Prawnuk ma trzy miesiące. Znam go z ekranu - „wirusy, babciu, sama rozumiesz". W sobotę w parku minęłam ich z wózkiem, szli z żoną wnuka i jej koleżanką. Przystanęłam przy ławce, jakbym odpoczywała, i skręciłam w swoją stronę.
Szłam potem aleją w stronę przystanku i nogi mi się trzęsły. Nie z wysiłku - chodzę całkiem dobrze jak na swoje siedemdziesiąt osiem lat. Trzęsły mi się ze wstydu. Bo ja, Halina Majewska, emerytowana nauczycielka z czterdziestodwuletnim stażem, kobieta, która przez całe życie stawiała na godność, właśnie udawałam w parku kogoś obcego. Przy własnym prawnuku.
Kuba - tak mu dali na imię, dowiedziałam się z SMS-a od wnuka Michała trzy miesiące temu - leżał w wózku jakieś trzy metry ode mnie. Widziałam czubek białej czapeczki. Słyszałam, jak żona Michała, Ola, mówi do koleżanki: „Właśnie zaczął trzymać główkę, patrz". I tyle. Tyle mi zostało z mojego prawnuczęcia.
Wróciłam do domu na osiedle, zrobiłam sobie herbatę z cytryną, usiadłam w kuchni i patrzyłam na kubek, aż herbata ostygła. Mieszkanie na trzecim piętrze bloku przy Broniewskiego w Poznaniu. Trzy pokoje, meblościanka po Zdzisławie, serwetki, które szydełkowałam jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Cisza taka, że słyszałam zegar w przedpokoju.
Jak do tego doszło? Sama się czasem pytam, a przecież znam odpowiedź. Tylko że ta odpowiedź ma wiele warstw i nie wiem, od której zacząć.
Może od Zdzisława. Mąż zmarł osiem lat temu. Rak płuc, pół roku od diagnozy do końca. Zostałam sama z mieszkaniem, emeryturą z ZUS-u i dwiema dorosłymi córkami - Renatą i Joanną. Renata mieszka pod Wrocławiem, jesteśmy w dobrym kontakcie, dzwoni co niedzielę. Asia - Joanna - mieszka tu, w Poznaniu, piętnaście minut autobusem. I to właśnie z Asią zaczęło się wszystko psuć.
Michał jest synem Asi. Moim jedynym wnukiem. Kiedy był mały, odbierałam go ze szkoły, robiłam mu kanapki z dżemem, uczyłam tabliczki mnożenia. Przychodzili z Asią na niedzielne obiady - rosół, schabowe, sernik na zimno. Normalne, zwykłe polskie życie. Myślałam, że tak będzie zawsze.
Nie wiem dokładnie, kiedy Asia zaczęła się ode mnie odsuwać. Może wtedy, gdy powiedziałam jej, że nowy partner - ten po rozwodzie z Krzysztofem - nie wydaje mi się odpowiedni. Dariusz. Starszy od niej o dwanaście lat, rozwiedziony, dwójka dzieci. „Mamo, nie prosiłam o opinię" - powiedziała. Miała rację. Nie prosiła. Ale ja byłam jej matką i martwiłam się. Czy to grzech?
Potem było gorzej. Powiedziałam raz przy Dariuszu, że Krzysztof przynajmniej dbał o Michała. Głupie zdanie, wiem. Widziałam, jak Asia zacisnęła usta, a Dariusz odstawił widelec i popatrzył w talerz. Przeprosiłam. Ale słowo już poszło.
Potem święta. Wigilia dwa lata temu. Asia przyszła z Dariuszem, Michał przyprowadził Olę - wtedy jeszcze narzeczoną. Siedzieliśmy przy stole, łamaliśmy się opłatkiem. Dariusz złożył mi życzenia, całkiem ładne. A ja - Boże, czemu nie ugryzłam się w język - powiedziałam coś o tym, że życzę mu, żeby dobrze traktował moją córkę, „bo poprzednia żona chyba miała inne doświadczenia". Usłyszałam to gdzieś od sąsiadki. Nawet nie wiem, czy to prawda.
Asia wstała od stołu. „Mamo, to ostatni raz" - powiedziała cicho, żeby Michał nie słyszał z drugiego pokoju. „Ostatni raz pozwalam ci robić coś takiego przy moim partnerze".
Nie był ostatni. Bo ja nie potrafiłam przestać. Rozumiem to dopiero teraz - że za każdym razem, gdy mówiłam coś o Dariuszu, tak naprawdę mówiłam Asi: „potrzebuję cię, nie odchodź dalej ode mnie". Tylko że to brzmiało jak atak. I Asia w końcu zamknęła drzwi.
