Od stycznia co piątek kupuję sobie jeden kwiatek na targu - pani odkłada mi gerbery. Mąż uważał, że kwiaty to „wyrzucone pieniądze". Wnuczka spytała, od kogo mam różową. „Od kogoś, kto o mnie pamięta".
Nie skłamałam. Po prostu nie powiedziałam całej prawdy. Bo kto by to zrozumiał - że kobieta po sześćdziesięciu dwóch latach życia, po czterdziestu latach małżeństwa, kupuje sobie kwiaty, bo nikt nigdy tego za nią nie robił? Że te pięć złotych w piątek to jedyna rzecz, którą robi wyłącznie dla siebie?
Zaczęło się w styczniu, tydzień po pogrzebie Zbyszka.
Stałam na targu przy Hali Mirowskiej, z tą samą siatką w kratkę, którą noszę od lat. Szłam po marchew, pietruszkę, może jabłka. Normalny piątek, tylko że pierwszy piątek bez sensu. Czterdzieści lat robiłam piątkowe zakupy pod rosół - bo Zbyszek lubił rosół na weekend. Marchew musiała być młoda, nie z worka. Pietruszka korzeniowa, nie naciowa, bo naciowej nie znosił. Kurczak ze straganu Pani Krysi, nie z Biedronki, bo „z Biedronki to nie mięso".
Stanęłam przy stoisku z warzywami i złapałam się na tym, że trzymam w ręku dwa pęczki pietruszki - korzeniową i naciową. Patrzyłam na nie i nie mogłam wybrać. Bo nie wiedziałam, którą kupić, kiedy nie muszę kupować żadnej konkretnej.
- Pani, bierzesz czy nie? - spytała sprzedawczyni.
Odłożyłam obie. Przeprosiłam i odeszłam. I wtedy zobaczyłam stoisko z kwiatami - takie małe, na rogu, z blaszanym daszkiem i wiadrami pełnymi kolorów. Gerbery. Różowe, żółte, pomarańczowe. Stały tam jak małe słońca w środku zimowego dnia, o szóstej rano, pod szarym niebem.
- Ile za jedną? - spytałam.
- Pięć złotych. Ale ładna pani, to może i za cztery dam - pani za ladą miała na imię Henia, jak się potem okazało. Sześćdziesiąt parę lat, farbowane na rudo włosy, paznokcie pomalowane pomimo mrozu.
Kupiłam różową gerberę. Jedną. Włożyłam ją do siatki obok pustego miejsca, w którym powinna leżeć pietruszka korzeniowa.
Wróciłam do domu na Bielany, do trzech pokoi na trzecim piętrze, gdzie wszystko pachniało jeszcze Zbyszkiem - jego tytoniem, pastą do butów, lekarstwami z ostatnich miesięcy. Postawiłam gerberę w szklance od herbaty. Nie miałam wazonu. Przez czterdzieści lat nie potrzebowałam wazonu.
Zbyszek nie był złym człowiekiem. Chcę, żeby to było jasne. Nie pił, nie bił, nie kręcił romansów. Chodził do pracy na pocztę, wracał o stałej porze, jadł obiad, oglądał wiadomości, w niedzielę szedł na spacer do parku Olszyna. Utrzymywał rodzinę. Nasz syn Marcin skończył politechnikę, córka Agnieszka jest pielęgniarką w szpitalu na Lindleya. Zbyszek był solidny jak meblościanka, którą kupiliśmy w osiemdziesiątym szóstym roku. Stała na swoim miejscu, robiła swoje, nikomu nie przeszkadzała.
Ale kwiaty to były „wyrzucone pieniądze".
Pamiętam, jak Agnieszka komunię miała - chciałam kupić bukiet na stół. Zbyszek powiedział: „A po co? Goździki za dwadzieścia złotych będą leżeć w wazonie trzy dni, a potem do śmietnika. Lepiej za to kiełbasy dokup, bo Janusz z żoną też przyjdą". I miał rację. Znaczy - miał swoją rację. Praktyczną, męską, oszczędną. Kiełbasa nakarmić mogła dziesięć osób. Goździk nikogo nie nakarmił.
Na moje pięćdziesiąte urodziny dostałam od niego blender. Dobry blender, Zelmer, z trzema końcówkami. „Będzie ci łatwiej z ciastami" - powiedział, a ja powiedziałam „dziękuję" i naprawdę byłam wdzięczna, bo stary mikser się psuł. Ale wieczorem, kiedy Zbyszek zasnął przed telewizorem, usiadłam w kuchni i zjadłam sam środek sernika, który upiekłam na własne przyjęcie. I pomyślałam wtedy po raz pierwszy: czy to już jest moje życie? Czy to jest wszystko?
Potem te myśli przeszły, bo przechodzą zawsze. Bo jest pranie, sprzątanie, wnuczka Hania się urodziła, trzeba pomóc Agnieszce, trzeba jechać do sanatorium z kolanem, trzeba żyć.
