstałam, żeby dolać wody do czajnika. Ręce mi lekko drżały - nie od starości, od złości. Bo znałam tę „ostatnią rozmowę". Stefan do końca o niej nie wspomniał. Dowiedziałam się po jego śmierci, z telefonu, który odblokowała mi pani w salonie. Marek napisał do ojca na dwa tygodnie przed zawałem. Jedno zdanie: „Przepraszam, że istniejesz".

Stefan przeczytał. Nie odpisał. Umarł.

Nie powiedziałam o tym Bartkowi. Nie wiedziałam, czy powinnam. Czy ten chłopak - jedyna osoba z rodziny, która przyszła do mnie z goździkiem, która pamiętała, co lubił dziadek - powinien wiedzieć, co napisał jego ojciec?

- Babciu, tata chciałby przyjść - powiedział Bartek cicho. - Na te złote gody. Znaczy... na ten dzień. Chciałby zapalić znicz na grobie dziadka.

Stałam przy oknie. Za szybą kwitły kasztany. Maj się rozpędzał, zielony i bezczelnie piękny, jakby nie wiedział, że ludziom umierają mężowie i synowie stają się obcymi.

- Chciałby - powtórzyłam. - A ty? Ty chcesz, żeby przyszedł?

Bartek podniósł na mnie oczy. Te szare, stefanowe.

- Ja chcę, żebyś ty chciała, babciu.

Cisza.

Usiadłam naprzeciwko niego. Goździk na parapecie był już blady, ale wciąż stał prosto w tym kryształowym wazonie, który dostałam od mamy na ślub. Pięćdziesiąt lat temu. Stefan niósł mnie wtedy przez próg, chociaż bolały go plecy od zmiany w warsztacie. Śmiałam się i mówiłam „puść, bo upuścisz". Nie upuścił.

- Wiesz, co mi dziadek jeszcze powiedział? - odezwał się Bartek. - Że gdyby mógł cofnąć jedną rzecz w życiu, to cofnąłby tamtą kłótnię z tatą. Nie dlatego, że miał Marka za dobrego syna. Ale dlatego, że dość się nakrzyczał i chciał mieć spokój na koniec.

Spokój na koniec. Stefan tego spokoju nie dostał. Umarł z telefonem, na którym było „przepraszam, że istniejesz".

Bartek wstał, założył plecak na ramię.

- Ja pojadę, babciu. Ale jakbyś chciała - to powiem tacie, że może przyjść w maju. Albo powiem, że nie może. Jak chcesz.

Odprowadzałam go do drzwi. W klatce schodowej pachniało środkiem do mycia podłóg i czyjąś kolacją. Bartek pochylił się, pocałował mnie w czoło. Zupełnie jak Stefan.

- Zadzwonię - powiedziałam.

Nie powiedziałam co. Nie powiedziałam komu.

Zamknęłam drzwi. Wróciłam do kuchni. Goździk w wazonie po mamie wciąż stał, wyschnięty, blady jak papier. Powinnam go wyrzucić - trzy tygodnie to za długo, nawet dla kwiatu, który jakby wiedział.

Nie wyrzuciłam.

Sięgnęłam po telefon Stefana, który trzymam w szufladzie pod rachunkami za prąd. Odblokowałam. Otworzyłam tę wiadomość od Marka. Przeczytałam jeszcze raz. „Przepraszam, że istniejesz". Trzy słowa. I pod spodem - drugie zdanie, którego wcześniej nie zauważyłam, bo ekran był za mały, a ja za bardzo płakałam.

„I przepraszam, że nie umiem tego powiedzieć inaczej".

Siedziałam z tym telefonem do zmroku. Maj pachniał kwitnącymi lipami za oknem. Do złotych godów zostało jedenaście dni. Goździk stał na parapecie. Nie wiedziałam, czy zadzwonię do Marka. Nie wiedziałam, czy mu powiem, że widziałam tę wiadomość. Nie wiedziałam, czy potrafię go wpuścić na cmentarz, na którym leży człowiek, który niósł mnie przez próg i nigdy mnie nie upuścił.

Wiedziałam tylko, że kwiat powinnam w końcu wyrzucić. Ale jeszcze nie dzisiaj.