Nie pojechałam na pogrzeb najlepszej przyjaciółki, bo córka błagała, żebym została z dziećmi - „mamy dyżur w pracy, nie ma wyjścia". Wieczorem wnuk pokazał mi na tablecie zdjęcia. Byli na koncercie, w drugim rzędzie.

Kubuś miał sześć lat i nie rozumiał, dlaczego babcia zbladła, kiedy przesunął palcem po ekranie. „Zobacz, babciu, mama miała takie śmieszne okulary na nosie!" - powiedział, a ja patrzyłam na zdjęcie, na którym moja córka Iwona stała z mężem w tłumie ludzi, z drinkiem w ręku, uśmiechnięta od ucha do ucha. Data w rogu ekranu - dzisiejsza. Godzina siedemnasta trzydzieści. Dokładnie wtedy, kiedy Hania leżała już w ziemi.

Odłożyłam tablet na stół. „Babciu, co ci jest?" - pytał Kubuś, ale ja tylko pogłaskałam go po głowie i powiedziałam, żeby szedł się bawić z siostrą. Potem usiadłam w kuchni, zaparzyłam herbatę, której nie wypiłam, i zaczęłam myśleć o tym, że jeszcze rano płakałam w łazience, żeby wnuki nie widziały, a Iwona pisała mi SMS-y pełne wykrzykników: „Mamo, dziękuję, ratujsz mi życie!!!"

Hania - Halina Majewska, z domu Pietrzak - była moją najlepszą przyjaciółką od czterdziestu trzech lat. Poznałyśmy się w technikum ekonomicznym w Poznaniu, w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym. Ona kończyła rachunkowość, ja - administrację. Siedziałyśmy razem na stołówce, bo obie lubiłyśmy kompot z rabarbaru, którego nikt inny nie tykał. To był początek przyjaźni, która przetrwała śluby, porody, rozwody, przeprowadzki i śmierć jej męża Tadeusza cztery lata temu.

Kiedy Hania zachorowała na raka trzustki, zadzwoniła do mnie pierwsza. Nie do córki w Londynie, nie do brata w Kielcach. Do mnie. „Grażyna, muszę ci coś powiedzieć, ale najpierw usiądź" - powiedziała tym swoim tonem, który znałam na wylot. Spokojny, opanowany, jakby mówiła o pogodzie. Ale ja wiedziałam, że pod spodem jest strach. Znałam ją lepiej niż kogokolwiek na świecie. Lepiej niż własną córkę, co teraz brzmi jak wyznanie winy.

Przez ostatnie osiem miesięcy jeździłam do niej do szpitala trzy razy w tygodniu. Autobus sto sześćdziesiąt trzy, potem tramwaj, potem kawałek pieszo. Woziłam rosół w słoiku owiniętym ręcznikiem, żeby nie wystygł. Czytałam jej na głos fragmenty „Nocy i dni", bo lubiła Dąbrowską od zawsze i mówiła, że ta proza ją usypia lepiej niż leki. Czasem po prostu siedziałam obok i trzymałam ją za rękę.

Hania umarła we wtorek, o szóstej rano. Zadzwonił do mnie jej brat Jerzy. Pogrzeb wyznaczono na czwartek. Dwa dni. Miałam dwa dni.

W środę wieczorem zadzwoniła Iwona. „Mamo, mam ogromną prośbę. Jutro mamy z Darkiem dyżur w firmie, oboje, nie da się tego przesunąć. Możesz wziąć dzieci? Nie ma nikogo innego." Powiedziałam, że jutro jest pogrzeb Hani. Że to moja najlepsza przyjaciółka. Że muszę tam być. Zapanowała cisza, a potem Iwona powiedziała zdanie, które mnie złamało: „Mamo, wiem, że to straszne, co ci teraz mówię, ale Hania już tego nie zobaczy, a dzieci są żywe i ktoś musi się nimi zająć."

Nie spałam całą noc. Chodziłam po mieszkaniu, z pokoju do kuchni, z kuchni do pokoju. Patrzyłam na zdjęcie Hani na lodówce - to z naszego wspólnego wyjazdu do Kołobrzegu, piętnaście lat temu, obie z wiatrem we włosach na molo. Wyobrażałam sobie, jak powiedziałaby: „Grażyna, daj spokój, idź do tych wnuków, ja nie będę się obrażać." Bo taka była. Zawsze stawiała innych przed sobą.

Rano zadecydowałam. Zadzwoniłam do Jerzego, przeprosiłam, powiedziałam, że nie dam rady. Głos mi się łamał. On milczał długo, a potem powiedział: „Hania by zrozumiała." Nie wiem, czy to była prawda, czy uprzejmość. Ale chwytałam się tego jak tonąca.

