Jako pielęgniarka środowiskowa mam czterdzieści adresów. Pod dwudziestym trzecim pani Waleria od rana „czeka na wizytę": obrus, herbata, pytania o moje dzieci. Ciśnienie mierzę pięć minut, siedzę czterdzieści. Dziś w karcie zamiast „bez zmian" zapisałam: „potrzebuje rozmowy". Oby ktoś to kiedyś przeczytał.

Zapisałam to i zamknęłam kartę. Potem wsiadłam do fiata, oparłam czoło o kierownicę i siedziałam tak chyba dwie minuty, zanim przekręciłam kluczyk. Bo wiedziałam, że nikt tego nie przeczyta. Nie tak działa system. Nikt nie szuka w dokumentacji pielęgniarskiej wołania o pomoc osiemdziesięciodwuletniej kobiety, której jedynym gościem w tygodniu jestem ja.

Mam na imię Jolanta, mam pięćdziesiąt trzy lata i od dwudziestu sześciu pracuję w zawodzie. Zaczynałam jeszcze w przychodni na Pradze-Południe, za starych czasów, kiedy pielęgniarka środowiskowa chodziła piechotą po klatkach schodowych z torbą pełną strzykawek. Teraz jeżdżę swoim samochodem - bo przychodni nie stać na służbowy - po blokach rozrzuconych od Gocławia po Saską Kępę. Czterdzieści adresów w tygodniu, po osiem dziennie, z czego każda wizyta powinna trwać dwadzieścia minut. Tyle pozwala NFZ. Tyle jest „zasadne".

Mój mąż Andrzej mówi, że jestem za miękka. „Jolka, ty się wykończysz" - powtarza wieczorami, kiedy wracam o siódmej zamiast o czwartej. Ma rację. Wiem, że ma rację. Ale jak wytłumaczyć komuś, kto pracuje jako elektryk w firmie budowlanej, że pod adresem dwudziestym trzecim czeka na mnie kobieta, która rano wstaje o szóstej, żeby zdążyć z obrusem?

Panią Walerię poznałam półtora roku temu. Skierowanie od lekarza: nadciśnienie tętnicze, cukrzyca typu drugiego, kontrola poziomu cukru, zmiana opatrunków na owrzodzeniu podudzia lewego. Standardowa karta. Kiedy pierwszy raz zapukałam do drzwi na trzecim piętrze bloku przy Zwycięzców, otworzyła mi drobna kobieta w gładko uczesanych siwych włosach, w czystej bluzce zapinanej pod szyję, jakby szła na wizytę do doktora, a nie przyjmowała pielęgniarkę w domu.

- Proszę, proszę, niech pani wejdzie. Herbatę? Mam ciasteczka, sama piekłam, maślane, proszę spróbować.

Na stole leżał biały obrus. Porcelana ze złotym brzegiem. Serwetki złożone w trójkąty. To nie było przygotowanie na pielęgniarkę. To było przygotowanie na gościa. Na jedynego gościa.

Już przy pierwszej wizycie dowiedziałam się, że pani Waleria ma syna Zbigniewa, który mieszka w Poznaniu i dzwoni „czasem w niedzielę". Ma też wnuczkę Martynkę, która ma dwanaście lat i „pięknie rysuje, zobaczę pani, przyniosę obrazek". Mąż - pan Tadeusz - zmarł siedem lat temu na raka płuc. Od tego czasu pani Waleria mieszka sama. Sąsiadki ze swojego pokolenia albo się wyprowadziły, albo odeszły. Na klatce schodowej nikt się nie zatrzymuje, żeby porozmawiać.

Ciśnienie zmierzyłam w pięć minut. Cukier zanotowałam. Opatrunek na nodze zmieniłam sprawnie, bo to akurat robię od lat z zamkniętymi oczami. A potem pani Waleria zapytała: „A pani dzieci ma?".

I zostałam. Dwadzieścia minut przerodziło się w czterdzieści. Opowiedziałam o moim Kubusiu, który zdawał wtedy maturę, i o Karolinie, która studiuje pedagogikę we Wrocławiu. Pani Waleria słuchała tak, jakby to były najważniejsze informacje na świecie. Kiwała głową, dopytywała, a na koniec powiedziała: „To pani ma szczęście, bo pani dzieci są blisko serca".

Nie odpowiedziałam wtedy, ale pomyślałam: a pani Zbyszek? Gdzie jest pani Zbyszek?

Z każdą wizytą układałam sobie obraz jak puzzle. Zbigniew skończył politechnikę, dostał pracę w dużej firmie, ożenił się z Agnieszką - „taką trochę zimną, wie pani, ale porządną kobietą". Przeprowadzili się do Poznania. Na początku przyjeżdżali na święta. Potem na Wigilię. Potem „Wigilię zrobili u siebie, bo Martynka miała anginę". Potem już nie przyjeżdżali.

- Pani Walerio, a może zadzwonić do Zbyszka? Powiedzieć, że noga gorzej się goi, że przydałaby się pomoc? - zaproponowałam kiedyś ostrożnie.

