Od emerytury mąż mówi do mnie może dziewięć zdań dziennie. We wtorek nakryłam stół jak od święta: obrus, świece, rosół w wazie. Zapytał, kto przyjeżdża. „Nikt. My". Przy herbacie nagle zapytał, czy pamiętam, jak w Bieszczadach zgubiliśmy namiot - i przegadaliśmy do północy.

Następnego ranka obudziłam się z uśmiechem, którego nie czułam na twarzy od miesięcy. Andrzej jeszcze spał. Leżałam i patrzyłam na sufit, na pęknięcie w tynku, które obiecał naprawić trzy lata temu, i myślałam: co to właściwie było? Jeden wieczór rozmowy po miesiącach ciszy - i ja się zachowuję, jakby ktoś mi oddał coś, co dawno straciłam.

Mam na imię Bożena, za trzy miesiące skończę sześćdziesiąt dwa lata. Z Andrzejem jesteśmy od trzydziestu ośmiu lat. Troje dzieci - Kasia w Gdańsku, Piotr w Londynie, Marta tutaj, w Poznaniu, ale widujemy się raz na dwa tygodnie, bo życie. Andrzej przez trzydzieści lat jeździł jako kierowca ciężarówek, trasy międzynarodowe. Niemcy, Francja, Włochy. Wracał na weekend, czasem na dwa dni. Przyzwyczaiłam się.

Właściwie to przyzwyczaiłam się do wszystkiego.

Do tego, że zostawał mi wieczorami tylko telefon i telewizor. Do tego, że dzieci wychowywałam praktycznie sama, z pomocą mojej mamy, dopóki żyła. Do tego, że największe kryzysy - złamana noga Piotra, kłopoty Marty w liceum, moja operacja woreczka - przeżywałam z telefonem przy uchu, bo Andrzej był gdzieś za Lyonem albo pod Hamburgiem. Nie narzekałam. Taka była umowa. On zarabiał, ja trzymałam dom.

Potem przyszła emerytura. Jego, bo ja swoją z księgowości w spółdzielni miałam już od dwóch lat. Andrzej wrócił do domu na stałe i okazało się, że ten dom jest za mały na dwoje ludzi, którzy nie wiedzą, o czym ze sobą rozmawiać.

Pierwsze tygodnie były jeszcze znośne. Wstawał rano, szedł po bułki. Wracał, jedliśmy śniadanie. Potem siadał przed telewizorem albo szedł do garażu. Ja robiłam swoje - zakupy, obiad, sprzątanie, raz w tygodniu Marta z wnuczką na kawę. Wieczorem kolacja w ciszy, wiadomości, sen. I znowu.

Próbowałam rozmawiać. „Andrzej, może byśmy gdzieś pojechali?" - „Gdzie?" - „Nie wiem, nad morze, do sanatorium." - „Zobaczę." I tyle. Koniec dialogu. On nie był wredny, nie krzyczał, nie pił, nie robił nic złego. Po prostu jakby ktoś wyłączył w nim dźwięk. Albo - i to jest gorsza myśl - jakby ten dźwięk nigdy tak naprawdę nie był włączony, a ja tego nie zauważyłam, bo go nie było w domu.

Krysia, moja sąsiadka z parteru, mówiła mi kiedyś, że jak jej Tadeusz przeszedł na emeryturę, to przez pół roku siadywał na balkonie i patrzył na parking. „A potem się rozkręcił, poszedł na działkę i teraz to go stamtąd nie wyciągniesz." Czekałam na ten moment u Andrzeja. Nie nadchodził.

Zaczęłam liczyć. To głupie, wiem, ale pewnego poniedziałku wzięłam kartkę i robiłam kreski za każdym razem, kiedy Andrzej powiedział do mnie pełne zdanie. Nie „mhm", nie „daj", nie kiwnięcie głową. Zdanie. Z podmiotem i orzeczeniem. Naliczyłam jedenaście. Następnego dnia osiem. W środę - sześć, ale jedno z nich było „Gdzie jest pilot?".

Płakałam w łazience. Cicho, żeby nie słyszał. Nie dlatego, że mnie skrzywdził, ale dlatego, że uświadomiłam sobie coś strasznego: mogłabym umrzeć w tym mieszkaniu, a on by zauważył dopiero, kiedy by nie było obiadu.

Zadzwoniłam do Kasi. „Mamo, tata zawsze taki był, ty po prostu wcześniej nie miałaś czasu tego widzieć." Piotr się zdenerwował, że dramatyzuję. Tylko Marta powiedziała coś, co mnie uderzyło: „Mamo, a ty mu powiedziałaś, że jest ci źle? Wprost?" Nie powiedziałam. Bo jakoś tak nie umiałam. Bo w naszym pokoleniu się nie mówiło takich rzeczy mężowi. Mówi się: „Obiad na stole" i „Wynieś śmieci".

