Do klubu przyszła nowa - Halinka, wdowa od sześciu tygodni, oczy w mokrych obwódkach. Usiadłam obok: „pierwsza zima jest najgorsza, druga tylko długa - obie da się przejść, pokażę". Chodzi ze mną na basen i po znicze. W czwartek roześmiała się pierwszy raz. Zima ma teraz nas dwie.

Tak to napisałam w pamiętniku, w tym zeszycie w kratkę, który prowadzę od śmierci Zbyszka. Terapeutka powiedziała: pisz, co czujesz. Więc piszę. Czasem jedno zdanie dziennie, czasem trzy strony. Tamten wpis o Halince był krótki, ale wracam do niego co wieczór, bo nie wiem, czy robię dobrze. Czy mam prawo kogoś prowadzić przez żałobę, skoro sama jeszcze stoję w niej po kolana.

Zbyszek odszedł dwa lata temu, w lutym, trzy dni przed naszą trzydziestą siódmą rocznicą ślubu. Rak płuc. Nie palił ani jednego papierosa w życiu, za to trzydzieści lat wdychał pył na budowie.

Umarł we wtorek rano, a ja do piątku nie mogłam zmusić się, żeby zdjąć jego kapcie spod łóżka. Stały tam, lekko skrzywione, jakby zaraz miał po nie sięgnąć.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i mieszkam na poznańskim Ratajach, na czwartym piętrze bloku z wielkiej płyty. Okna wychodzą na plac zabaw, na którym bawiły się kiedyś moje córki - Ania i Magda. Obie wyjechały. Ania do Wrocławia, Magda do Irlandii. Dzwonią, martwią się, ale to nie to samo co ktoś, kto siada naprzeciwko i pije z tobą herbatę, nie pytając, czy już jest lepiej.

Po śmierci Zbyszka poszłam do klubu seniora przy domu kultury. Nie z własnej woli - sąsiadka Krysia dosłownie zaciągnęła mnie za rękę. „Bożena, ty wyglądasz jak duch" - powiedziała. - „Ja cię tam zabieram i koniec dyskusji." Pierwszy raz siedziałam jak słup. Drugi raz - też. Za trzecim razem jakaś Lucyna podała mi kawałek sernika i powiedziała: „Mój Tadeusz pięć lat temu. Wiem." I nic więcej. Tyle wystarczyło.

Klub to nie żadna terapia grupowa. Gramy w brydża, robimy na drutach, raz w miesiącu ktoś organizuje wycieczkę - do Kórnika, do Rogalina, nad Maltę. Ale między wierszami brydża i szydełka toczy się drugie życie - rozmowy na boku, w kuchni przy zmywaniu filiżanek, na klatce schodowej po wyjściu. Tam się mówi prawdę. Że nie można spać. Że się wyrzuca ubrania męża, a potem szuka ich w kontenerze. Że córka dzwoni, a ty nie odbierasz, bo nie masz siły udawać, że jest dobrze.

Halinka pojawiła się w październiku. Weszła niepewnie, trzymając torebkę obiema rękami, jakby ktoś mógł jej ją wyrwać. Rozejrzała się po sali i zobaczyła to, co ja zobaczyłam dwa lata wcześniej - grupkę starszych kobiet przy stole, termos, talerz z ciastem, śmiech. Ten śmiech ją chyba przestraszył. Jak to - ludzie się śmieją, a jej Henryk leży na Junikowie od sześciu tygodni?

Usiadłam obok, bo pamiętałam, jak to jest stać w drzwiach i nie wiedzieć, czy masz prawo tu być. Powiedziałam jej to o zimach. Pierwsza najgorsza, druga długa. Nie wiedziałam jeszcze, czy trzecia jest lepsza. Ale dwie pierwsze miałam za sobą i to był jedyny dyplom, który mogłam jej pokazać.

Halinka miała pięćdziesiąt osiem lat, pracowała jako farmaceutka w aptece na Wildzie, a Henryk - jej mąż - był kolejarzem. Czterdzieści lat razem. Bezdzietni. To znaczy - mieli syna, Pawła, ale Paweł zginął w wypadku samochodowym w 2003 roku. Halinka powiedziała mi to dopiero po trzech tygodniach znajomości, na basenie, kiedy pływałyśmy obok siebie w wolnym tempie. Powiedziała to tak spokojnie, jakby mówiła o pogodzie, ale ręce jej drżały na krawędzi basenu.

