Kupiłam sobie za odłożone rower elektryczny - do sklepu, do przychodni, kolana odpoczywają. Syn pukał się w czoło: „w twoim wieku? przecież się połamiesz". Miesiąc później przyjechał go „pożyczyć na weekend" dla synowej. Odzyskałam go po żniwach, z pustą baterią.
Ale zacznę od początku, bo ta historia nie jest o rowerze. To znaczy - jest, ale tak naprawdę chodzi o coś zupełnie innego.
W lutym skończyłam sześćdziesiąt trzy lata. Od pięciu jestem na emeryturze, przedtem dwadzieścia osiem lat w księgowości w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem. Mąż Stanisław odszedł siedem lat temu - nie umarł, żeby było jasne, po prostu pewnego piątku spakował torbę i powiedział, że jedzie do siostry do Kołobrzegu, a stamtąd zadzwoni. Zadzwonił. Że nie wraca. Że poznał kogoś. Że przeprasza. Trzydzieści cztery lata małżeństwa zamknięte w jednym telefonie. Ale to inna historia, choć pewnie z niej wyrosła ta obecna.
Zostałam w naszym mieszkaniu na osiedlu - trzecie piętro, blok z wielkiej płyty, widok na park i przystanek autobusu linii 58. Syn Grzegorz z żoną Patrycją mieszkają trzydzieści kilometrów dalej, na wsi pod Kórnikiem - kupili dom z kawałkiem pola, Patrycja hoduje kury, Grzegorz dojeżdża do pracy w magazynie. Mam jeszcze córkę Renatę, ale ona jest w Irlandii od dziesięciu lat i kontakt ogranicza się do niedzielnych połączeń na WhatsAppie.
Kolana zaczęły mnie męczyć dwa lata temu. Ortopeda powiedział: zwyrodnienie, pani Halinko, ruch jest wskazany, ale bez obciążania. Chodzenie po schodach - zło konieczne. Autobus do przychodni - czterdzieści minut z przesiadką, bo NFZ skierował mnie do specjalisty na drugim końcu miasta. A sklep najbliższy trzysta metrów, ale pod górkę.
Pomysł z rowerem elektrycznym podsunęła mi Celina z parteru, koleżanka z dawnych lat. Sama jeździła od roku i zachwalała. „Halinko, kolana odpoczywają, pedałujesz lekko, a pod górkę silnik ciągnie. Jak nowe życie." Dwa miesiące liczyłam. Z emerytury nie odłożysz dużo, ale miałam trochę oszczędności - jeszcze z odprawy po likwidacji mojego stanowiska. Cztery tysiące dwieście złotych. Tyle kosztował model, który Celina mi znalazła w internecie - nie luksus, ale solidny, z dobrą baterią i niskim wejściem, żebym nogi nie musiała wysoko zarzucać.
Zamówiłam w kwietniu. Kiedy przyjechała paczka, rozpakowałam ją na podwórku i poczułam coś, czego nie czułam od lat. Radość. Taką dziecięcą, głupią radość. Wsiadłam, nacisnęłam przycisk wspomagania i pojechałam wokół bloku. Wiatr w twarzy, kolana nie bolą, nogi kręcą się lekko jak w młynie. Celina stała na balkonie i klaskała.
Zadzwoniłam do Grzegorza, żeby mu powiedzieć. Pewnie po to, żeby ktoś się ze mną ucieszył. Miałam nadzieję, że powie coś miłego.
„Mamo, ile ty za to dałaś?"
„Cztery tysiące."
Cisza. A potem:
„Chyba żartujesz. W twoim wieku? Przecież się połamiesz na tym czymś. I cztery tysiące - Patrycja mówiła, że prosiliśmy cię o pożyczkę na opony zimowe, to nie miałaś."
Nie miałam. Bo te pieniądze odkładałam na rower, ale tego mu nie powiedziałam. Powiedziałam tylko, żeby się nie martwił, że jestem ostrożna. Rozłączył się sucho.
Przez następny miesiąc żyłam inaczej. Naprawdę inaczej. Rano jeździłam po bułki do piekarni na dole ulicy - tej lepszej, nie tej najbliższej. W środy do przychodni - dwadzieścia minut zamiast czterdziestu autobusem. W soboty robiłam sobie wyprawę wzdłuż Warty, ścieżką rowerową, powoli, nikogo nie goniąc. Wracałam z różowymi policzkami i bolącymi od uśmiechu kącikami ust.
