Słyszałam już wcześniej ich rozmowy o „domu, jak mnie zabraknie". Tym razem położyłam na regale włączony dyktafon. Nagranie schowałam u notariusza razem z nowym testamentem. Niech kiedyś posłuchają, przy odczytaniu.
Pierwszy raz usłyszałam to w czerwcu, przez uchylone drzwi balkonu. Renata mówiła do Darka ściszonym głosem, takim, jaki ludzie przybierają, kiedy ktoś bliski umiera albo kiedy planują coś, o czym ten bliski nie powinien wiedzieć. „Działkę trzeba będzie od razu sprzedać, zanim Grzegorz się upomni" - powiedziała moja córka. A mój zięć odparł spokojnie: „Spokojnie, twoja matka jeszcze żyje".
Jeszcze żyje. Te dwa słowa brzęczały mi w głowie całą noc. Bo ja rzeczywiście jeszcze żyję. Mam siedemdziesiąt dwa lata, nadciśnienie, jedno kolano po endoprotezie i ogród, który zakwita co roku, jakby nie wiedział, że jego właścicielka ma ograniczony czas. Nazywam się Halina. Mieszkam na Żoliborzu, w tym samym domu, który mój mąż Tadeusz postawił w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim roku. Dom z cegły, trzy pokoje na dole, dwa na górze, garaż, w którym Tadeusz trzymał narzędzia, a teraz stoją kartony z rzeczami, których nikt nie chce wyrzucić, ale nikt też nie chce zabrać.
Tadeusz odszedł pięć lat temu. Rak trzustki - szybko i bezlitośnie. Zostałam sama z domem, z działką ROD przy Wiśle i z dwojgiem dorosłych dzieci, które kochałam tak samo, choć nigdy nie umiałam im tego jednakowo okazać.
Renata, starsza, czterdzieści osiem lat, księgowa w firmie budowlanej. Mieszka z Darkiem i dwójką nastolatków w bloku na Bemowie, w trzech pokojach, gdzie korytarz jest tak wąski, że szafa stoi bokiem. Grzegorz, młodszy, czterdzieści trzy lata, elektryk, rozwiedziony, wynajmuje kawalerkę na Pradze. Dwóch synów widuje co drugi weekend. Pije piwo częściej, niż powinien, ale nie jest alkoholikiem - przynajmniej tak sobie powtarzam.
Myślałam, że tamta rozmowa na balkonie to był incydent. Że Renata po prostu głośno myślała. Ludzie robią takie rzeczy - planują na wypadek, jak bliscy leżą w szpitalu, jak są starzy, jak oddychają ciężej niż rok wcześniej. Nie osądzam. Ale potem zaczęłam słuchać uważniej.
W sierpniu Renata przyszła ze mną posiedzieć na imieniny. Przyniosła sernik, ten na zimno, który robiła jej teściowa. Siadłyśmy w kuchni. Grzegorz miał przyjść, ale napisał SMS, że „nie da rady". Renata wzięła herbatę, rozejrzała się po kuchni i powiedziała: „Mamo, trzeba by kiedyś wymienić te szafki. Ale nie ma sensu inwestować, jeśli...".
Nie dokończyła. Ja dokończyłam w głowie: jeśli i tak niedługo umrzesz. Uśmiechnęłam się i dolałam jej herbaty.
We wrześniu Darek zadzwonił do mnie pierwszy raz od pogrzebu Tadeusza. Uprzejmy, serdeczny - aż podejrzanie serdeczny. Pytał o dom. Czy nie za duży dla mnie samej. Czy nie ciężko ogrzać zimą. Czy nie myślałam o przeprowadzce do czegoś mniejszego, wygodniejszego. „Teściowa, są teraz takie ładne mieszkania z windą, parterek, ogródek mały..." - mówił tak, jakby sprzedawał mi coś ze swojej budowlanej oferty.
Odpowiedziałam, że dom jest w porządku. Że sobie radzę. Że sąsiadka, pani Lucyna, pomaga mi z zakupami, kiedy kolano nawala. Darek westchnął cicho - tak cicho, że pewnie myślał, że nie usłyszę. Ale ja mam słuch jak kiedyś. Nadciśnienie odebrało mi wiele, ale nie słuch.
W październiku, przy okazji Wszystkich Świętych, spotkaliśmy się we troje na cmentarzu - ja, Renata i Grzegorz. Staliśmy nad grobem Tadeusza, porządkowali znicze. Grzegorz milczał. Renata poprawiała kwiaty. A potem, kiedy odeszłam na chwilę do kranu po wodę, usłyszałam znowu te głosy. Stali trzy rzędy dalej, myśleli, że mam daleko. Grzegorz mówił: „Jak będzie testament, to i tak połowa moja. Nie daję się zepchnąć". A Renata odpowiedziała szybko, ostro: „Nikt cię nie spycha. Ale ty nie robiłeś nic dla tego domu. Ani jednego gwoździa nie wbiłeś".
Ani jednego gwoździa. Stanęłam z konewką przy hydrancie i poczułam, jak nogi mi ciężkieją. Bo to była prawda. Grzegorz nigdy nie pomagał z domem. Ale Renata pomagała nie z miłości do mnie - pomagała, żeby mieć argument. Żeby móc kiedyś powiedzieć: „To mi się należy, bo ja się starałam".
