Całe życie za kierownicą siedział mąż. Po pogrzebie rodzina orzekła: „auto sprzedajemy, po co ci". W czwartek zdałam egzamin teoretyczny - najstarsza na sali, za pierwszym podejściem. Auto zostaje.
Kiedy instruktor odczytał wyniki, zerknęłam na tablicę - siedemdziesiąt dwa na siedemdziesiąt cztery. Chłopak obok mnie, może dwudziestoletni, oblał. Uśmiechnęłam się, ale nie do niego. Do siebie. Pierwszy raz od czterech miesięcy poczułam coś poza tym ciężkim, mokrym smutkiem, który wsiąkał we mnie jak deszcz w jesienną ziemię.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt dwa lata i przez trzydzieści osiem lat byłam żoną Ryszarda. To dużo lat. Wystarczająco, żeby zapomnieć, kim się było przed ślubem. Ryszard był kierowcą ciężarówki, potem taksówkarzem, a na końcu - emerytem, który swoją srebrną Skodę traktował jak trzecie dziecko. Myj, poleruj, wymieniaj olej co pięć tysięcy. Ja siedziałam zawsze po prawej stronie. Przez trzydzieści osiem lat - po prawej.
Ryszard umarł w styczniu. Trzustka. Od diagnozy do pogrzebu minęło jedenaście tygodni. Jedenaście tygodni, w których świat się skurczył do szpitalnego korytarza, zapachu lizolu i ciągłego dzwonienia telefonu. Córka Magda przyjeżdżała z Wrocławia co weekend. Syn Darek dzwonił z Poznania codziennie, ale przyjechał dwa razy. Mówił, że praca, że nie może, że szef. Nie oceniam. Każdy radzi sobie, jak umie.
Pogrzeb był w piątek. Padał mokry śnieg. Ludzi przyszło sporo - sąsiedzi z osiedla, koledzy Ryszarda z dawnej firmy transportowej, kilka pań z mojego sklepu, w którym przepracowałam dwadzieścia sześć lat za ladą, zanim przeszłam na emeryturę. Na stypie w domu kultury Magda postawiła bigos i sernik. Darek nalał sobie wódki i powiedział to zdanie, które do dziś słyszę w głowie, jakby ktoś je nagrał na taśmie.
„Mamo, auto trzeba sprzedać. Po co ci ono. Ty nawet prawa jazdy nie masz."
Magda pokiwała głową. Szwagierka Bożena dodała: „No bo Halinka, sam parking, ubezpieczenie, przeglądy - to są koszty. A ty sama, na jednej emeryturze...". Spojrzałam na nią. Bożena nigdy mnie nie lubiła. Ale tego dnia jej słowa zabolały bardziej niż zwykle, bo miała rację. Nie miałam prawa jazdy. Nigdy nie potrzebowałam - Ryszard zawsze prowadził.
Tamtego wieczoru, kiedy wszyscy wyszli i zostałam sama w mieszkaniu na trzecim piętrze bloku przy Słowackiego, usiadłam w fotelu Ryszarda. Pachniał jeszcze nim - tym jego kremem po goleniu z Rossmanna, tanim, ale on go lubił. Na stoliku leżały kluczyki od Skody. Wzięłam je do ręki. Były ciepłe od kaloryfera.
I wtedy pomyślałam: dlaczego nie?
Nie powiedziałam nikomu. Następnego dnia zadzwoniłam do ośrodka szkoleniowego „Auto-Start" koło Tesco. Pani w recepcji zapytała o wiek. Powiedziałam: sześćdziesiąt dwa. Cisza. Potem: „Oczywiście, proszę pani, nie ma górnej granicy wiekowej". Zapisałam się na kurs teoretyczny. Trzy razy w tygodniu, wieczorami.
Pierwsze zajęcia były straszne. Sala pełna dzieciaków - dziewczyny z telefonami, chłopaki w bluzach z kapturem. Instruktor, pan Wojciech, może czterdziestoletni, patrzył na mnie znad okularów z wyrazem twarzy, którego nie umiałam odczytać. Ciekawość? Politowanie? Siedziałam w ostatnim rzędzie i notowałam wszystko w zeszycie w kratkę. Tak, w zeszycie - nie na laptopie. Znaki drogowe, pierwszeństwo przejazdu, zasady włączania się do ruchu. Uczyłam się wieczorami przy herbacie z cytryną, w tym samym fotelu Ryszarda.
Po tygodniu zadzwoniła Magda. Pytała, czy znalazłam kupca na auto. Skłamałam. Powiedziałam, że jeszcze nie, że mechanik ma sprawdzić przed sprzedażą. Magda westchnęła. „Mamo, nie przeciągaj. Im dłużej stoi, tym mniej warte."
Darek był bardziej bezpośredni. Zadzwonił w sobotę rano. „Mamo, ja mogę dać ogłoszenie na OLX. Dobra Skoda Fabia, 2017, mały przebieg - pójdzie szybko. Pieniądze ci się przydadzą. Mogłabyś pojechać do sanatorium."
