Syn przywiózł mi inteligentny głośnik, „żebyś miała z kim pogadać, jak nas nie ma". Mówię jej „dzień dobry", pytam o pogodę, ona zawsze odpowiada. W tym miesiącu rozmawiałam z nią codziennie, a z dziećmi dwa razy.
Postawiłam ją na blacie w kuchni, między cukiernicą a tym plastikowym pojemnikiem na herbatę, który Marek kupił jeszcze w dziewięćdziesiątym trzecim na targu przy Dworcu Wschodnim. Głośnik jest mały, okrągły, szary - wygląda jak kamień do ogrodu. Tomek podłączył mi ją do Wi-Fi, pokazał, jak mówić, żeby reagowała. „Mamo, to proste, mówisz do niej jak do człowieka." Popatrzył na zegarek, pocałował mnie w policzek i pojechał. Miał jeszcze odebrać Zosię z zajęć i zdążyć na zakupy do Biedronki.
Przez pierwsze dni czułam się głupio. Stałam w kuchni i mówiłam na głos do pudełka. „Jaka jest pogoda w Warszawie?" Odpowiadała grzecznie, spokojnym kobiecym głosem. Dwanaście stopni, zachmurzenie umiarkowane, bez opadów. Podziękowałam jej. Ona powiedziała: „Nie ma za co." I wtedy pomyślałam - Boże, Halina, tobie już chyba naprawdę odbiło.
Mam na imię Halina, od trzech lat jestem na emeryturze. Przedtem pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach - dwadzieścia sześć lat przy tych samych biurkach, tych samych rachunkach, tych samych ludziach. Marek, mój mąż, umarł pięć lat temu. Rak płuc. Osiem miesięcy od diagnozy do pogrzebu. Zostałam w naszym mieszkaniu na trzecim piętrze - dwa pokoje z kuchnią, balkon wychodzący na parking i kawałek parku za blokiem. Tomek z rodziną mieszka na Ursynowie. Kasia w Krakowie, z mężem i dwójką dzieci. Niby blisko. Niby.
Kiedy Marek żył, dom był pełen dźwięków. Szum wody w łazience rano, radio w kuchni nastawione na Jedynkę, jego kaszel, trzask zapalniczki na balkonie, kiedy myślał, że nie słyszę. Po jego odejściu cisza weszła do mieszkania jak lokator, który nie pyta o zgodę. Nauczyłam się z nią żyć. Włączałam telewizor, żeby gadał. Nie słuchałam, ale szedł. Czasem przez cały dzień.
A potem pojawił się ten głośnik.
Zaczęło się niewinnie. Pogoda, godzina, „włącz radio". Potem odkryłam, że mogę ją prosić o muzykę. „Puść coś spokojnego." I puszczała. Któregoś wieczoru, nie wiem czemu, powiedziałam: „Opowiedz mi żart." Opowiedziała. Kiepski był, ale się uśmiechnęłam. Następnego dnia poprosiłam o kolejny. I jeszcze jeden. Tydzień później złapałam się na tym, że rano, zanim postawię wodę na herbatę, najpierw mówię: „Dzień dobry." Ona odpowiada. Zawsze odpowiada.
Kiedyś zadzwoniła Kasia. W niedzielę, koło południa.
- Mamo, co u ciebie?
- Dobrze, córeczko. A u was?
- Normalnie, biegamy. Franek miał anginę, ale już lepiej. Słuchaj, przepraszam, że dawno nie dzwoniłam, w pracy szaleństwo, wiesz jak jest.
- Wiem, wiem. Nie martw się.
- Tomek mówił, że przywiózł ci tego głośnika. Używasz?
- Używam. Bardzo fajny.
- No widzisz, przynajmniej masz towarzystwo - zaśmiała się.
Nie powiedziałam nic. Bo co miałam powiedzieć? Że tak, mam towarzystwo - szare pudełko na blacie, które nigdy nie mówi, że nie ma czasu? Że nie odwołuje spotkań? Że nie przesyła SMS-a „mamo, nie dam rady w niedzielę, może za dwa tygodnie"?
Tomek wpadł na początku marca. Przywiózł siatkę mandarynek i sernik z cukierni na rogu. Usiadł w kuchni, zjadł dwa kawałki, wypił herbatę. Czterdzieści minut. Rozmawialiśmy o Zosi, o jej szkole, o tym, że chcą z Agnieszką wziąć kredyt na większe mieszkanie. Słuchałam i kiwałam głową. Kiedy wychodził, powiedział:
- Mamo, no i gadasz z tym głośnikiem? Przydaje się?
