Od jakiegoś czasu wnuk nie chce zostawać ze mną sam, chowa się za matkę. Wczoraj usłyszałam, jak synowa mówi mu w przedpokoju: „Grzecznie u babci, ale nie ucz się jej gadania i tych modlitw." Mały już nie biegnie do mnie jak dawniej.

Stałam za ścianą, z ręką na klamce, i nie mogłam się ruszyć.

Kubuś miał cztery latka, drobny jak wróbelek w tej swojej kurtce z dinozaurami. Słyszałam, jak Patrycja poprawia mu zamek błyskawiczny. Potem szepnęła jeszcze coś, czego nie dosłyszałam, ale ton głosu znałam doskonale - taki sam, jakim moja własna matka kiedyś mówiła o sąsiadce z parteru: słodko, ale z ostrzem.

Otworzyłam drzwi z uśmiechem. Szeroko, tak jak zawsze. Kubuś stał za nogą Patrycji i patrzył na mnie spode łba. Jeszcze rok temu wpadał do mieszkania z krzykiem „Babunia!", rzucał się na mnie, a ja łapałam go, choć kolano protestowało. Teraz - nic. Patrycja powiedziała: - Będziemy o piątej, mamo.

-Dobrze, syneczku - schyliłam się do wnuka. - Zrobiłam ci naleśniki z serem, takie jak lubisz. Pokiwał głową. Nie uśmiechnął się.

Mam na imię Halina, sześćdziesiąt trzy lata, od roku na emeryturze. Całe życie przepracowałam w księgowości na Politechnice Poznańskiej - trzydzieści jeden lat rachunków, delegacji, PIT-ów.

Syn Grzegorz ożenił się z Patrycją pięć lat temu. Ślub był ładny, w kościele na Jeżycach, potem obiad w restauracji nad Wartą. Pamiętam, jak Patrycja podeszła do mnie tamtego dnia i powiedziała: - Proszę pani, ja wiem, że nie jest pani łatwo oddać syna. Ale ja go kocham. - Wzruszyłam się wtedy. Naprawdę.

Między nami nigdy nie było wielkich awantur. Raczej - drobne szpilki. Komentarze Patrycji o tym, że za dużo gotuję, gdy przychodzą na obiad.

Że Kubusiowi nie trzeba dźwigać talerzy z porcelany, bo to przeżytek. Że mogłabym w mieszkaniu trochę przewietrzyć, bo „u babci taki specyficzny zapach". Ja przełykałam. Matka mnie nauczyła: nie pyskuj synowej, bo stracisz syna.

Ale z tą modlitwą to się zaczęło kilka miesięcy temu. Kubuś nocował u mnie w sobotę, bo Grzegorz z Patrycją szli na urodziny znajomych. Wieczorem, jak zwykle, uklękliśmy przy łóżku i odmówiliśmy „Aniele Boży".

Kubuś znał słowa, sam zaczynał. Potem opowiedziałam mu o Matce Boskiej, o aniołach - takie zwykłe bajki na dobranoc, jakie ja słyszałam od swojej babci, a moja babcia od swojej. Kubuś zasnął spokojnie, z ręką pod policzkiem.

W niedzielę Patrycja przyjechała po niego. Kubuś od progu zaczął opowiadać: - Mamusiu, babcia mówiła, że aniołek mnie pilnuje w nocy! - Patrycja spojrzała na mnie. Nie powiedziała nic. Ale widziałam, jak zacisnęła usta. W samochodzie pewnie było inaczej, bo tydzień później Grzegorz zadzwonił.

- Mamo, Patrycja prosi, żebyś nie uczyła Kubusia modlitw.

Milczałam chwilę, trzymając słuchawkę przy uchu, patrząc przez okno na bloki osiedla Rusa.

- Grzegorz, ja ciebie też tak wychowywałam.

- Wiem, mamo. Ale my z Patrycją uważamy, że dziecko powinno samo zdecydować, jak dorośnie. Nie chcemy mu narzucać.

- Ja mu niczego nie narzucam. Opowiadam mu o Panu Bogu, tak jak tobie opowiadałam.

