Córka przywiozła wnuka o siódmej rano z gorączką i katarem, bo „w pracy jej nie zwolnią". Trzy dni poiłam go herbatą i nosiłam po nocach. Teraz sama leżę z zapaleniem oskrzeli, a zakupy przynosi mi sąsiadka.
Dzwonek do drzwi zadzwonił o szóstej pięćdziesiąt trzy. Wiem, bo leżałam już nieprzespana, z oczami wbitymi w sufit i zegarek na szafce nocnej. Nawet nie zdążyłam zapiąć szlafroka, kiedy Agnieszka wparowała do przedpokoju z Kubusiem na ręku, torbą na ramieniu i wyrazem twarzy, który znałam od dwudziestu lat - twarz kobiety, która nie prosi, tylko informuje.
- Mamo, ma trzydzieści osiem i sześć, dałam mu Nurofen o piątej, następna dawka o jedenastej. Mleko jest w torbie, płyn do nosa też. Muszę lecieć, bo o ósmej mam spotkanie z dyrektorem regionu i jeśli nie przyjdę, to Nowakowa mnie zastąpi i już nigdy się nie odkręci.
Kubuś miał trzy lata, rozognione policzki i nos, z którego ciekło jak z kranu. Wyciągnął do mnie rączki i powiedział „Babcia" takim głosikiem, że coś mi się złamało w środku. Wzięłam go. Oczywiście, że wzięłam. Agnieszka pocałowała go w czubek głowy, mnie kiwnęła i już jej nie było. Klatka schodowa pachniała jej perfumami jeszcze przez pięć minut.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech jestem na emeryturze. Całe życie pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach. Trzydzieści jeden lat przy tych samych biurkach, tych samych kolumnach cyfr. Myślałam, że emerytura będzie wreszcie moja - spokojne poranki, kawa bez pośpiechu, działka ROD, na którą nigdy nie miałam czasu. I przez pierwszy rok tak było. A potem Agnieszka się rozwiodła.
Dariusz - jej były mąż - okazał się mniej odporny na kryzysy, niż się wydawało. Odszedł, kiedy Kubuś miał rok. Nie do innej kobiety, po prostu odszedł. Wynajął kawalerkę na Pradze, płaci alimenty regularnie, zabiera syna co drugi weekend. Ale codzienność? Codzienność spadła na Agnieszkę. A Agnieszka zrzuciła ją na mnie.
Nie powiedziała tego wprost, nigdy nie powiedziała. To nie było jedno zdanie, jedna rozmowa. To było sto drobnych momentów. „Mamo, mogłabyś go odebrać ze żłobka, bo mam nadgodziny?" „Mamo, w sobotę muszę jechać na szkolenie, weźmiesz Kubusia?" „Mamo, nie mam kto, naprawdę nie mam kto." I ja brałam. Za każdym razem. Bo kto, jeśli nie ja?
Te trzy dni z chorym Kubusiem były najgorsze. Pierwszej nocy gorączka podskoczyła do trzydziestu dziewięciu i dwóch. Siedziałam z nim na kanapie, bo w łóżeczku turystycznym, które trzymam specjalnie dla niego w sypialni, nie chciał leżeć. Płakał, rzucał się, chciał na ręce. Siedem kilo gorącego, mokrego od potu dziecka - moje plecy protestowały już po godzinie, ale co miałam zrobić? Położyć go i słuchać, jak płacze?
Dzwoniłam do Agnieszki o dwudziestej trzeciej. Nie odebrała. O dwudziestej trzeciej czterdzieści odpisała SMS-em: „Mamo, dopiero wróciłam, padnięta. Jak jest bardzo źle, zadzwoń na pogotowie. Jutro przyjadę wcześniej." Nie przyjechała wcześniej. Przyjechała o dwudziestej, kiedy Kubuś już spał, nakarmiony, wykąpany, z nosem nasmarowanym maścią.
