W pierwszą rocznicę śmierci męża zamówiłam mszę. Ksiądz odczytał intencje: najpierw moją, zaraz potem drugą - „za śp. Stanisława, od Wandy, z wdzięcznością". W naszej parafii nie znam żadnej Wandy.

Usiadłam z powrotem na ławce, chociaż msza się skończyła i ludzie już wychodzili. Kościółek na Gocławiu o tej porze pustoszeje szybko - starsze panie znikają do domów, bo obiad sam się nie ugotuje, a młodszych i tak nie ma. Zostałam sama z tym imieniem, które odbijało mi się echem w głowie jak zdanie, którego nie potrafisz dokończyć. Wanda. Z wdzięcznością.

Stanisław - mój Staszek - umarł rok temu na raka trzustki. Cztery miesiące od diagnozy do pogrzebu. Lekarze mówili, że to typowe przy tym typie nowotworu, że wcześniej nie było objawów, bo trzustka „milczy". Ja też milczałam. Przez te cztery miesiące prawie nie płakałam, bo miałam co robić - wozić go na chemię, gotować bulionu na wymuszone łyżeczki, prać pościel, dzwonić do córek.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i przez trzydzieści osiem z nich byłam żoną Stanisława Kępki, elektryka z zakładów energetycznych. Mieszkaliśmy na Gocławiu od początku, jeszcze z przydziału. Dwie córki - Ania w Krakowie, Magda tutaj, na Pradze Południe. Wnuki, normalne życie, normalna emerytura. A przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki w kościele nie usłyszałam tego imienia.

Po mszy podeszłam do zakrystii. Ksiądz Tomasz, młody jeszcze, może czterdzieści lat, znał mnie z widzenia - przychodziłam na niedzielną o dziesiątej, czasem na różaniec.

- Przepraszam, ojcze - powiedziałam i sama usłyszałam, jak mi drży głos. - Ta druga intencja, ta od Wandy. Kto ją zamawiał?

Spojrzał na mnie ze zrozumieniem, ale pokręcił głową.

- Pani Bożeno, intencje mszalne można zamówić telefonicznie albo w kancelarii. Nie zawsze wiem, kto składał osobiście. Mogę sprawdzić w zeszycie, ale tam jest tylko imię zamawiającego i treść intencji. Nie zapisujemy adresów ani telefonów.

- To proszę sprawdzić.

Kartował zeszyt dłuższą chwilę. W końcu przeczytał: „Wanda M., intencja za śp. Stanisława Kępkę, z wdzięcznością". Zamówiona tydzień temu, zapłacona gotówką w kancelarii.

Wróciłam do domu i zrobiłam herbatę, ale jej nie wypiłam. Stała na blacie i stygła, a ja siedziałam przy kuchennym stole, na którym jeszcze leżała serwetka szydełkowa po mamie Staszka, i próbowałam sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszałam o jakiejś Wandzie. Z pracy? Z jakichś dawnych znajomości? Staszek nie był gadułą. Wracał z roboty, jadł obiad, oglądał wiadomości, w weekendy majstrował na działce albo naprawiał sąsiadom instalacje - za pół ceny, bo „co ja będę od swoich brał". Nie chodził na piwo z kolegami, nie miał żadnych tajemniczych telefonów. A przynajmniej ja ich nie zauważyłam.

Wieczorem zadzwoniłam do Magdy.

- Mamo, a skąd wiesz, że tata nie miał jakiejś znajomej z pracy? - powiedziała tonem, który miał być uspokajający, a był protekcjonalny. - Może to żona któregoś z kolegów, której tata pomógł z instalacją. Albo jakaś kuzynka, o której nie wiedziałaś.

- Stanisław nie miał żadnej kuzynki Wandy. Jego rodzinę znam jak własną kieszeń.

- No to może ktoś z parafii, kto po prostu go szanował. Ludzie zamawiają msze z różnych powodów, mamo.

Magda miała rację, że ludzie zamawiają msze z różnych powodów. Ale nie używają słowa „z wdzięcznością" wobec obcego człowieka. Tak mówi się o kimś, kto coś dla ciebie zrobił. Coś ważnego.

Przez następny tydzień szukałam. Najpierw delikatnie - przejrzałam stary telefon Staszka, który leżał w szufladzie komody razem z jego okularami i portfelem. Telefon był prosty, z klapką, bo Staszek nie uznawał smartfonów. Kontakty: ja, Ania, Magda, Zbyszek z pracy, Rysiek sąsiad, pogotowie energetyczne, przychodnia. Żadnej Wandy. Rejestry połączeń wykasowane - albo przez niego, albo sam telefon czyścił po czasie. SMS-ów nie było.

