Wnuki dostały ode mnie nietypowy prezent: nagrałyśmy z Zosią bajki - mój głos, jej pytania w tle. Zięć wgrał nagrania w ich głośnik. Teraz wieczorami w ich domu pada komenda: „włącz babcię". Podobno Hania zasypia tylko „przy babci". Mieszkam dwadzieścia minut tramwajem, a jestem na każde zawołanie. Dosłownie.

Tylko że moja córka przestała dzwonić.

Nie od razu to zauważyłam. Najpierw były te nagrania - dwadzieścia siedem bajek, każda po kilkanaście minut. „O królowej ślimaków", „O psie, który zgubił ogon", „O dziewczynce z ulicy Klonowej". Zosia, moja starsza wnuczka, miała wtedy pięć lat i nie potrafiła siedzieć cicho. Co zdanie wtrącała swoje: „A dlaczego?", „A co potem?", „Babciu, a ten piesek był smutny?". Mój zięć Dariusz, informatyk z Politechniki, powiedział, że te pytania to najlepsza część. Że to brzmi jak prawdziwa rozmowa, nie audiobook.

I wgrał wszystko w ten ich inteligentny głośnik w pokoju dziewczynek.

Hania miała wtedy roczek. Teraz ma trzy lata i podobno nie zaśnie bez mojego głosu. Dariusz napisał mi kiedyś esemesa: „Hania krzyczy: włącz babcię! Zosia ją ucisza: cicho, babcia opowiada". Siedziałam wtedy w swoim mieszkaniu na Grochowie, piłam herbatę z cytryną i uśmiechałam się do telefonu jak głupia. Dwadzieścia minut tramwajem od nich, a jednak byłam tam. W głośniku, między pluszakami a poduszką w kształcie chmurki.

Pomysł na te bajki wziął się z przypadku. Rok wcześniej zachorowałam na zapalenie płuc - ciężkie, leżałam trzy tygodnie, a potem jeszcze miesiąc dochodziłam do siebie. Mam sześćdziesiąt cztery lata, trzydzieści osiem przepracowałam jako bibliotekarka w filii na Saskiej Kępie. Czytanie na głos to mój chleb powszedni, ale kiedy leżałam w łóżku z gorączką, pomyślałam coś, czego nigdy wcześniej nie myślałam: a jeśli mnie kiedyś nie będzie? Nie dramatycznie, nie w panice. Po prostu - co zostanie po mnie dla tych dziewczynek?

Kiedy wyzdrowiałam, kupiłam mikrofon. Taki mały, do komputera. Zosia przychodziła do mnie w soboty i nagrywałyśmy. Siadała mi na kolanach, ja czytałam z kartki albo wymyślałam na bieżąco, a ona przerywała. Czasem się śmiała tak, że trzeba było nagrywać od nowa. Czasem zadawała pytania, na które nie znałam odpowiedzi. „Babciu, a czy ślimaki mają serca?" Nie wiem, Zosiu. Chyba tak. Wszystko, co żyje, ma serce.

Te nagrania stały się rytuałem w ich domu na Bielanach. Dariusz mi opowiadał, Zosia rysowała mi sceny z bajek, a Hania - Hania po prostu nie chciała zasypiać bez mojego głosu.

I właśnie wtedy moja córka Renata zaczęła milknąć.

Najpierw myślałam, że jest zmęczona. Pracuje na dwie zmiany w aptece, dom, dzieci, codzienność. Rozumiałam. Nie naciskałam. Ale kiedyś, w niedzielę, przyjechałam do nich na obiad - Dariusz zaprosił, bo robił gołąbki - i Renata zachowywała się dziwnie. Nie wrogo. Gorzej. Uprzejmie. Tak uprzejmie, jakbym była koleżanką z pracy, a nie jej matką.

- Renata, wszystko w porządku? - spytałam, kiedy zostałyśmy same w kuchni. Zmywała naczynia, nie odwracając się.

- Tak, mamo. Wszystko super.

- Nie wyglądasz na „super".

Cisza. Płynąca woda. Szczęk talerzy.

- Hania znowu dzisiaj płakała, bo nie mogła zasnąć - powiedziała w końcu. - Darek puścił jej babcię i zasnęła w trzy minuty. W trzy minuty, mamo.

- No i dobrze, prawda? - nie rozumiałam.

Renata odwróciła się. Miała mokre ręce i oczy, w których zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam. Nie złość. Ból.

- Ja jej śpiewam. Codziennie. Głaszczę po głowie, czytam książki, wymyślam historie. A ona mówi: „nie, chcę babcię". Rozumiesz? Mam ją przy sobie całą dobę, karmię, kąpię, noszę na rękach, a ona zasypia tylko przy twoim głosie z głośnika.