Popatrzyła na mnie tymi jasnymi oczami i pokręciła głową.

- On ma swoje sprawy. Ja nie chcę być ciężarem.

To zdanie słyszę w tym zawodzie jak mantrę. „Nie chcę być ciężarem." Mówią to matki, które siedzą same w mieszkaniach, gdzie kiedyś było pełno dzieci. Mówią to ojcowie, którzy stoją w kolejce w aptece i nie mogą odczytać recepty, bo wzrok już nie ten. Mówią to ludzie, którzy mają dzieci, wnuki, rodzinę - a mimo to są sami. I jeszcze za to samotność przepraszają.

Zaczęłam zostawać u pani Walerii dłużej. Nie dlatego, że byłam święta. Dlatego, że jej ciasteczka były najlepsze na trasie. Dlatego, że ona naprawdę umiała słuchać. I dlatego, że kiedy siadałam przy jej stole, na chwilę zapominałam o trzydziestu dziewięciu pozostałych adresach, o rachunkach za paliwo, o tym, że Andrzej znowu dostał kontrakt w Gdańsku i nie będzie go dwa tygodnie.

Ale dziś było inaczej.

Kiedy weszłam, obrus leżał jak zwykle. Herbata stała przygotowana. Ciasteczka na talerzyku - tym razem kupne, nie domowe. Pani Waleria siedziała w fotelu przy oknie i nie wstała na moje powitanie. Nie dlatego, że nie mogła. Nogi chodziły. To coś innego się złamało.

- Zbyszek dzwonił - powiedziała cicho. - W niedzielę. Mówi, że może lepiej bym poszła do takiego domu. No, wie pani. Domu opieki. Że on by płacił. Że Agnieszka sprawdziła i jest ładny taki pod Poznaniem.

Mierzyłam jej ciśnienie i czułam, jak aparat drży na moim nadgarstku, nie na jej ramieniu. Sto sześćdziesiąt na dziewięćdziesiąt pięć. Zapis. Data. Godzina.

- A pani co na to? - zapytałam.

Milczała długo. Patrzyła przez okno na lipę, która właśnie zaczynała wypuszczać liście. Wiosna w tym roku przyszła wcześnie.

- Ja tu mam Tadka - powiedziała w końcu. - Na Bródnie. Chodzę do niego w pierwszy piątek miesiąca. Jak mnie tam zabiorą pod Poznań, to kto do niego przyjdzie?

Nie odpowiedziałam. Zanotowałam ciśnienie. Zmieniłam opatrunek. Zapytałam o cukier - zmierzyła rano, sto trzydzieści, w normie. Wszystko jak zwykle. A potem zamknęłam torbę i stanęłam przy drzwiach, i pani Waleria powiedziała coś, czego nie mogę od godziny wyrzucić z głowy.

- Jolciu, a gdyby pani do niego zadzwoniła? Do Zbyszka? Pani by umiała wytłumaczyć. Pani jest z medycyny, pani by powiedziała, że ja tu sobie radzę, że nie trzeba jeszcze żadnego domu. On by panią posłuchał. Obcych się słucha.

Obcych się słucha. Matki - nie.

Wyszłam z klatki schodowej i usiadłam w samochodzie. Miałam jeszcze trzy adresy do końca dnia. Pani Krystyna z insuliną. Pan Bogdan po udarze. Pani Jadwiga z odleżyną na pięcie. Każdy z nich czekał. Każdy z nich miał swój obrus albo jego brak.

Otworzyłam kartę pani Walerii na kolanie i w rubryce „uwagi" - tej, którą nikt nigdy nie czyta, bo system wymaga tylko cyfr, dat i kodów procedur - napisałam ręcznie, długopisem, dużymi literami: „Potrzebuje rozmowy".

Potem jechałam przez Saską Kępę i myślałam o tym, czy zadzwonię do Zbyszka. Miałam jego numer, bo pani Waleria podała go na wypadek „gdyby coś się stało". Mogłam zadzwonić. Mogłam powiedzieć mu, że jego matka piecze ciasteczka dla obcej pielęgniarki, bo nie ma dla kogo innego. Mogłam mu wytłumaczyć, że dom opieki pod Poznaniem może być ładny, ale grób pana Tadeusza na Bródnie nie przeprowadzi się razem z nią.

Albo mogłam nie dzwonić. Bo to nie moja rodzina. Nie moja sprawa. Bo mam czterdzieści adresów i dwadzieścia minut na każdy, i jeśli zacznę się angażować w życie każdego pacjenta, to Andrzej ma rację - wykończę się.

Na światłach przy Francuskiej wyciągnęłam telefon. Znalazłam numer. Palec zawisł nad ekranem.

Zmieniło się na zielone. Schowałam telefon i ruszyłam.

Ale numer nie zniknął. Został w kontaktach, pod literą „Z", między Żabką a ZUS-em. I ja wiedziałam - tak jak pani Waleria wiedziała, stawiając od rana obrus - że to jeszcze nie koniec tej historii.