Mamę myłam, karmiłam i nosiłam osiem lat, do samego końca. Brat wtedy „budował się". W niedzielę przy torcie powiedział: „tobie było łatwiej, ty zawsze byłaś jej ulubienicą". Nikt przy stole nie zaprotestował.
Tort był czekoladowy, z wiśniami. Taki sam, jaki mama robiła na imieniny taty, kiedy jeszcze miała siłę stać przy kuchence. Upiekłam go sama, bo chciałam, żeby pierwsze urodziny Kacpra - wnuka Marka - miały w sobie coś z tamtego domu. Coś, co pachniało kakao i ciepłym masłem. Postawiłam go na stole, a Marek nawet nie zauważył. Był zajęty opowiadaniem o nowym tarasie.
Mam na imię Bożena, za trzy miesiące skończę sześćdziesiąt lat. Przez trzydzieści pięć pracowałam jako księgowa w firmie transportowej pod Poznaniem. Marek jest ode mnie młodszy o cztery lata. Zawsze powtarzał, że to ja byłam tą ważniejszą - tą, którą mama bardziej kochała. Jakby miłość matki dało się ważyć na szalce jak mąkę.
Kiedy tata odszedł w dziewięćdziesiątym ósmym - nagle, zawał w warsztacie - mama miała pięćdziesiąt dziewięć lat i zaczęła się powoli zapadać. Nie od razu. Najpierw to były drobnostki. Zapominała, gdzie położyła klucze. Myliła dni tygodnia. Raz zadzwoniła do mnie w środku nocy i zapytała, czy tata wrócił z nocnej zmiany. Tata nie żył od dwóch lat.
Lekarz powiedział: Alzheimer. Powiedział to spokojnie, jakby mówił o przeziębieniu. Ja stałam w tym gabinecie na NFZ-cie, trzymałam mamę za rękę i czułam, jak mi się nogi uginają. Mama uśmiechnęła się do lekarza i zapytała: „A kiedy mogę wracać do pracy?". Nie pracowała od siedmiu lat.
Marek wtedy budował dom. Duży, pod Swarzędzem, z dwustanowiskowym garażem i ogrodem, o którym żona Anka marzyła od ślubu. Kiedy zadzwoniłam do niego wieczorem i powiedziałam o diagnozie, milczał chwilę, a potem westchnął: „Bożena, ja teraz mam tyle na głowie z tą budową, że nie wiem, czy dam radę pomagać. Ale ty mieszkasz bliżej, prawda?".
Mieszkałam bliżej. Cztery przystanki autobusem. Marek - czterdzieści minut samochodem. Ta różnica czterdziestu minut kosztowała mnie osiem lat życia.
Pierwszy rok był jeszcze znośny. Mama rozpoznawała mnie, choć zdarzało się, że mówiła do mnie „Halinko" - imieniem swojej siostry. Przychodziłam po pracy, robiłam zakupy, sprzątałam, gotowałam na dwa dni do przodu. W weekendy zabierałam ją na spacer po osiedlu, bo lekarz mówił, że ruch jest ważny. Mama lubiła patrzeć na gołębie przy ławce pod blokiem. Śmiała się, kiedy podfruwały.
Marek wpadał raz na dwa tygodnie. Czasem na godzinę, czasem na piętnaście minut. Przywoził kwiaty. Mama się cieszyła, bo kwiaty rozumiała do końca. Anka nie przychodziła prawie wcale - „bo budowa, bo Kacperek, bo ona tego nie umie, bo jej serce nie wytrzymuje takiego widoku".
A moje serce wytrzymywało?
W trzecim roku mama przestała chodzić sama. Musiałam ograniczyć pracę do pół etatu - szefowa, pani Irena, patrzyła na mnie ze współczuciem, ale rachunki za prąd tego współczucia nie przyjmowały. Mój mąż Wojtek pomagał, jak mógł. Wracał z fabryki o szesnastej, przejmował mamę, a ja jechałam na popołudniowe godziny w biurze. Tak kręciliśmy się jak chomiki w kółku. Bez wakacji, bez weekendów, bez chwili, kiedy mogłabym po prostu usiąść i nie myśleć o niczym.
Markowi mówiłam. Wiele razy. „Marek, potrzebuję pomocy. Chociaż jeden dzień w tygodniu. Chociaż środa." On odpowiadał: „Bożena, ja bym chciał, ale teraz te wykończeniówki mnie wykańczają, ha ha". Śmiał się z własnego żartu. Ja nie potrafiłam.
W piątym roku mama przestała mnie rozpoznawać. To był wtorek, pamiętam dokładnie. Umyłam ją, ubrałam w czystą koszulę nocną, posadzałam w fotelu. Spojrzała na mnie i zapytała: „Przepraszam, pani tu pracuje?". Wyszłam do łazienki, usiadłam na brzegu wanny i płakałam tak cicho, jak umiałam, żeby nie słyszał Wojtek.
