Syn i córka od dwóch lat kłócą się przy mnie, kto dostanie dom „po mamie". W piątek podpisałam umowę dożywocia z sąsiadką Krysią - tą, która od zimy wozi mnie na rehabilitację. Dzieci dowiedzą się przy wigilijnym stole.
Dokument leży w szufladzie kredensowej, pod obrusem na Wigilię. Złożony na trzy, w białej kopercie z pieczątką kancelarii notarialnej. Czasem otwieram szufladę, żeby sprawdzić, czy tam jest. Jakby mógł zniknąć. Jakbym sama nie wierzyła w to, co zrobiłam.
Nazywam się Halina, mam sześćdziesiąt osiem lat i od czterdziestu mieszkam w tym samym domu na obrzeżach Wrocławia. Parterowy, z dobudowanym piętrem, które Henryk - mój mąż - postawił własnymi rękami w latach dziewięćdziesiątych. Ogródek, garaż, stara grusza przy furtce. Nic wielkiego. A jednak od dwóch lat moje dzieci prowadzą o ten dom wojnę, jakby chodziło o pałac.
Henryk umarł pięć lat temu. Rak płuc, osiem miesięcy od diagnozy do końca. Palił czterdzieści lat, więc nikt się nie zdziwił, ale ja i tak nie byłam gotowa. Nikt nie jest. Zostałam z domem, emeryturą po mężu i dwójką dorosłych dzieci, które - jak mi się wtedy wydawało - kochają się nawzajem i kochają mnie.
Tomek ma czterdzieści trzy lata, jest elektrykiem, mieszka z żoną Agnieszką w bloku na Psim Polu. Marzena - czterdzieści jeden, rozwódka, z piętnastoletnim Kubą wynajmuje mieszkanie na Krzykach. To Marzena pierwsza powiedziała to głośno, przy niedzielnym obiedzie, niecałe trzy lata po pogrzebie ojca.
- Mamo, musimy porozmawiać o domu. Bo Kubuś dorasta, potrzebujemy miejsca, a ty sama tutaj…
Nie dokończyła. Nie musiała. Tomek odłożył widelec i powiedział spokojnie:
- Jeśli ktoś ma dostać ten dom, to ja. Tata budował piętro dla mnie. Pamiętasz, Marzena? Mówił, że syn przejmie.
- Tata mówił dużo rzeczy - odpowiedziała Marzena. - A ja mam dziecko i wynajmuję kawalerkę.
Siedziałam między nimi z talerzem rosołu i czułam, jak coś pęka. Cicho, bez trzasku. Jak nitka w swetrze, którą wyciągasz i wyciągasz, aż dziura robi się nie do naprawienia.
Od tamtego obiadu każde odwiedziny zamieniały się w to samo. Tomek dzwonił w środy i zaczynał od pogody, a kończył na akcie notarialnym. Marzena wpadała w soboty z ciastem i herbatą, ale nim zdążyłam umyć filiżanki, wyciągała temat przepisania domu. Oboje mieli argumenty. Oboje mieli rację - i oboje jej nie mieli.
Tomek powoływał się na tradycję, na słowa ojca, na to, że wkładał pieniądze w remont dachu trzy lata temu. Marzena mówiła o potrzebach Kubusia, o tym, że po rozwodzie z Darkiem została z niczym, o tym, że córka powinna być bliżej matki. Kłócili się przy mnie, nade mną, obok mnie - jakbym była meblościanką, którą też trzeba jakoś podzielić.
W zeszłym roku, na Wielkanoc, Marzena nie przyszła, bo Tomek zapowiedział, że przyjdzie z Agnieszką. Święconkę jadłam z synem i synową, ale czułam puste krzesło córki jak wyrzut sumienia. Na Boże Narodzenie przyszła Marzena, a Tomek nie. Powiedział, że nie będzie siedział przy stole z siostrą, która - cytuję - „kombinuje mu dom sprzed nosa".
Moje dzieci przestały ze sobą rozmawiać. Przez dom, w którym jeszcze żyję.
A ja w tym wszystkim chorowałam. Po upadku na oblodzonym chodniku w styczniu - złamanie biodra, operacja, miesiąc w szpitalu, potem rehabilitacja. Tomek przyjechał raz, na pół godziny, bo miał zlecenie. Marzena dzwoniła, ale sama nie ma samochodu, a z Krzyków do szpitala na Brochowie dwa autobusy i tramwaj.
