Odbieram wnuczkę z przedszkola w każdy czwartek. Wczoraj, kiedy zawiązywałam jej buciki, powiedziała nagle: „Babciu, a mama mówi, że ty się już na niczym nie znasz." Zawiązywałam dalej w milczeniu.
Dopiero w samochodzie, kiedy Hania zaczęła nucić piosenkę o biedronce, poczułam, jak coś mi ściska gardło. Nie płakałam. Włączyłam migacz, wyjechałam z parkingu i pomyślałam: cztery lata. Tyle lat odbieram ją co czwartek, karmię obiadem, czytam bajki, cerują mi się rajstopy od klęczenia na dywanie podczas zabaw w kuchnię. I moja synowa mówi przy dziecku, że ja się na niczym nie znam.
Mam na imię Bożena, skończyłam sześćdziesiąt dwa lata w lutym. Trzydzieści osiem lat przepracowałam jako księgowa - najpierw w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem, potem w firmie budowlanej w samym mieście. Przeszłam na emeryturę trzy lata temu. Mój syn Tomek ma trzydzieści pięć lat, jest elektrykiem, dobrze zarabia. Jego żona Patrycja pracuje w banku. Hania to ich jedyne dziecko i moja jedyna wnuczka.
Z Patrycją nigdy nie było łatwo. Od początku czułam, że mnie mierzy. Kiedy pierwszy raz przyszła do nas na obiad, rozejrzała się po salonie i powiedziała: „O, meblościankę to Pani jeszcze ma? Myślałam, że to już tylko w serialach." Tomek się roześmiał. Ja zrobiłam herbatę i podałam sernik. Mój sernik jest dobry - Tomek jadał go od dziecka, Patrycja zjadła dwa kawałki i nic więcej nie skomentowała. Pomyślałam wtedy: młoda jest, inaczej wychowana, przyzwyczai się.
Ale ona się nie przyzwyczajała. Ona wyznaczała granice. Jej granice.
Kiedy Hania się urodziła, pojechałam do szpitala z torbą pełną niemowlęcych ubranek, które sama uszyłam. Patrycja popatrzyła na te śpioszki i powiedziała cicho, żebym to słyszała tylko ja: „Proszę Pani, teraz dzieci noszą certyfikowane materiały. Kupiliśmy już wszystko." Zabrałam torbę. W domu rozpakowałam ją powoli, złożyłam każdą koszulkę i schowałam na dno szafy. Andrzej, mój mąż, zapytał co z ubraniami. Powiedziałam, że się nie przydały.
Andrzej umarł półtora roku temu. Zawał, w nocy, cicho. Zasnął i nie obudził się. Po pogrzebie zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na osiedlu, z meblościanką, kryształowym wazonem po mamie i albumem zdjęć, do którego przez czterdzieści lat wklejałam każde ważne wydarzenie.
Po śmierci Andrzeja Tomek zaczął częściej dzwonić. Patrycja zaproponowała mi te czwartki - żebym odbierała Hanię z przedszkola, nakarmiła obiadem i poczekała, aż któreś z nich wróci z pracy. Zgodziłam się natychmiast. Myślałam, że to gest. Że Patrycja wreszcie otwiera drzwi.
Teraz wiem, że to była logistyka.
Bo w czwartki Patrycja kończy o osiemnastej, a Tomek jeździ na budowy pod Swarzędzem i nie zdążyłby odebrać Hani na czas. Nie chodziło o to, żebym miała wnuczkę bliżej. Chodziło o to, żeby ktoś załatwił problem. I ten ktoś byłam ja.
Nie narzekam na to. Lubię czwartki. Hania pachnie jak żaden inny człowiek na świecie - kredkami, jabłkowym sokiem i czymś słodkim, co ma chyba każde dziecko w tym wieku. Robimy razem zupę pomidorową, bo Hania mówi, że babcina jest najlepsza. Czytamy książeczki. Bawimy się klockami. Czasem siadamy na balkonie i patrzymy, jak sąsiadka z parteru podlewa bratki.
Ale słowa, które Hania powtórzyła wczoraj, nie wzięły się znikąd. Dzieci w tym wieku są jak magnetofony - nagrywają wszystko i odtwarzają w najmniej spodziewanym momencie.