Markowi powiedziałam o tym przez telefon. Znowu cisza, znowu westchnienie. „Może ją dać do ośrodka? Są takie domy, dobre, prywatne." - „Za jakie pieniądze, Marek?" - „No, nie wiem. Ja teraz mam kredyt na dom."
Kredyt na dom. Dom z tarasem i ogrodem. W którym nigdy nie stanęło łóżko dla mamy.
W szóstym i siódmym roku nosiłam ją dosłownie. Na rękach. Z łóżka do łazienki. Z łazienki do kuchni. Czterdzieści osiem kilogramów, tyle z niej zostało. Wojtkowi zaczął szwankować kręgosłup, więc coraz częściej robiłam to sama. Rano przed pracą i wieczorem po pracy. W nocy, kiedy mama budziła się zdezorientowana i krzyczała. Moje ramiona bolały tak, że nie mogłam podnieść czajnika.
Marek wtedy urządził parapetówkę. Nie przyszłam, bo mama miała gorączkę. Anka zadzwoniła nazajutrz i powiedziała sucho: „Szkoda, że nie mogłaś. Marek się martwił". Martwił się, że nie widziałam jego nowych płytek w łazience.
Mama odeszła w marcu, cicho, we śnie, trzymając moją dłoń. Miała osiemdziesiąt jeden lat. Przy jej łóżku stał kubek z herbatą z cytryną, bo do końca podawałam jej herbatę, nawet kiedy nie mogła już pić. Zapach cytryny kojarzy mi się teraz z umieraniem i pewnie już zawsze będzie.
Marek przyjechał na pogrzeb w nowym garniturze. Płakał. Szczerze, naprawdę płakał. Widziałam, że cierpi, i przez chwilę poczułam coś w rodzaju bliskości - jedynej, jaką mogą mieć rodzeństwa, które razem straciły matkę.
A potem była niedziela. Urodziny Kacpra. Ten czekoladowy tort. Marek siedział naprzeciwko mnie, Anka obok niego, mój Wojtek po mojej lewej, córka Marka Patrycja z mężem po prawej. Rozmawialiśmy o niczym - o pogodzie, o cenach paliwa, o tym, że Kacperek zaczął raczkować.
I wtedy Marek powiedział to. Tak po prostu, między jednym kęsem tortu a drugim, jakby mówił o wyniku meczu.
- Wiesz, Bożena, tobie to jednak było łatwiej z mamą. Ty zawsze byłaś jej ulubienicą. Ona przy tobie była spokojniejsza.
Łatwiej. Osiem lat. Połowa etatu. Zrujnowane plecy. Noce bez snu. Łzy w łazience. I to było „łatwiej", bo mama przy mnie była spokojniejsza.
Spojrzałam na Anię - milczała. Na Patrycję - patrzyła w talerz. Na Wojtka - zacisnął szczękę, ale też nic nie powiedział. Nikt. Ani jedno słowo sprzeciwu. Jakby to, co Marek powiedział, było oczywiste. Jakby wszyscy przy tym stole od lat tak myśleli.
Wstałam spokojnie. Zabrałam swój talerz do kuchni. Umyłam go pod bieżącą wodą, wytarłam ściereczką, odstawiłam na suszarkę. Wojtek pojawił się w drzwiach.
- Bożena, nie przejmuj się, on jest głupi.
- Nie jest głupi - odpowiedziałam. - On naprawdę tak myśli. I oni wszyscy tak myślą.
Wojtek milczał, bo wiedział, że mam rację.
Wróciliśmy do domu. Przez całą drogę nie odezwałam się ani słowem. W mieszkaniu usiadłam przy kuchennym stole, tym samym, przy którym osiem lat karmiłam mamę zupą z łyżeczki. Pomyślałam o tym, że przez te wszystkie lata ani razu nie zapytałam Marka wprost: dlaczego mi nie pomagasz? Zawsze prosiłam. „Chociaż środa." „Chociaż na godzinę." Nigdy nie postawiłam sprawy jasno. Nigdy nie powiedziałam: to jest niesprawiedliwe i ty o tym wiesz.
Może powinnam była. A może nie zmieniłoby to nic.
Od tamtej niedzieli minął miesiąc. Marek dzwonił dwa razy. Za pierwszym razem nie odebrałam. Za drugim odebrałam i rozmawialiśmy pięć minut o niczym. Nie przeprosił. Nie wrócił do tematu. Ja też nie.
Czasem myślę, że powinnam mu powiedzieć wszystko. Opisać każdą noc, każdy kilogram mamy na moich ramionach, każdą łzę w łazience. Żeby zrozumiał. A czasem myślę, że nie ma sensu - że ludzie, którzy nie nosili, nigdy nie zrozumieją, ile to waży.
Na parapecie w kuchni stoi kubek mamy. Ten z herbatą z cytryną. Nie potrafię go schować. Czasem go biorę do ręki i trzymam, i zastanawiam się, czy mama naprawdę kochała mnie bardziej, czy po prostu wiedziała, że to ja przyjdę.