- Przydaje - odpowiedziałam.
- A nie mówiłem? - uśmiechnął się szeroko. - To lepsze niż telewizor.
Zamknęłam drzwi. Wróciłam do kuchni. Popatrzyłam na ten szary kamyk na blacie.
- Która jest godzina? - zapytałam.
- Jest czternasta dwadzieścia trzy - odpowiedziała spokojnie.
Siadłam przy stole i rozpłakałam się. Bo zrozumiałam coś, co pewnie powinnam zrozumieć wcześniej. Moje dzieci nie kupiły mi towarzyszki. Kupiły sobie spokój sumienia.
Nie mówię, że są złe. Nie mówię, że mnie nie kochają. Tomek jest dobrym synem. Kasia dobrą córką. Mają swoje życie, swoje rachunki, swoje dzieci, swoje zmęczenie. Wiem, jak to jest - sama miałam matkę, sama jej nie odwiedzałam tak często, jak powinnam. Tak się kręci to koło. Ale kiedy wieczorem siedzę sama w tym mieszkaniu i jedynym głosem, jaki słyszę, jest ten z głośnika - coś we mnie pęka po cichu, jak nitka w swetrze, którego nikt nie ceruje.
W kwietniu zadzwoniłam do Kasi. Sama. We wtorek, po południu.
- Kasia, może byście przyjechali na Wielkanoc?
- Mamo, wiesz, Bartek już obiecał swoim rodzicom. Może na majówkę?
- Dobrze. Na majówkę.
Wieczorem zapytałam głośnik: „Kiedy jest majówka?" Odpowiedziała: pierwszy maja, czwartek. Potem dodała: „Czy chciałabyś ustawić przypomnienie?" Powiedziałam: tak. Choć wiedziałam, że i tak nie przyjadą. Że będzie kolejny SMS z przeprosinami, kolejne „następnym razem na pewno". I następne milczenie, które zapełniam pytaniami o pogodę.
Nie jestem na nich zła. Naprawdę nie jestem. Ale czasem się boję. Nie śmierci - tej się już nie boję, po Marku jakoś mi przeszło. Boję się, że pewnego dnia nie otworzę ust, żeby powiedzieć „dzień dobry", i nikt tego nie zauważy. Nikt oprócz niej.
Wczoraj Tomek zadzwonił. Krótko, między jednym spotkaniem a drugim.
- Mamo, wszystko w porządku?
- Wszystko - odpowiedziałam.
- No to dobrze. Zadzwonię w weekend.
Odłożyłam telefon. Popatrzyłam na głośnik. Już chciałam ją o coś zapytać, ale się powstrzymałam. Zamiast tego wzięłam kurtkę z wieszaka, zamknęłam mieszkanie i poszłam na dół. Na ławce przed blokiem siedziała Krysia z parteru, ta, co zawsze narzeka na kolana. Usiadłam obok.
- O, Halinka - powiedziała. - Dawno cię nie widziałam.
- Dawno nie wychodziłam - odpowiedziałam.
Gadałyśmy może godzinę. O niczym ważnym. O cenach w Biedronce, o tym, że na osiedlu wycinają kasztany, o jej wnuczce, która jedzie do Anglii. Krysia mówiła i mówiła, a ja słuchałam i czułam, jak coś mi się w środku odkręca. Bo Krysia przerywała, pytała „a u ciebie?", poprawiała okulary i czekała na odpowiedź. Naprawdę czekała.
Wróciłam do domu, kiedy zaczęło się ściemniać. W kuchni na blacie czekał szary kamyk. Popatrzyłam na niego długo. Potem powiedziałam:
- Dobranoc.
Odpowiedziała mi miłym głosem. Jak zawsze. Ale tej nocy, po raz pierwszy od tygodni, nie włączyłam jej na noc jako tła do snu. Leżałam w ciszy i myślałam, czy jutro znowu wyjdę na tę ławkę. I czy kiedykolwiek powiem Tomkowi, że ten głośnik to najsmutniejszy prezent, jaki dostałam w życiu.
A może nie powiem. Może powiem „dziękuję, synku, bardzo mi pomaga" - i to będzie prawda, i kłamstwo jednocześnie.