Drugiego dnia było trochę lepiej - gorączka spadła, ale katar się nasilił. Kubuś nie jadł prawie nic, piłam z nim herbatę z miodem i malinami, jak moja mama robiła mnie czterdzieści lat temu. Czytałam mu tę samą książeczkę o koparce siedemnaście razy. Nie przesadzam - liczyłam, bo po dziesiątym razie człowiek zaczyna liczyć, żeby nie zwariować.
Trzeciego dnia Agnieszka przyjechała rano, ale tylko na chwilę - zostawić czysty kombinezon i drugie opakowanie Nurofenu. Stała w progu kuchni i patrzyła, jak kroję Kubusiowi banana na talerzyku w gwiazdki.
- Mamo, nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła - powiedziała.
I to powinno być miłe, prawda? Powinnam się ucieszyć, że jest wdzięczna. Ale ja patrzyłam na nią i widziałam kobietę, która nawet nie zapytała, jak ja się czuję. Która nie zauważyła, że kaszlę od wczoraj. Która nie zaproponowała, że weźmie dzień wolny, L4 na dziecko - bo przecież ma do tego prawo, Kubuś jest jej syn, nie mój.
- Agnieszka - zaczęłam - ja chyba sama się rozchorowałam.
Popatrzyła na mnie takim wzrokiem, jakbym powiedziała coś nie na temat.
- To weź coś na to, mamo. Witaminę C, jakiś syrop. Ja naprawdę muszę lecieć.
I wyszła. A ja zostałam z Kubusiem, z bananem w gwiazdki i z gardłem, które paliło jak po przełknięciu żelazka.
Wieczorem oddała mi Kubusia - znaczy, zabrała. Zabrała Kubusia. Pomyliłam, bo tak to już czułam - jakby to moje dziecko jechało do kogoś obcego, a nie odwrotnie. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, usiadłam na podłodze w przedpokoju. Dosłownie na podłodze, bo nogi się pode mną ugięły. Kaszel rwał mi płuca.
Następnego dnia poszłam do lekarza. Pani doktor Malinowska, która zna mnie od piętnastu lat, posłuchała stetoskopem i powiedziała krótko: zapalenie oskrzeli, antybiotyk, leżeć minimum tydzień. Wychodząc, dodała coś, co mnie zatrzymało w drzwiach.
- Pani Bożenko, ja pani tego nie mówię jako lekarz, tylko jako kobieta. Pani ma sześćdziesiąt dwa lata i problemy z ciśnieniem. Noszenie chorego dziecka po nocach w pani wieku - to nie jest kwestia dobrej woli, to kwestia zdrowia. Pani córka ma trzydzieści lat i pełnię sił.
Nic nie odpowiedziałam. Wzięłam receptę i wyszłam.
Teraz leżę trzeci dzień. Zakupy przynosi mi Halinka z naprzeciwka - siedemdziesięcioletnia sąsiadka, która sama ledwo chodzi, ale usłyszała mój kaszel przez ścianę i zapukała z rosołem w słoiku. Agnieszka dzwoni codziennie. Pyta, jak się czuję. Mówi, że jakby mogła, to by przyjechała, ale Kubuś wrócił do żłobka i ma jeszcze zaległości w pracy po tych trzech dniach.
Wczoraj wieczorem napisała: „Mamo, dzięki że byłaś. Jak wyzdrowiejesz, to zabiorę Cię na obiad, obiecuję."
Leżałam z telefonem w ręku i patrzyłam na tę wiadomość dobre pięć minut. Potem odłożyłam telefon na szafkę i zgasiłam lampkę. Halinka zapukała jeszcze raz, tym razem z herbatą z miodem, i powiedziała cicho, jakby do siebie:
- Nasze dzieci to myślą, że babcia to taki automat. Wrzucisz monetę i działa. A potem się dziwią, że automat się zepsuł.
Uśmiechnęłam się do niej, ale nic nie odpowiedziałam. Bo ja nadal nie wiem, co bym zrobiła, gdyby Agnieszka znowu stanęła w drzwiach o siódmej rano z gorącym Kubusiem na rękach. Pewnie bym wzięła. Pewnie znowu bym wzięła.
I właśnie to jest w tym wszystkim najgorsze.