Na czas remontu mojego mieszkania zamieszkałam u syna - „dwa tygodnie, mamo, góra trzy". Śpię na rozkładanym łóżku w gabinecie od marca. Wczoraj przez ścianę usłyszałam synową: „twoja matka chyba myśli, że to hotel".
Stałam wtedy boso na korytarzu, szłam do łazienki, i zamarłam z ręką na klamce. Ściany w ich mieszkaniu są cienkie - to nowy blok na Białołęce, ładny z zewnątrz, ale słychać wszystko. Każde słowo Patrycji przeszło przez tę ścianę jak przez papier. A potem usłyszałam coś gorszego - ciszę. Bo Tomek nic nie odpowiedział.
Wróciłam do gabinetu. Usiadłam na tym rozkładanym łóżku, które skrzypi przy każdym ruchu, i patrzyłam na swoje rzeczy. Walizka w rogu. Kosmetyczka na biurku syna, obok jego laptopa. Moja bluza na krześle. Pomyślałam: ile miejsca tak naprawdę zajmuję? I ile miejsca zajmuję w ich życiu, skoro mój syn nie potrafi powiedzieć jednego zdania w mojej obronie?
Mam sześćdziesiąt dwa lata. Przez czterdzieści lat pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Pradze. Mieszkanie, to które teraz remontują, dostałam jeszcze z przydziału, w osiemdziesiątym szóstym roku. Czterdzieści metrów, drugie piętro, okna na podwórko z kasztanem. To w nim wychowałam Tomka. Sama, bo Andrzej odszedł, kiedy syn miał cztery lata - nie umarł, po prostu odszedł do innej kobiety, do Radomia, i tyle go widzieliśmy.
Remont miał być prosty. Wymiana rur, bo zaczęło kapać u sąsiadki pode mną. Potem okazało się, że trzeba skuwać kafelki, potem że tynk pod spodem się sypie, potem - „pani Halino, tu jest grzyb za wanną, tego się nie da łatać". Dwa tygodnie zamieniły się w miesiąc, miesiąc w dwa. Ekipa, pan Wiesław z synem, pracuje solidnie, ale powoli, bo mają jeszcze trzy inne zlecenia. A ja nie mam gdzie mieszkać, bo kafelki w łazience wciąż leżą na korytarzu, a woda jest zakręcona.
Tomek sam zaproponował. Zadzwonił w lutym i powiedział: „Mamo, weź co potrzebujesz i przyjeżdżaj. Gabinet jest twój, ile trzeba". Patrycja stała wtedy obok - słyszałam, jak mówi „jasne, niech mama przyjedzie". Więc przyjechałam. Z walizką, kosmetyczką i poduszką, bo nie cierpię obcych poduszek.
Pierwsze dni były nawet miłe. Patrycja robiła mi herbatę rano, zanim wychodziła do pracy. Tomek żartował, że w końcu ktoś ugotuje porządny rosół, bo ja gotowałam dla nich codziennie - z wdzięczności. Wnuczka Hania, pięć lat, wchodziła do gabinetu wieczorami i prosiła, żebym czytała jej bajki. Myślałam: to jest rodzina. Właśnie tak to powinno wyglądać.
Ale tydzień za tygodniem coś się zmieniało. Małe rzeczy. Patrycja przestała zostawiać mi herbatę. Zaczęła zamykać drzwi do sypialni, czego wcześniej nie robiła. Kiedy gotowałam, wchodziła do kuchni i poprawiała mi przyprawy - „Halina, Hania nie je ostrego" - jakbym nie wiedziała, co je moja wnuczka. Raz powiedziała: „może nie trzeba prać codziennie, pralka chodzi non stop" - a ja prałam tylko swoje rzeczy, jedną małą pralkę co trzy dni.
Tomek tego nie widział. Albo nie chciał widzieć. Wychodził rano o siódmej do biura, wracał o szóstej, po kolacji siadał z laptopem. Czasem pytał: „Wszystko dobrze, mamo?" - a ja mówiłam „dobrze", bo co miałam powiedzieć? Że twoja żona patrzy na mnie, jakbym jadła z jej talerza?
Próbowałam być niewidzialna. Składałam łóżko o szóstej rano, żeby gabinet wyglądał normalnie. Swoje talerze myłam od razu po jedzeniu. Kiedy wieczorem chciałam obejrzeć serial, szłam do gabinetu i oglądałam na telefonie z słuchawkami, żeby nie zajmować telewizora w salonie. Wychodziłam na spacery, choć w marcu padało bez przerwy, bo czułam, że moja obecność w mieszkaniu jest jak meble, których jest za dużo.