Nie od razu. Najpierw telefony raz w tygodniu zamiast trzech. Potem SMS zamiast telefonu. Potem cisza, przerywana moimi próbami: „Asiu, może wpadniesz?", „Asiu, upiekłam szarlotkę, tę twoją ulubioną". Odpowiedzi coraz krótsze: „Nie dam rady", „Może w przyszłym tygodniu". Przyszły tydzień nie nadchodził.
Michał jeszcze przez jakiś czas dzwonił. Mówił: „Babciu, mama potrzebuje czasu". Ja pytałam: „Czasu na co?". Nie odpowiadał. Potem Michał się ożenił - na weselu byłam, Asia siedziała przy innym stole, przywitałyśmy się jak znajome z poczekalni u lekarza. Uścisnęłyśmy sobie dłonie. Dłonie, nie ciała. Ktoś zrobił nam zdjęcie. Mam je w albumie. Dwie uśmiechnięte kobiety. Nikt by nie powiedział, że to matka i córka, które od roku nie rozmawiały naprawdę.
A potem Ola zaszła w ciążę i zadzwonił Michał. „Babciu, będziesz prababcią!" Płakałam ze szczęścia. Myślałam - to jest ten moment. Teraz się wszystko ułoży. Nowe życie, nowy początek. Kupiłam włóczkę, zaczęłam robić na drutach sweterek. Malutki, biały, z misiem.
Kuba urodził się w lutym. Michał przysłał zdjęcie. Napisałam: „Kiedy mogę przyjść?". Odpowiedź przyszła po sześciu godzinach: „Babciu, teraz jest ciężko, wirusy, sezon grypowy, sama rozumiesz. Połączymy się na wideo". I połączyliśmy się. Widziałam prawnuka na ekranie telefonu. Machałam do niego, jakby siedmiodniowe dziecko mogło mnie zobaczyć. Trzymałam się dzielnie do końca rozmowy, a potem siedziałam na kanapie i trzymałam w rękach ten sweterek, bo nie miałam komu go dać.
Wiem, co się naprawdę stało. Asia powiedziała im, żeby mnie trzymali na dystans. Wirusy to pretekst - Ola wrzuca na tego Instagrama zdjęcia Kuby z jej rodzicami, z koleżankami, z sąsiadką. Widziałam. Renata mi pokazała, bo sama nie umiem obsługiwać tych aplikacji. „Mamo - powiedziała Renata przez telefon, ostrożnie dobierając słowa - może powinnaś porozmawiać z Asią. Wprost. Zapytać, co byłoby potrzebne, żeby..."
Żeby co? Żeby mogła wziąć prawnuka na ręce? Żeby mogła przyjść z tym sweterkiem i paczką pierogów? Żeby ktoś powiedział „babciu" nie do ekranu, tylko do mnie?
W niedzielę, dzień po tym, jak minęłam ich w parku, wzięłam telefon i napisałam do Asi. Nie do Michała. Do niej. Palce mi się trzęsły nad klawiaturą. Napisałam: „Asiu, przepraszam. Za wszystko. Chciałabym porozmawiać. Nie muszę mieć racji. Chcę tylko być blisko". Sprawdziłam trzy razy, czy nie ma tam nic o Dariuszu. Nie było. Wysłałam.
Minęły dwa dni. Asia nie odpisała.
Ale nie skasowała wiadomości - Renata mówi, że byłyby dwa szare ptaszki, a jest jeden niebieski. Nie wiem, co to dokładnie znaczy, ale Renata powiedziała, że to znaczy, że przeczytała.
Siedzę teraz w kuchni, herbata znowu stygnie, i myślę o tym, czy powinnam napisać jeszcze raz, czy czekać. Czy powiedzieć Michałowi prawdę - że widziałam ich w parku i nie podeszłam, bo się bałam. Że stoję w kolejce do własnej rodziny jak petentka w urzędzie. Sweterek leży na komodzie w sypialni, w reklamówce, gotowy od trzech miesięcy.
Czasem myślę, że to ja wszystko zepsułam i nie mam prawa niczego żądać. A czasem myślę, że siedemdziesiąt osiem lat to wystarczająco dużo, żeby wiedzieć jedno - czasu jest coraz mniej, a duma to zimna poduszka na starość.
Nie wiem, czy Asia odpisze. Ale ten sweterek muszę w końcu komuś dać.