Przyjechała Krysia. Sąsiadka z domu naprzeciwko, siedemdziesiąt dwa lata, emerytowana pielęgniarka. Krysia, która od trzydziestu lat mówi mi „Halinko" i pożycza cukier przez płot. Krysia, z którą w lecie siadamy na ławce pod gruszą i narzekamy na biodra, ciśnienie i pogodę.
Od stycznia woziła mnie na rehabilitację trzy razy w tygodniu. Swoim starym fiatem, który na zakrętach trzeszczy jak beczka. Robiła mi zakupy, gdy nie mogłam chodzić o kulach po śliskim chodniku. Gotowała zupę na dwa domy. Kiedy w marcu złapałam grypę i leżałam z gorączką, to Krysia siedziała przy mnie do północy z termometrem i herbatą z miodem.
Nie prosiłam jej o to. Nie obiecywałam nic w zamian. Po prostu przyszła i została.
W maju, kiedy już chodziłam normalnie, Tomek zadzwonił. Nie zapytał, jak biodro. Powiedział, że rozmawiał z prawnikiem i że mogłabym podpisać na niego zapis testamentowy z dożywociem, bo - cytuję znowu - „po co czekać, mamo, i tak kiedyś trzeba to załatwić". Tego samego dnia wieczorem napisała Marzena. SMS, dwanaście słów: „Mamo, jeśli Tomek dostanie dom, nie licz na to, że mnie zobaczysz."
Dwanaście słów. Tyle wystarczy, żeby matce pękło serce.
Przez całe lato myślałam. Nie spałam po nocach, patrzyłam w sufit sypialni, w te rysy w tynku, które Henryk zawsze obiecywał zamalować. Dom skrzypiał pode mną jak stary człowiek. Mój dom. Jeszcze mój.
We wrześniu podjęłam decyzję. Nie powiedziałam nikomu. Poszłam do kancelarii notarialnej na Rynku, wyjaśniłam sytuację. Notariusz - młoda kobieta, trzydzieści parę lat - patrzyła na mnie znad okularów i pytała dwa razy, czy jestem pewna. Byłam.
Umowa dożywocia. Krysia przejmuje dom po mojej śmierci. W zamian zobowiązuje się do opieki: wspólne zamieszkanie lub bliskość, pomoc w codziennych sprawach, zapewnienie wyżywienia, a gdybym tego potrzebowała - opieki pielęgniarskiej. Krysia, która i tak to wszystko robiła od miesięcy za darmo.
W piątek podpisałyśmy obie. Krysia płakała. Ja nie. Czułam spokój, którego nie miałam od lat. I coś jeszcze - coś ostrego pod żebrami, jak odłamek kości, który nie do końca się zrósł.
Bo wiem, co zrobię za trzy tygodnie.
Wigilia. Dwanaście potraw, biały obrus, opłatek. Zaprosiłam oboje - i Tomka z Agnieszką, i Marzenę z Kubusiem. Zadzwoniłam do każdego osobno, powiedziałam, że to może ostatnia Wigilia, kiedy jeszcze daję radę ugotować barszcz i ulepić uszka. Że proszę, żeby przyszli. Dla mnie. Oboje powiedzieli tak.
Przy stole im powiem. Nie wiem jeszcze jak. Może po opłatku, może po barszczu, kiedy Kubuś pójdzie sprawdzić prezenty pod choinką i zostaniemy we czworo - ja, syn, córka i cisza. Położę kopertę na stole, między talerzami, i powiem to, co powinnam była powiedzieć dwa lata temu: że ten dom nie jest do podziału, bo nie jest spadkiem. Jest moim życiem. I oddałam go tej, która o to życie dba.
Krysia wie. Powiedziała, żebym się nie śpieszyła z mówieniem, że mogę poczekać. Ale ja nie chcę czekać. Dość się naczekałam - na telefon od syna, na wizytę od córki, na jedno normalne zdanie, w którym nikt nie mówi o metrażu i księgach wieczystych.
Czasem myślę, że postąpiłam okrutnie. Że matka nie powinna tak karać własnych dzieci. A potem słyszę tamten SMS Marzeny i widzę Tomka, który przyjechał do szpitala na trzydzieści minut, i pytam siebie: czy to ja ich ukarałam? Czy oni ukarali siebie sami?
Nie znam odpowiedzi. Może przy wigilijnym stole, kiedy zobaczę ich twarze, odpowiedź przyjdzie sama. A może nie przyjdzie nigdy.
Koperta leży w szufladzie, pod obrusem. Czeka razem ze mną.