Iwona przywiozła dzieci o ósmej. Kubuś i Zosia wpadli do mieszkania jak burza - buty w przedpokoju, plecaki na podłogę, krzyki o sok jabłkowy. Iwona stała w drzwiach w płaszczu, z telefonem w ręce, i powiedziała: „Mamo, naprawdę ci dziękuję, nie wiesz, jak mi pomogłaś." Pocałowała mnie w policzek i pobiegła na klatkę schodową. Stukot obcasów na schodach - szybki, lekki, jakby jej ktoś skrzydła dał.

Dzień ciągnął się jak guma. Bawiłam się z dziećmi, robiłam im kanapki z dżemem, układałam puzzle z Zosią, czytałam Kubusiowi o dinozaurach. A w głowie miałam Hanię. O dwunastej pomyślałam - teraz msza. O pierwszej - teraz idą na cmentarz. O drugiej - teraz ją zasypują ziemią, a ja siedzę na dywanie i buduję zamek z klocków.

Płakałam tylko raz, w łazience, kiedy Zosia oglądała bajkę. Puściłam wodę, żeby nie słyszała. Trzy minuty. Potem umyłam twarz, wyszłam i zapytałam, czy ktoś chce kakao.

A wieczorem Kubuś wziął tablet. „Babciu, chcesz zobaczyć, co mama robiła?" I przesuwał zdjęcia. Iwona i Darek w jakimś klubie. Kolorowe światła. Scena. Ludzie z kieliszkami. Selfie we dwoje - uśmiechnięci, wyraźnie zadowoleni. Żadnego dyżuru. Żadnej pracy. Koncert jakiegoś zespołu, którego nazwy nawet nie znam.

Kubuś przesuwał zdjęcia dalej, a ja czułam, jak coś we mnie pęka. Cicho, bez huku. Jak pęknięcie w ścianie, które widzisz dopiero po miesiącach, kiedy tynk zaczyna odpadać.

Nie zadzwoniłam do Iwony tego wieczoru. Ani następnego dnia. Ani w sobotę. Ona napisała w niedzielę: „Mamo, co u Ciebie? Jakoś cicho." Odpisałam: „Wszystko dobrze." Dwa słowa. Kropka.

W poniedziałek pojechałam na cmentarz. Grób Hani był świeży, ziemia ciemna i wilgotna. Ktoś położył bukiet białych tulipanów. Stałam tam dwadzieścia minut i nie potrafiłam się pomodlić. Zamiast tego mówiłam do niej w myślach: „Przepraszam, Haniu. Przepraszam, że wybrałam kogoś, kto na to nie zasłużył."

Ale zaraz się poprawiłam. Bo to nie jest takie proste. Iwona to moja córka. Jedyne dziecko. Kocham ją. Kocham wnuki. Gdyby naprawdę miała dyżur, nie miałabym jej za złe. Problem nie w tym, że poprosiła. Problem w tym, że skłamała. Spojrzała mi w oczy, powiedziała „nie ma wyjścia", a potem poszła na koncert. Użyła mnie. Użyła moich wnuków jako wymówki. A ja - użyłam Hani jako kogoś, kogo można pożegnać później.

Minął tydzień. Iwona wpadła z ciastem w niedzielę, jak zwykle. Postawiła sernik na stole, nalała sobie herbatę, gadała o remoncie łazienki. Patrzyłam na nią i myślałam: powiem jej teraz. Powiem, że wiem. Że Kubuś mi pokazał zdjęcia. Że widziałam drugi rząd i kieliszki i ten jej uśmiech. Ale potem Zosia weszła z rysunkiem - „babciu, to ty i ja na spacerze" - i moment minął.

I tak mija kolejny tydzień, i następny. Nie powiedziałam ani słowa. Iwona niczego nie podejrzewa. Przychodzi, przynosi zakupy, pyta, czy potrzebuję recepty z przychodni. Jest troskliwa. Jest dobrą córką - przynajmniej tak to wygląda.

A ja siedzę wieczorami przy kuchennym stole i patrzę na zdjęcie z Kołobrzegu. Dwie kobiety na molo, z wiatrem we włosach. I zastanawiam się, co jest gorsze - to, że moja córka mnie okłamała, czy to, że ja jej na to pozwoliłam. I że chyba pozwolę znowu. Bo kiedy następnym razem poprosi, żebym wzięła wnuki, powiem tak. Zawsze mówię tak.

Tylko że teraz, kiedy mówię tak, smakuje mi to inaczej.