Przez dwa miesiące wieczorami robiłam wnukom na drutach swetry na zimę. W grudniu zobaczyłam oba w worku „do oddania". Córka wzruszyła ramionami: „Mamo, teraz dzieci noszą z sieciówek, nie takie domowe."

Stałam nad tym workiem i nie mogłam się ruszyć. Czarny, foliowy, zawiązany na supełek jak śmieć. A w środku - ten zielony dla Kubusia, z małym reniferem na piersi, i różowy dla Zosi, z warkoczem z wełny przy kołnierzu, bo Zosia uwielbia warkocze. Sześćdziesiąt wieczorów. Może siedemdziesiąt. Każdy ścieg odliczany przy serialu, który dawno przestałam oglądać, bo ważniejszy był wzór.

Podniosłam worek i zaniosłam do siebie, do pokoju gościnnego. Postawiłam go przy łóżku, jakby to było coś żywego, co trzeba chronić. Dopiero potem usiadłam i rozpłakałam się po raz pierwszy od pogrzebu Andrzeja.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech jestem wdową. Andrzej odszedł nagle - tętniak, w nocy, bez pożegnania. Przez pierwszy rok żyłam jak automat. Drugi rok był gorszy, bo automat się zepsuł i zostałam sama z ciszą w mieszkaniu na Mokotowie, które kiedyś było za małe dla czterech osób, a teraz jest za duże dla jednej. Trzeci rok - ten właśnie - miał być lepszy. Postanowiłam robić rzeczy, które mają sens. I zaczęłam od swetrów.

Moja córka Beata ma trzydzieści osiem lat i jest jedynym dzieckiem, które mi zostało. Drugie, Tomek, wyjechał do Irlandii piętnaście lat temu i kontaktuje się głównie na Wigilię, SMS-em. Beata mieszka w Warszawie, piętnaście minut autobusem ode mnie, z mężem Marcinem i dwójką dzieci. Kubusiowi jest siedem, Zosi pięć. To moje jedyne wnuki. Całe moje serce.

Druty wzięłam do ręki po raz pierwszy od lat. Kiedyś robiłam dużo - Beacie czapki, Tomkowi szaliki, Andrzejowi ten słynny sweter w romby, który nosił, aż się przetarł na łokciach. Moja mama nauczyła mnie robić na drutach, kiedy miałam dziesięć lat. Pamiętam jej ręce - szybkie, pewne, igły stukały jak deszcz o parapet. Tamte swetry były z czystej wełny, bo w sklepach nic nie było. Ale nosiło się je z dumą.

Wybrałam włóczkę starannie. Pojechałam na Wolumen, do sklepu, gdzie jeszcze sprzedają porządną wełnę merynosową. Miękką, żeby nie gryzła. Trzysta złotych wydałam, bo chciałam, żeby to było coś naprawdę dobrego. Dla Kubusia wybrałam butelkową zieleń - jego ulubiony kolor, bo kibicuje Legii jak ojciec. Dla Zosi - pudrowy róż, bo zawsze mówi „babciu, róż jest najpiękniejszy na świecie". Wzory rysowałam sama, na papierze w kratkę, jak dawniej. Renifer dla Kubusia. Warkocz z wełny dla Zosi.

Robiłam co wieczór, od siódmej do dziesiątej. Czasem dłużej. Bolały mnie palce, bo artretyzm nie odpuszcza. W połowie listopada musiałam zrobić przerwę na trzy dni, bo prawa ręka spuchła w nadgarstku. Poszłam do lekarza, dostałam maść i zalecenie, żeby „nie forsować". Forsowałam dalej. Bo chciałam zdążyć przed Mikołajkami.

Zdążyłam. Zapakowałam każdy sweter w bibułkę, włożyłam do pudełek, przewiązałam wstążką. Na kartkach napisałam: „Dla Kubusia od babci, żebyś nie marzł" i „Dla Zosi od babci, najpiękniejszy róż na świecie". Beata odebrała pudełka piątego grudnia, uśmiechnęła się i powiedziała: „Oj, mamo, napracowałaś się".

Nie wiedziałam, że to wszystko. Że tyle dostanę za siedemdziesiąt wieczorów.

Worek znalazłam dwa tygodnie później, kiedy przyjechałam pomóc Beacie z porządkami przed świętami. Stał w przedpokoju, obok butów i parasolek. Otworzyłam go odruchowo, bo myślałam, że to śmieci do wyrzucenia. Rozpoznałam od razu - zieleń, róż, zapach nowej wełny.