Wtedy przyszedł ten wtorek. Nie wiem, co mną kierowało. Rano wstałam i pomyślałam: zrobię rosół. Prawdziwy, z kością szpikową, z marchewką pokrojoną w talarki, jak lubił. Wyjęłam biały obrus, ten od mamy, z haftem. Znalazłam świece - zostały po zeszłorocznej Wigilii, trochę nadtopione, ale zapachniały ładnie. Postawiłam wazę na środku stołu. Tę porcelanową, z wyprawki.

Andrzej wszedł do kuchni o piątej, jak zwykle. Stanął w progu. Patrzył na stół. „Kto przyjeżdża?" - zapytał, i w jego głosie usłyszałam coś, co mogło być zdziwieniem, ale mogło być też lękiem.

„Nikt. My."

Usiadł. Jedliśmy w milczeniu, ale innym niż zwykle. Nie w milczeniu pustym, tylko takim czekającym, jakby coś miało się wydarzyć i oboje to czuliśmy. Nalałam herbatę. Cukier, bez cytryny, jak zawsze. I wtedy on odstawił łyżeczkę i powiedział:

„Bożena, pamiętasz, jak w Bieszczadach zgubiliśmy namiot?"

Pamiętałam. Lato siedemdziesiątego dziewiątego. Jeszcze przed ślubem. Jechaliśmy autostopem z Sanoka, plecaki na plecach, ja w klapkach, bo adidasy mi się rozleciły. Namiot zostawiliśmy pod drzewem koło polany i poszliśmy na szczyt. Kiedy wróciliśmy - nie było. Może ktoś zabrał, może źle zapamiętaliśmy miejsce. Spaliśmy pod gołym niebem, na karimatach, przykryci jego kurtką. Bałam się dzików, a Andrzej opowiadał mi o gwiazdach, wymyślał nazwy konstelacji, żebym się nie bała. „Wielka Bożena" i „Mała Bożena" - tak je nazwał.

I nagle siedzieliśmy w tej kuchni i mówiliśmy. O Bieszczadach, o tamtym lecie, o tym jak Kasia jako niemowlak zjadła pół kredki i pojechaliśmy na pogotowie, a dyżurna lekarka powiedziała, że to nic, że gorzej byłoby, gdyby zjadła pół zapałki. O tym, jak Andrzej wrócił kiedyś z Włoch i przywiózł mi buty, ale dwa lewe. I śmialiśmy się. Naprawdę się śmialiśmy.

Przegadaliśmy do północy.

Ale rano wstałam i znowu: cisza. Bułki, masło, kawa, telewizor. Żadnego nawiązania do wczoraj. Jakby ktoś wymazał tę noc. Andrzej jadł kanapkę i patrzył w ekran, a ja stałam przy zlewie z gąbką w ręku i czułam, jak ta nadzieja, która wykiełkowała wieczorem, zaczyna usychać.

Nie powiedziałam nic. Umyłam naczynia. Schowałam obrus do szuflady.

Ale wieczorem wyciągnęłam z szafki stary album. Ten brązowy, z pozłacanymi literami „Wspomnienia" na okładce. Położyłam go na stole w salonie, otworzyłam na stronie z Bieszczadami - ja w tych klapkach, Andrzej z wąsami i plecakiem - i poszłam do kuchni robić herbatę.

Kiedy wróciłam, Andrzej siedział nad albumem. Nie podniósł głowy. Palcem dotykał zdjęcia. Postawiłam mu kubek obok łokcia.

- Tu jest jeszcze to z komunii Piotra - powiedziałam. - Na następnej stronie.

Przewrócił kartkę. I nic nie powiedział. Ale nie wstał. Nie włączył telewizora.

Siadłam obok niego. Nie blisko, nie daleko. Na odległość łokcia. I czekałam. Bo zrozumiałam, że mogę nakryć stół jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze. Ale nie wiem, czy wystarczy mi siły, żeby co wieczór stawiać świece, które on może zdmuchnąć milczeniem. I nie wiem, czy powinnam. Czy to jest walka o małżeństwo, czy walka z wiatrakami.

Andrzej zamknął album i powiedział cicho: „Ładna byłaś w tych klapkach."

Nie odpowiedziałam. Piłam herbatę i myślałam, że trzydzieści osiem lat to bardzo dużo i bardzo mało jednocześnie. I że nie wiem, czy chcę następnych trzydziestu ośmiu lat ciszy przerywanych jednym wieczorem co kilka miesięcy. Ale nie wiem też, czy potrafię odejść od człowieka, który kiedyś nazwał moim imieniem konstelację.