Celina śmiała się, że mi lat ubyło. Sąsiadka z drugiego piętra, pani Jadwiga, pytała, czy może też spróbować. Nawet ortopeda na kontroli powiedział, że kolana wyglądają lepiej niż trzy miesiące temu. „Coś pani zmieni w trybie życia?" - zapytał. „Kupiłam rower" - odpowiedziałam z dumą.
A potem, w sobotę pod koniec maja, przed blokiem zaparkował samochód Grzegorza. Wysiadł sam, bez Patrycji. Wszedł na górę, napił się herbaty, rozejrzał po kuchni - tak, jakby szukał czegoś do skrytykowania. Potem powiedział lekkim tonem:
„Mamo, słuchaj, Patrycja ma teraz daleko do nowej pracy - wiesz, że zmieniła, do tego biura rachunkowego w Środzie. Dwadzieścia kilometrów w jedną stronę. Myśleliśmy, że mogłaby na tym twoim rowerze dojeżdżać, bo drugi samochód nas nie stać. Na weekend by pożyczyła, spróbowała, zobaczyła, czy jej pasuje."
Na weekend.
Popatrzyłam na niego. Na mojego syna, który ma czterdzieści lat, metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, łapy jak bochny chleba - i prosi matkę o rower, który miesiąc temu był oznaką starczego szaleństwa.
„Grzegorz, to mój rower.
„No wiem, mamo, ale na weekend tylko. W poniedziałek odwiozę."
Oddałam. Bo tak robiłam zawsze. Bo tak mnie nauczono - że dzieciom się daje, że matka nie odmawia, że rodzina to rodzina. Pomogłam mu znieść rower po schodach. Załadował go do bagażnika kombi i odjechał, a ja stałam na balkonie i patrzyłam, jak skręca za blok.
Poniedziałek minął. Środa. Sobota. Zadzwoniłam.
„Grzegorz, kiedy rower?"
„Mamo, Patrycja mówi, że jest super, ale jeszcze w tym tygodniu musi pojeździć, bo nie ogarnęła trasy. Przywiozę w niedzielę."
Niedziela przyszła i poszła. Potem kolejna. Dzwoniłam co tydzień, potem co dwa tygodnie, bo czułam się jak natręt. Jak ktoś, kto żebrze o własną rzecz. Za każdym razem inna wymówka - Patrycja jedzie na szkolenie, akurat pada, Grzegorz nie ma czasu przyjechać.
Czerwiec, lipiec, sierpień. Lato przeszło mi przed oczami zza okna. Celina jeździła na swoim rowerze po ścieżce nad Wartą i machała mi ręką spod bloku. Ja chodziłam pieszo po bułki do tej bliższej piekarni - bo do tej lepszej pod górkę kolana nie dawały rady. Na wizyty u ortopedy wróciłam autobusem z przesiadką.
We wrześniu, tydzień po żniwach, Grzegorz przyjechał bez zapowiedzi. Rower stał w bagażniku. Brudny, z obłażącą naklejką na ramie, z zaschnięcym błotem na błotnikach. Wniósł go po schodach, postawił w przedpokoju i powiedział:
„Proszę, mamo. Dzięki, bardzo pomogłaś."
Nacisnęłam przycisk. Bateria martwa. Całkowicie rozładowana, pewnie od tygodni. Ładowarka - została u nich. Grzegorz obiecał przywieźć. Minęły dwa tygodnie, zanim ją przywiózł. Przez ten czas rower stał w przedpokoju jak wyrzut sumienia - nie wiem czyj.
Kiedy w końcu go naładowałam i zjechałam na podwórko, było już zimno. Październik, liście na ścieżkach, ręce marzną. Przejechałam się dookoła bloku. Rower jechał, silnik działał, kolana nie bolały. Ale ta radość z kwietnia - ta dziecięca, głupia radość - nie wróciła.
Wczoraj zadzwonił Grzegorz. Patrycja chce kupić własny rower elektryczny, taki sam jak mój, bo jej pasował. Pytał, czy nie dołożyłabym im do zakupu. „Z tysiąc złotych, mamo, tyle by wystarczyło. Tobie się i tak zwróci, bo Patrycja mogłaby cię podwozić, jak będzie jechała w tę stronę."
Stałam w kuchni z telefonem przy uchu i patrzyłam na swój rower za szybą balkonu. Czyściutki, naładowany, gotowy. Powiedziałam Grzegorzowi, że muszę się zastanowić.
I zastanawiam się do dziś. Tylko że już nie nad tysiącem złotych.