Potem przeszukałam dokumenty w biurku. Faktury za prąd, polisę na życie, papierową teczkę z aktami działki, dowód rejestracyjny fiata, który sprzedałyśmy z Magdą po pogrzebie. I tam, między rachunkami za ubezpieczenie samochodu, znalazłam kartkę. Zwykłą kartkę wyrwaną z notesu, zapisaną drobnym, nieznanym mi pismem: „Staszku, nie masz pojęcia, co to dla mnie znaczy. Dziękuję. W."

Ręce mi się trzęsły, kiedy odłożyłam ją na blat. Nie jak w filmie - nie z gniewu, nie z rozpaczy. Z czegoś gorszego. Z uczucia, że przez trzydzieści osiem lat dzieliłam łóżko z człowiekiem, który miał kawałek życia niewidoczny dla mnie. Może mały. A może nie.

Ania, kiedy jej powiedziałam, zareagowała inaczej niż Magda.

- Mamo, zostaw to. Tata nie żyje. Cokolwiek to jest, nie zmienisz tego. Możesz tylko sobie zrobić krzywdę.

- A jeśli on miał kogoś?

Cisza w słuchawce. Potem westchnienie.

- To co? Będziesz go mniej kochać? Będziesz mniej za nim tęsknić?

Nie odpowiedziałam, bo nie znałam odpowiedzi.

Dwa tygodnie później wróciłam do kancelarii parafialnej. Trafiłam na panią Halinę, starszą ode mnie, która prowadziła biuro od lat. Spytałam wprost - czy pamięta kobietę, która zamawiała intencję za Stanisława Kępkę.

- A, tak - powiedziała pani Halina, poprawiając okulary. - Pamiętam, bo nie była z naszej parafii. Średniego wzrostu, ciemne włosy z siwizną, chyba koło pięćdziesiątki. Ładnie ubrana. Zapłaciła, podziękowała, wyszła. Nie widziałam jej tu wcześniej ani potem.

- Nic więcej pani nie pamięta?

- Miała taki szalik w kolorze burgundu. I zapłakane oczy. Tak, to pamiętam - zapłakane oczy.

Wracałam do domu pieszo, chociaż padał drobny deszcz. Szłam ulicami osiedla, które znałam od trzydziestu kilku lat - każdy blok, każda ławka, każdy krzak bzu, który teraz właśnie zaczynał kwitnąć. I myślałam o zapłakanych oczach obcej kobiety, która przyszła do naszego kościoła, żeby zamówić mszę za mojego męża. Z wdzięcznością.

Może Staszek naprawdę tylko komuś pomógł. Może naprawił instalację samotnej kobiecie, nie wziął pieniędzy, bo „co ja będę od swoich brał", a ta kobieta zapamiętała to na całe życie. Może to takie proste. Staszek był taki - pomagał ludziom, nie mówił o tym, nie oczekiwał podziękowań.

Ale ta kartka. „Nie masz pojęcia, co to dla mnie znaczy." To zdanie jest za duże na naprawioną instalację.

Kartka leży teraz w mojej torebce. Noszę ją ze sobą jak list, na który nie umiem odpowiedzieć. Mogłabym szukać dalej - zapytać Zbyszka z pracy, przejrzeć dokumenty dokładniej, może nawet zamieścić ogłoszenie. Mogłabym znaleźć tę Wandę i popatrzeć jej w oczy.

Ale Ania powiedziała coś, co nie daje mi spokoju: „Będziesz go mniej kochać?"

Nie wiem. I chyba właśnie tego się najbardziej boję - że odpowiedź mogłaby brzmieć „tak".

Wczoraj wieczorem wyjęłam z szafy marynarkę Staszka - tę granatową, w której chodził na niedzielne msze. Przyłożyłam ją do twarzy. Jeszcze pachnie jego wodą po goleniu, słabo, prawie niedostrzegalnie. Za rok pewnie przestanie. Włożyłam rękę do kieszeni i wyczułam pod palcami coś twardego. Wizytówka. Gabinet psychologiczny, adres na Saskiej Kępie. Na odwrocie ołówkiem, pismem Staszka: „środy, 16:00".

Staszek chodził do psychologa. Mój Staszek, który uważał, że facet nie płacze, że „nerwy to wymysł", że „trzeba się trzymać". Chodził w środy o szesnastej - wtedy, kiedy ja myślałam, że jest na działce.

Odłożyłam wizytówkę obok kartki od Wandy. Dwa kawałki papieru, które razem mogą znaczyć wszystko albo nic. Mogę zadzwonić pod ten numer. Mogę nie dzwonić. Mogę zachować obraz Staszka, jaki mam od trzydziestu ośmiu lat, albo pozwolić, żeby prawda - jakakolwiek jest - go zmieni.

Herbata znowu wystygła. Za oknem kwitnie bez, ten sam, który Staszek posadził, kiedy Magda szła do pierwszej komunii. Podnoszę telefon. Odkładam. Podnoszę znowu.