- No właśnie o to chodzi. Patrycja mówi, że Kubuś potem powtarza w przedszkolu rzeczy, które... no, które brzmią dziwnie. Że „babcia powiedziała, że Pan Bóg widzi, jak ktoś jest niegrzeczny". Wychowawczyni zwróciła uwagę.

Poczułam, jak mi gorąco robi na twarzy. Bo tak, mówiłam Kubusiowi, że Pan Bóg widzi. Moja matka mi tak mówiła. To było normalne. To jest normalne. Czy nie jest?Zgodziłam się, że nie będę Kubusia „zmuszać do modlitwy". Ale nie powiedziałam, że przestanę się przy nim modlić. Bo jak miałam niby przestać? Przed jedzeniem mówię „Ojcze nasz", przed snem mówię „Zdrowaś Mario". To moje mieszkanie, moje życie, moja wiara. Nie urządzam Kubusiowi katechezy - po prostu żyję tak, jak żyję.

Tyle że Kubuś przyjeżdżał coraz rzadziej. Patrycja miała powody: raz przedszkole, raz katar, raz „umówiliśmy się ze znajomymi". Grzegorz dzwonił w niedziele, krótko, jakby odhaczał punkt na liście. Na Wielkanoc przyjechali na godzinę. Kubuś siedział cicho, nie ruszył się od matki. Kiedy zaproponowałam, żebyśmy razem pomalowali pisanki, Patrycja odpowiedziała za niego: - Kubuś się nie czuje najlepiej, prawda, synku? - Mały pokiwał głową posłusznie.

A wczoraj usłyszałam te słowa w przedpokoju. „Nie ucz się jej gadania i tych modlitw." Jakbym była kimś zaraźliwym. Jakby moja wiara była chorobą, którą można złapać od babci razem z katarem.

Przez całą noc nie spałam. Leżałam w ciemności i myślałam o własnej babci Zofii, o tym, jak mnie uczyła pacierza, jak wyciągałyśmy różaniec wieczorami, jak pachniało jej mieszkanie - świecami i barszczem. O tym, że tamta babcia była moim całym światem i nikt mojej matce nie powiedział, żeby mnie od niej trzymać z daleka.

Rano zadzwoniłam do Grzegorza. Powiedziałam spokojnie, choć ręce mi drżały: - Synu, muszę z wami porozmawiać. Z tobą i z Patrycją. Nie przez telefon.

Grzegorz westchnął. - Mamo, o co znowu chodzi?

- O to, że tracę wnuka. I chcę wiedzieć, czy wy tego chcecie.

Cisza. Długa, ciężka cisza. Potem: - Przyjadę w sobotę. Sam.

Odłożyłam telefon. Usiadłam przy kuchennym stole, na którym stał jeszcze kubek Kubusia - ten plastikowy, z żółwiem ninja, który kupił sobie sam za monetę z mojego portfela na pchlim targu w parku Wilsona. Nie miałam go serca schować.

Wiem, co powie Grzegorz. Że mam „uszanować ich decyzje wychowawcze". Że Patrycja „nie ma nic złego na myśli". Że Kubuś „sam zdecyduje, jak dorośnie". Może ma rację. Może to ja się czegoś trzymam, co dawno już nie pasuje do ich świata.

Ale kiedy zamykam oczy, widzę buzię Kubusia sprzed roku - jak klęczy przy łóżku i mówi „Aniele Boży" tym swoim cichym głosikiem, poważny jak mały staruszek. I nie potrafię uznać, że to było złe.

W sobotę postawię na stole sernik i herbatę z cytryną. Porozmawiam z synem. A potem - nie wiem. Nie wiem, czy potrafię przestać być sobą, żeby mnie tu jeszcze wpuścili.

Czasem myślę, że łatwiej byłoby ustąpić. Schować krzyżyk do szuflady, modlić się po cichu, udawać, że jestem taką babcią, jaką chce Patrycja. Ale wtedy Kubuś nie poznałby mnie. Poznałby kogoś innego - kogoś, kto zgadza się na wszystko, byle go nie stracić.

I zastanawiam się, co jest gorsze.