Wieczorem, kiedy Patrycja przyjechała po Hanię, stałam w drzwiach i patrzyłam, jak zapina dziecko w foteliku. Hania pomachała mi przez szybę. Patrycja nawet nie weszła do mieszkania, tylko zawołała z klatki: „Dziękuję, Proszę Pani!" Zawsze mówi do mnie per Pani. Przez dziesięć lat.
Zamknęłam drzwi i usiadłam w kuchni. Zrobiłam sobie herbatę z cytryną, w tym kubku po Andrzeju - niebieskim, z odłamanym uszkiem, którego nie wyrzucę, dopóki żyję. I zaczęłam myśleć.
Zadzwoniłam do Tomka następnego dnia rano. Powiedziałam spokojnie, co Hania powtórzyła.
Cisza.
- Mamo, no wiesz, jak dzieci gadają - odezwał się wreszcie. - Pewnie wyrwała z kontekstu.
- Z jakiego kontekstu, Tomek?
- No, nie wiem, może Patrycja mówiła o czymś innym, a Hania usłyszała kawałek.
- „Babcia się już na niczym nie zna" - to jest kawałek czegoś dłuższego, tak?
Znowu cisza. Słyszałam, jak oddycha. Słyszałam, jak szuka słów. Mój syn, którego uczyłam mówić prawdę, szukał dyplomatycznego kłamstwa.
- Porozmawiam z Patrycją - powiedział w końcu.
- Nie musisz z nikim rozmawiać. Chcę wiedzieć jedno: czy ty też tak uważasz?
- Mamo, co ty…
- Odpowiedz mi.
- Nie, nie uważam. Ale wiesz, Patrycja czasem… Ona jest taka nowoczesna i uważa, że pewne rzeczy się robi inaczej niż kiedyś. Jedzenie, wychowanie, takie tam. To nie jest przeciwko tobie.
Chciałam powiedzieć, że zawsze jest przeciwko komuś. Że zdanie „babcia się nie zna" powiedziane przy czterolatce to nie jest różnica zdań na temat wychowania. To jest etykieta, którą przykleja się człowiekowi, żeby dziecko wiedziało, kogo słuchać, a kogo nie. Ale nie powiedziałam tego. Bo Tomek jest pomiędzy. I wiem, że to jest najtrudniejsze miejsce na świecie - między matką a żoną.
Przez następne dwa dni robiłam to, co zwykle. Posprzątałam mieszkanie. Ugotowałam rosół na niedzielę, choć nie wiedziałam, czy ktoś przyjdzie. Podlałam storczyk na parapecie. Wyciągnęłam z szafy album i patrzyłam na zdjęcie Tomka z pierwszej komunii - mały, w białej albie, z taką powagą w oczach, jakby rozumiał wszystko na świecie.
W środę wieczorem napisała do mnie Patrycja. SMS, trzy zdania: „Tomek mi powiedział. Nie miałam nic złego na myśli. Nie robimy z tego problemu, dobrze?"
Nie robimy z tego problemu. Patrycja postawiła kropkę, zanim ja zdążyłam otworzyć usta.
Jest czwartek. Za godzinę powinnam wyjść, żeby zdążyć po Hanię na szesnastą. Stoję w przedpokoju i patrzę na swoją kurtkę na wieszaku, na klucze od samochodu, na torbę z pudełkiem zupy pomidorowej, którą ugotowałam rano.
Mogę pojechać. Zawiązać buciki, nakarmić obiadem, poczytać bajkę. Udać, że nic się nie stało. Hania zapomni - dzieci zapominają. Albo nie zapomni. Albo usłyszy następne zdanie, i jeszcze jedno, i za dziesięć lat babcia będzie tą miłą starszą panią, która przyjeżdżała w czwartki, ale w sumie nie wiadomo po co.
A mogę nie pojechać. Zadzwonić i powiedzieć: nie dziś. Nie dlatego, że chcę ukarać. Dlatego, że chcę, żeby ktoś - Patrycja, Tomek, oboje - zrozumiał, że jestem człowiekiem, nie czwartkowym dyżurem.
Patrzę na klucze. Zupa stygnie w torbie.
Nie wiem jeszcze, co zrobię.