Zbyszek zachorował w październiku. Rak płuc - on, który rzucił palenie piętnaście lat temu. Trzy miesiące - tyle dostaliśmy. Przez te trzy miesiące byłam przy nim dniem i nocą. Obracałam go, karmiłam, pilnowałam leków, pilnowałam, żeby nie był sam. I kochałam go - wtedy to wiedziałam na pewno. Kochałam tego upartego, oszczędnego, milczącego człowieka, który przez czterdzieści lat ani razu nie powiedział mi, że ładnie wyglądam, ale który w szpitalu złapał mnie za rękę i szepnął: „Bożena, co ty beze mnie zrobisz".
I to nie było pytanie o mnie. To było pytanie o niego. O to, kto będzie pamiętał, jak jadł rosół.
Zbyszek umarł dwudziestego siódmego grudnia. Między świętami a sylwestrem, jakby chciał nie przeszkadzać. Pogrzeb był trzeciego stycznia. Przyszło sporo ludzi - koledzy z poczty, sąsiedzi z bloku, rodzina z Radomia. Potem stypa w domu, bigos, zimne nóżki. Agnieszka zmywała talerze, Marcin wynosił butelki. Ja siedziałam na krześle w kuchni i patrzyłam na pustą szklankę po herbacie Zbyszka, która stała przy oknie od trzydziestu lat na tym samym miejscu.
Następnego piątku kupiłam pierwszą gerberę.
Od tamtej pory nie opuściłam ani jednego tygodnia. Henia odkłada mi je - mówi, że wybiera najładniejsze, bo ja „umiem docenić". W lutym kupiłam wazon. Mały, szklany, za dwanaście złotych w Pepco. Nic specjalnego. Ale kiedy stawiam w nim gerberę na kuchennym stole, to mieszkanie wygląda inaczej. Żywiej. Jakby ktoś w nim oddychał.
Agnieszka zauważyła, ale nic nie powiedziała. Marcin nie zauważył - Marcin w ogóle mało co zauważa, w tym jest po ojcu. Ale Hania - Hania, siedem lat, oczy jak spodki - przyszła w zeszłą sobotę i od razu zobaczyła różową gerberę na stole.
- Babciu, od kogo masz tego kwiatka?
Agnieszka stała w progu kuchni z kubkiem kawy. Patrzyła na mnie ponad głową córki. I w jej oczach zobaczyłam to samo pytanie, ale z innym podtekstem. Bo dla Agnieszki kwiatek na stole cztery miesiące po pogrzebie taty - to mogło znaczyć wszystko. Nowego mężczyznę. Kogoś z sanatorium. Romansik na starość - ileż to razy czytałam takie historie w gazetach.
- Od kogoś, kto o mnie pamięta - odpowiedziałam.
Hania się ucieszyła. Agnieszka nic nie powiedziała, ale kubek postawiła na blacie odrobinę za mocno.
Mogłam powiedzieć prawdę. Mogłam powiedzieć: to ja kupuję sobie kwiaty, córeczko, bo przez czterdzieści lat nikt mi nie kupił ani jednego. Ale nie powiedziałam. Bo ta prawda byłaby oskarżeniem pod adresem Zbyszka. A Zbyszek nie żyje i nie może się bronić. I bo Agnieszka kochała ojca takim, jaki był - oszczędnym, solidnym, przewidywalnym. Nie chcę jej tego zabierać.
A może po prostu lubię to zdanie. „Od kogoś, kto o mnie pamięta". Bo ono jest prawdziwe. Ja o sobie pamiętam. Od stycznia. Od pierwszego piątku bez rosołu. I ta gerbera za pięć złotych - to nie są wyrzucone pieniądze. To jest dowód, że jeszcze tu jestem.
Wczoraj Agnieszka zadzwoniła wieczorem. Rozmawiałyśmy o Hani, o szkole, o zepsutej pralce. A potem, tuż przed „pa, mamo", usłyszałam:
- Mamo, a ten ktoś... to ktoś porządny?
Cisza. Dwie sekundy, trzy.
- Tak - powiedziałam. - Bardzo porządny.
Odłożyłam telefon. Popatrzyłam na gerberę w wazonie z Pepco. Jutro piątek. Henia pewnie odłoży mi pomarańczową - mówiła, że przyjdzie transport z Holandii.
Nie wiem, czy kiedyś powiem Agnieszce prawdę. Nie wiem, czy to w ogóle ma znaczenie. Wiem jedno - że w piątek rano pójdę na targ i za pięć złotych kupię sobie coś, czego nie można włożyć do bigosu, nie można zamrozić na później, nie można odłożyć na czarną godzinę. Coś, co za tydzień zwiędnie. I właśnie dlatego jest bezcenne.