A potem przyszedł ten czwartek. Patrycja wróciła z pracy wcześniej, zdenerwowana - coś z koleżanką, jakiś konflikt. Tomek robił Hani kolację. Ja siedziałam w gabinecie i rozmawiałam z panem Wiesławem przez telefon - mówił, że kafelki przyjdą za tydzień, ale fuga może nie być ta, którą wybrałam, i że w sumie to jeszcze ze trzy tygodnie.
Trzy tygodnie. Czyli koniec czerwca najwcześniej. Zamknęłam oczy.
A potem usłyszałam głos Patrycji z sypialni, tuż za ścianą. Nie krzyczała. Mówiła normalnym tonem, nawet spokojnie. Może właśnie dlatego to tak bolało.
- Tomek, twoja matka chyba myśli, że to hotel. Bo ja już nie mam siły. Nie mam swojej łazienki, nie mam swojej kuchni, Hania nie chce zasypiać, bo babcia czyta ciekawiej. Ja wiem, że to twoja mama, ale to jest nasze mieszkanie.
Cisza. Słyszałam, jak Tomek odkłada coś na szafkę. Może telefon, może kubek.
- No i co chcesz, żebym zrobił? - powiedział w końcu. Nie ze złością. Z rezygnacją. Jakby sam był zmęczony i nie wiedział, po czyjej stanąć stronie.
- Porozmawiaj z nią. Zapytaj, kiedy konkretnie ten remont się skończy. Bo ja tak nie mogę.
- Dobra. Pogadam.
Nie zapukał do mnie tego wieczoru. Ani następnego dnia. Ale ja już wiedziałam. Siedziałam w tym gabinecie i czułam się jak gość, który nie rozumie, że impreza dawno się skończyła.
Rano zadzwoniłam do Lucyny, koleżanki z dawnej pracy. Opowiedziałam jej wszystko. Lucyna powiedziała: „Halina, wynajmij coś na miesiąc, kawalerkę, pokój - cokolwiek. Nie pozwól, żeby cię z litości tolerowali".
Potem zadzwoniłam do pana Wiesława. Powiedziałam, że niech robi jak najszybciej, dopłacę za nadgodziny. Pan Wiesław westchnął i powiedział, że zobaczy, co da się zrobić.
Wieczorem Tomek wreszcie przyszedł do gabinetu. Usiadł na krześle przy biurku, tym, na którym wisiała moja bluza. Przełożył ją ostrożnie na łóżko.
- Mamo, jak tam remont? Jest jakiś termin?
Patrzyłam na niego. Mój syn. Mężczyzna, którego karmiłam, uczyłam, który płakał, kiedy ojciec nie przyjechał na komunię. Miałam mu powiedzieć, że słyszałam wszystko? Że wiem, iż moja obecność tutaj jest ciężarem?
- Pan Wiesław mówi, że do końca czerwca - powiedziałam spokojnie. - Ale wiesz co, Tomku, ja chyba wynajmę coś na te tygodnie. Żebyście mieli spokój.
Zobaczył, że wiem. Widziałam to w jego oczach - to krótkie mignięcie wstydu, które zaraz przykrył uśmiechem.
- Mamo, nie wygłupiaj się. Mieszkaj, ile trzeba.
Ale nie powiedział „zostań". Powiedział „mieszkaj, ile trzeba". I jedno, i drugie to słowa - ale między nimi jest przepaść.
Teraz siedzę na tym łóżku i przeglądam ogłoszenia o wynajmie pokoju na Pradze. Kawalerka na miesiąc kosztuje tyle, ile połowa mojej emerytury. Mogę sobie pozwolić - remont i tak zjada oszczędności, co za różnica. Ale myślę o czymś innym. Myślę o tym, że przez czterdzieści lat robiłam wszystko, żeby Tomek nigdy nie czuł się niechciany. I że może właśnie dlatego on nie umie powiedzieć tego samego mnie.
Za ścianą Hania się śmieje. Patrycja gra z nią w coś na dywanie. Jutro rano albo spakuję walizkę, albo wyjdę do kuchni i powiem: „Patrycja, usiądźmy, porozmawiajmy jak dorosłe kobiety". Jeszcze nie wiem, na co mnie stać.