- Beatka, co to jest? - zapytałam, choć już wiedziałam.

Córka wyszła z kuchni z telefonem w ręku.

- A, to do oddania. Zbieramy dla fundacji, wiesz, ta akcja z parafii - wzruszyła ramionami i wróciła wzrokiem do ekranu.

- Ale to swetry. Te swetry. Moje.

- Mamo, teraz dzieci noszą z sieciówek, nie takie domowe. Kubuś powiedział, że kolega by się śmiał. Zosia nawet nie przymierzyła.

Powiedziała to tonem, jakim mówi się o starych gazetach. Tonem, który nie miał w sobie ani odrobiny złośliwości - i właśnie to bolało najbardziej. Gdyby była złośliwa, mogłabym się wściec. Ale ona po prostu nie rozumiała, co trzymała w rękach.

Wróciłam do domu z workiem. Położyłam oba swetry na łóżku i patrzyłam na nie jak na zdjęcia Andrzeja, które trzymam w albumie - niby są, niby istnieją, ale świat już nie ma dla nich miejsca.

Zadzwoniłam do Krysi, sąsiadki z drugiego piętra. Krysia ma siedemdziesiąt lat, pięcioro wnuków i twardy charakter.

- Oddaj do tej fundacji - powiedziała spokojnie. - Inne dziecko się ucieszy. Nie rób z tego tragedii, Halinka.

- Ale ja to robiłam dla nich. Dla Kubusia i Zosi.

- Wiem. Ale dzieci tego nie widzą. A jak im powiesz, co czujesz, to albo zrozumieją, albo nie. Ja bym powiedziała.

- A jak nie zrozumieją?

Krysia milczała przez chwilę.

- To przynajmniej będziesz wiedziała.

Nie zadzwoniłam do Beaty. Nie tego wieczoru, nie następnego. Chodziłam po mieszkaniu, robiłam herbatę, której nie piłam, włączałam telewizor, którego nie słuchałam. Myślałam o mamie. O tym, jak kiedyś, w latach osiemdziesiątych, ona zrobiła mi sweter na studniówkę - granatowy, z ażurowym wzorem na dekolcie. Nosiłam go trzy lata, do przetarcia. A kiedy się przetarł, złożyłam go w szufladę i trzymałam jeszcze pięć.

Może Krysia ma rację. Może czasy się zmieniły i nie ma sensu robić swetrów, skoro za pięćdziesiąt złotych kupuje się nowy w galerii. Może jestem sentymentalna. Może to ja jestem problemem - stara kobieta, która nie potrafi znaleźć sobie miejsca i ładuje całą samotność w dwa swetry na drutach.

A może to nie o swetry chodzi. Może chodzi o to, że Beata nie widziała w nich mojego czasu, mojego bólu w nadgarstku, moich wieczorów, kiedy zamiast ciszy miałam stukanie igieł. Może chodzi o to, że jestem dla córki kimś, kto „się napracował" - i tyle. Trzy słowa, wzruszenie ramionami, worek w przedpokoju.

Trzy dni przed Wigilią Beata zadzwoniła.

- Mamo, o której przyjedziesz? Marcin zrobi karpia na dwa sposoby.

- Przyjadę - powiedziałam. - Ale chcę ci coś powiedzieć.

- No mów.

I wtedy otworzyłam usta, żeby powiedzieć wszystko. O swetrach, o włóczce za trzysta złotych, o spuchniętym nadgarstku, o reniferku dla Kubusia i warkoczu z wełny dla Zosi. O tym, że znalazłam je w worku i że poczułam się jak ten worek - do oddania. Chciałam powiedzieć, że odkąd Andrzej umarł, robię wszystko, żeby mieć powód do istnienia w ich życiu, i że te swetry były moim sposobem na powiedzenie „kocham was" rękami, bo słowami jakoś nigdy nie umiałam.

Ale powiedziałam tylko:

- Przywiozę sernik. Ten babci Zofii, na zimno.

- Super, mamo. To do zobaczenia.

Odłożyłam słuchawkę. Swetry leżały na łóżku w pokoju gościnnym. Złożone starannie, jeden na drugim, jak dwa małe ciepłe ciała.

Na drutach wzięłam nowy kłębek wełny tego samego wieczoru. Nie wiem jeszcze, dla kogo robię. Może dla siebie.