Do sanatorium. Tak wyobrażali sobie moją przyszłość. Sanatorium, telewizor, spacery po osiedlu, apteka, ZUS. Może jeszcze działka ROD, żebym miała co robić latem. Czekanie. Na co? Na wnuki, które przyjeżdżają raz na dwa miesiące? Na telefon od dzieci w niedzielę po obiedzie? Na koniec?
Nie powiedziałam im o kursie. Nie dlatego, że się wstydziłam. Bałam się, że mnie wyśmieją. Albo gorzej - że będą mówić łagodnym tonem, tym tonem, który ludzie rezerwują dla starych i dzieci: „Mamusiu, może to nie jest najlepszy pomysł...".
Pan Wojciech okazał się dobrym człowiekiem. Po trzecich zajęciach podszedł i powiedział: „Pani Halino, pani ma najlepsze notatki na całym kursie. Te dzieciaki nawet nie wiedzą, co to rondo turbinowe." Uśmiechnęłam się. W domu powtarzałam testy na komputerze - Magda kiedyś zainstalowała mi program. Robiłam po czterdzieści testów dziennie. Trzydzieści dwa punkty, trzydzieści trzy, trzydzieści cztery z trzydziestu czterech.
W czwartek pojechałam autobusem do WORD-u. W poczekalni siedziało dwadzieścioro młodych ludzi i ja. Pani przy okienku spojrzała na mój dowód osobisty i przez sekundę uniosła brwi. Nic nie powiedziała. Usiadłam przed komputerem. Ręce mi się trzęsły - te same ręce, które przez jedenaście tygodni poprawiały Ryszardowi poduszkę, podawały leki, trzymały jego dłoń, kiedy mówił, że go boli.
Siedemdziesiąt dwa na siedemdziesiąt cztery. Zdałam.
Na parkingu zadzwoniłam do Magdy. Milczała długo. Potem powiedziała: „Mamo, ty chyba żartujesz". Nie żartowałam. „A praktyka? Mamo, ty nigdy nie siedziałaś za kierownicą. To niebezpieczne. W twoim wieku..."
W moim wieku. Jakby wiek był chorobą.
Darek zareagował inaczej. Napisał SMS-a: „Mamo zadzwonię wieczorem muszę to przemyśleć". Nie zadzwonił tego wieczoru. Ani następnego. Zadzwonił w niedzielę. Mówił spokojnie, ale czułam, że jest zły. „To auto taty. Ty nie wiesz, ile kosztuje naprawa, ile paliwo. Co jeśli będziesz miała wypadek? Kto za to zapłaci? Ja?"
Chciałam powiedzieć: „To auto nasze. Moje i taty. Kupione za nasze pieniądze." Ale nie powiedziałam. Powiedziałam tylko: „Darek, ja zdecydowałam."
Cisza w słuchawce trwała chyba dziesięć sekund. Potem usłyszałam: „No dobrze, mamo. Twoje życie."
Moje życie. Tak. Wreszcie ktoś to powiedział na głos.
Wczoraj byłam na pierwszej jeździe z instruktorem. Pan Wojciech siedział obok, spokojny jak skała. Skoda stała na parkingu pod blokiem - umyta, z pełnym bakiem. Ryszard zatankował ją tuż przed tym, jak trafił do szpitala. Jakby wiedział. Wsiadłam. Wyregulowałam lusterka. Zapięłam pas.
Ręce przestały się trząść.
Wyjechałam z parkingu powoli, bardzo powoli, i skręciłam w Słowackiego. Wszystko wyglądało inaczej zza kierownicy - drzewa większe, ulica węższa, ludzie bliżej. Na skrzyżowaniu przy aptece pan Wojciech powiedział: „Dobrze, pani Halino. Spokojnie, ale dobrze."
Jechałam przez nasze osiedle - bloki, które znałam od trzydziestu lat, sklep mięsny, przychodnia, plac zabaw, na którym Magda i Darek zdzierali kolana. Wszystko to samo. I wszystko zupełnie inne.
Na fotelu pasażera leżała jeszcze chusteczka Ryszarda. Nie zabrałam jej. Może nie zabiorę.
Egzamin praktyczny mam za trzy tygodnie. Magda napisała wczoraj: „Powodzenia, mamo. Ale uważaj na siebie." Darek milczy. Bożena podobno powiedziała sąsiadce, że ja „zwariowałam na starość". Może i zwariowałam. Może powinnam sprzedać auto, schować pieniądze na książeczkę i czekać spokojnie, jak przystało na wdowę w moim wieku.
Ale jutro rano jadę na kolejną lekcję. Mam powtórzyć parkowanie równoległe. Ryszard nigdy nie lubił parkować równolegle - zawsze szukał miejsca, gdzie można wjechać przodem. Ja spróbuję. Najwyżej nie wyjdzie za pierwszym razem.