Postawiła talerz na suszarce. Za mocno. Porcelana stuknęła o metal.

- Nie jestem zazdrosna, mamo. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że ja nie wystarczam. I to boli inaczej niż myślisz.

Stałam przy lodówce z ścierką w ręku i nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo co tu powiedzieć? Że przepraszam, że moje wnuki mnie kochają? Że skasować te nagrania? Że to przecież miało być coś pięknego?

Wieczorem w tramwaju do domu myślałam o jednym. Że kiedy Renata była mała, ja pracowałam po osiem, dziesięć godzin. Wracałam zmęczona, siadałam przy niej na chwilę i zasypiała natychmiast. Nie dlatego, że byłam jakoś wyjątkowa. Dlatego, że mnie nie było cały dzień i zasypianie z mamą było jedynym momentem, który miała. Może Renata pamięta to inaczej. Może pamięta, że mama zawsze umiała uśpić. A teraz ta sama mama umie uśpić jej dziecko - zdalnie, z głośnika, dwadzieścia minut tramwajem stąd - a ona, obecna, ciepła, żywa, nie potrafi.

Przez dwa tygodnie nie jeździłam na Bielany. Renata nie dzwoniła. Dariusz wysłał jedno zdjęcie - Hania przytulona do głośnika jak do pluszaka. Podpisał: „Dobranoc od Hani dla babci". Nie odpisałam. Nie wiedziałam jak.

W sobotę zadzwoniła Zosia. Sama, z tabletu.

- Babciu, nagrajmy nową bajkę. O smoku, który nie umiał ziać ogniem.

- Zosiu, kochanie... może tym razem niech mama wam poczyta?

Cisza. A potem szept, jakby się bała, że ktoś usłyszy:

- Mama płakała wczoraj. Myślała, że nie widzę. Babciu, przyjdź.

Pojechałam. Nie tramwajem - taksówką, bo nie mogłam czekać na przystanku z tym ciężarem w piersi. Renata otworzyła drzwi w dresie, z nieumytymi włosami, i zobaczyłam swoją córkę taką, jaką widziałam ją ostatnio dwadzieścia lat temu, kiedy odchodził od niej pierwszy chłopak. Małą. Zagubioną.

- Siadaj - powiedziałam. - Zrobię ci herbatę i powiem ci jedną rzecz, której nigdy ci nie mówiłam.

Powiedziałam jej o tym, jak sama nie radziłam sobie z nią jako dzieckiem. O tym, jak jej babcia Halina - moja teściowa - przychodziła wieczorami i Renata biegła do niej z krzykiem, a ja stałam w przedpokoju z poczuciem, że jestem zbędna we własnym domu. O tym, jak kiedyś powiedziałam do Haliny: „Ona panią kocha bardziej niż mnie", a Halina odpowiedziała: „Głupstwo gadasz. Ona cię kocha inaczej. Mnie kocha za bajki. Ciebie kocha za wszystko".

Renata siedziała z kubkiem w obu dłoniach i patrzyła w herbatę.

- Skasować te nagrania? - spytałam cicho.

Nie odpowiedziała od razu. Piła powoli. Z pokoju dziewczynek dobiegał śmiech Zosi i bełkot Hani.

- Nie - powiedziała w końcu. - Nie kasuj. Ale nagrajmy nowe. Razem. Ty, ja i Zosia. Niech Hania słyszy nas obie.

W następną sobotę usiadłyśmy we trzy przy moim mikrofonie na Grochowie. Zosia na kolanach u Renaty, ja z kartką. Bajka o dwóch królowych jednego królestwa, które nie mogły się dogadać, bo obie chciały dobrze. Zosia pytała: „A kto wygrał?". Renata spojrzała na mnie ponad głową córki.

Nie odpowiedziałyśmy jej.

Dariusz wgrał nagranie tego samego wieczoru. Hania posłuchała dwóch minut i powiedziała: „Babcia i mama". A potem zasnęła. Podobno w dwie minuty, nie w trzy.

Teraz nagrywamy co sobotę. Renata znowu dzwoni. Ale czasem, kiedy wieczorem leżę w swoim łóżku na Grochowie i patrzę w sufit, myślę o jednym: te nowe bajki kiedyś wyprą tamte stare. Hania będzie zasypiać przy głosie mamy, nie babci. I tak powinno być. Wiem to. Ale w ciszy własnego mieszkania, dwadzieścia minut tramwajem od ich ciepłego domu, nie zawsze potrafię się z tego cieszyć.