Wróciłam do domu i usiadłam w fotelu Tadeusza. Tym brązowym, ze skóry, który skrzypi, kiedy siada się za szybko. I pomyślałam: czy ja wychowałam dwoje ludzi, którzy czekają na mój dom? Nie na mnie. Na dom.
Przez kilka tygodni chodziłam z tym jak z kamieniem w bucie. Nie spałam dobrze. Budziłam się o czwartej i patrzyłam w sufit, próbując sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz Renata zapytała mnie, jak się czuję - nie jak się czuje dom, nie czy rury przetrwają zimę, nie czy dach trzeba naprawić - tylko jak ja się czuję. Nie potrafiłam sobie przypomnieć.
Grzegorz przynajmniej był szczery w swoim milczeniu. Dzwonił rzadko, ale kiedy dzwonił, pytał: „Co u ciebie, mamo?" i na chwilę mi się wydawało, że chodzi o mnie. Może nawet chodziło. Nie wiem. Może już nie potrafię odróżnić troski od kalkulacji.
W listopadzie podjęłam decyzję. Pojechałam do notariusza, pana Wojciecha, który prowadził sprawę Tadeusza. Powiedziałam, że chcę zmienić testament. Że dotychczasowy - pół na pół, dom i działka dzielone równo - nie odpowiada mi. Pan Wojciech zapytał, czy jestem pewna. Odpowiedziałam, że po raz pierwszy od pięciu lat jestem pewna czegokolwiek.
Ale to nie testament był moim prawdziwym planem.
Dyktafon kupiłam w Media Markt, mały, srebrny, na baterie. Kosztował sto osiemdziesiąt złotych. Sprawdziłam, czy działa - nagrałam, jak mówię „jeden, dwa, trzy" i jak tyka zegar w salonie. Słychać było wyraźnie. Położyłam go za ramką ze zdjęciem z komunii Renaty. Nikt tam nie zagląda.
Wigilia. Przyszli oboje z rodzinami. Grzegorz przyprowadził synów, ale bez byłej żony. Renata z Darkiem i dziećmi. Było dwanaście potraw, opłatek, „Wśród nocnej ciszy" z radia. Było prawie pięknie. Po kolacji, kiedy wnuki poszły do pokoju z telefonami, a ja wyniosłam naczynia do kuchni, zostali w salonie we czwórkę - Renata, Darek, Grzegorz i jego stary kompan, kieliszek żubrówki.
Nagranie trwa dwadzieścia trzy minuty. Nie będę cytować wszystkiego. Powiem tylko, że Renata użyła słowa „wymeldować" w kontekście mojej osoby. Że Darek mówił o notariuszu, jakby już miał umówioną wizytę. Że Grzegorz - mój cichy Grzegorz - powiedział zdanie, które boli mnie najbardziej: „Ona i tak połowy rzeczy nie ogarnia. Podpisałaby wszystko, co jej podsuniesz".
Nie ogarnia. Jego matka. Kobieta, która pracowała trzydzieści pięć lat na poczcie, utrzymała dom, kiedy Tadeusz pił, a potem trzeźwiał, i pił, i trzeźwiał. Kobieta, która spłaciła kredyt sama i nigdy nikomu o tym nie powiedziała.
W styczniu zaniosłam nagranie do pana Wojciecha. Poprosiłam, żeby schował je razem z nowym testamentem. Żeby odtworzył przy odczytaniu, w obecności obojga moich dzieci.
Pan Wojciech patrzył na mnie długo. Zapytał: „Pani Halino, czy nie lepiej porozmawiać z nimi teraz? Za życia?".
Może miał rację. Może powinnam usiąść z nimi, położyć to nagranie na stole, powiedzieć: słyszałam, wiem, boli mnie to. Może wtedy Renata by płakała i przepraszała, a Grzegorz milczałby, jak zawsze, i może coś by się zmieniło.
Ale ja nie chcę ich łez. Nie chcę przeprosin wymuszonych wstydem. Chcę, żeby usłyszeli sami siebie - wtedy, kiedy nie będą już mogli mnie przeprosić. Kiedy będą musieli z tym zostać.
Nowego testamentu nie zdradzę. Powiem tylko, że dom nie trafi tam, gdzie się spodziewają. I że pani Lucyna, sąsiadka, która przynosi mi leki i nigdy nie zapytała o metraż, jest w nim wymieniona.
Czasem wieczorem siadam w fotelu Tadeusza i myślę, czy to, co robię, jest sprawiedliwe. Czy matka ma prawo karać dzieci zza grobu. Czy to jest kara - czy lekcja. I czy jest między nimi jakaś różnica.
Potem patrzę na regał, na ramkę z komunii Renaty, i widzę twarz małej dziewczynki w białej sukience, która biegła do mnie z bukietem stokrotek i krzyczała: „Mamusiu, to dla ciebie!". I nie potrafię pogodzić tamtej dziewczynki z kobietą, która mówi „wymeldować".
Może kiedyś zrozumieją. Może nie. Ale nagranie poczeka cierpliwie - tak jak ja czekałam przez te wszystkie lata, aż ktoś zapyta, jak się czuję.