„Wiesz, Bożena" - powiedziała tamtego dnia - „Henryk był jedynym człowiekiem, który nie mówił mi, żebym się pozbierała. Wszyscy inni - pozbieraj się, weź się w garść, czas leczy. A on po prostu siedział obok. Nawet nie mówił nic. I to wystarczało."

Zrozumiałam wtedy, że Halinka straciła nie tylko męża. Straciła jedyną osobę, która umiała z nią milczeć.

Zaczęłyśmy się spotykać poza klubem. Basen dwa razy w tygodniu - Halinka pływała kiedyś, ja nigdy nie umiałam, ale Zbyszek zawsze mawiał, że na naukę nigdy nie jest za późno. Więc się uczyłam. Halinka mnie poprawiała, a ja udawałam, że się złoszczę, i tak nam schodziły godziny. Potem szłyśmy na znicze - bo obie miałyśmy groby do odwiedzenia. Jej Henryk i Paweł na Junikowie, mój Zbyszek na Miłostowie. Jeździłyśmy tramwajem, każda na swój cmentarz, ale zawsze razem do przystanku i razem z powrotem.

W czwartek - ten czwartek, o którym pisałam - siedziałyśmy u mnie w kuchni. Robiłam naleśniki z serem, bo Halinka wspomniała, że Henryk je uwielbiał. I nagle, nie wiem dlaczego, opowiedziałam jej o kapciach Zbyszka. O tym, jak stały pod łóżkiem trzy dni, a ja na nie patrzyłam i byłam na niego wściekła, że odszedł, nie zabierając kapci.

Halinka patrzyła na mnie, a potem powiedziała: „Henryk zostawił na szafce okulary do czytania. Leżą tam do dziś. Codziennie je przecieram szmatką."

I wtedy się roześmiała. Nie wiem - może z absurdu. Że dwie dorosłe kobiety rozmawiają o kapciach i okularach, jakby to były najważniejsze rzeczy na świecie. A może dlatego, że zobaczyła, że ktoś ją rozumie bez tłumaczenia. Śmiała się i płakała jednocześnie, a ja razem z nią, i naleśniki się przypaliły, i musiałam otwierać okno, bo dym włączył czujnik. Stałyśmy przy otwartym oknie, w październikowym chłodzie, z mokrymi policzkami i zapachem spalenizny, i było nam dobrze. Tak dziwnie, przewrotnie dobrze.

Córka Ania zadzwoniła wieczorem. Powiedziałam jej o Halince. Ania milczała dłuższą chwilę, a potem zapytała: „Mamo, a ty jak się czujesz? Naprawdę?"

Nie odpowiedziałam. Bo prawda jest taka, że nie wiem. Zajmuję się Halinką i dzięki temu nie myślę o sobie. Prowadzę ją przez żałobę, a sama nie wiem, czy z mojej wyszłam. Może pomaganie jej to moja ucieczka. Może zamiast zmierzyć się z pustym mieszkaniem, z ciszą, z kapciami, które w końcu schowałam do szafy - zamiast tego wsiadam w tramwaj i jadę do Halinki.

Lucyna z klubu powiedziała mi ostatnio coś, co nie daje mi spokoju: „Bożena, uważaj, żebyś pomagając innym, nie zgubiła siebie."

Może ma rację. A może nie. Może to jest właśnie sposób - nie tracić siebie, tylko się odnajdywać w kimś, kto przeżywa to samo. Nie wiem. Wiem tylko, że w sobotę idziemy z Halinką na basen, a potem na znicze, a potem może na naleśniki - tym razem u niej. Zima za oknem trzyma mocno, ale ma teraz nas dwie. I jakoś - nie umiem tego inaczej powiedzieć - jakoś jest cieplej.

Wczoraj wieczorem otworzyłam szafę i zobaczyłam te kapcie. Stały schowane za pudłami z butami zimowymi. Wyciągnęłam je, postawiłam z powrotem pod łóżkiem.

Nie wiem, co to znaczy.