Parafia założyła „bank czasu": godzina za godzinę, zeszyt u pani Józi. Oddaję szycie i pierogi, pobieram mycie okien i ziemniaki z piwnicy. Syn kpi: „sekta, mamo". W zeszycie mam plus osiem godzin. U syna jestem na minusie od lat - tylko tam nikt zeszytu nie prowadzi.
Kiedy usłyszałam od niego to słowo - „sekta" - akurat zszywałam firankę pani Helenie z drugiego klatki. Helena ma osiemdziesiąt jeden lat, ręce jej się trzęsą i igły nie utrzyma, ale za to hoduje najlepsze pomidory na całym osiedlu. Odłożyłam telefon na parapet, dokończyłam ścieg i pomyślałam: mój syn ma czterdzieści dwa lata, zarabia w korporacji trzy razy tyle co ja przez całe życie, a nie potrafi powiedzieć „dziękuję", kiedy przynoszę mu obiad we wtorek.
Ale po kolei.
Nazywam się Bożena i od trzech lat jestem na emeryturze. Wcześniej dwadzieścia osiem lat przepracowałam jako krawcowa w zakładzie na Pradze, potem kolejne sześć lat na zleceniach, bo ZUS wyliczył mi emeryturę, z której ledwo starczało na czynsz, leki i jedzenie dla kota.
Mieszkam w bloku na Bródnie, trzecie piętro, winda psuje się co drugi tydzień, ale widok na park mam piękny - zwłaszcza teraz, w maju, kiedy kwitną kasztany.
Syn Bartek mieszka dwadzieścia minut autobusem, w nowym apartamentowcu na Białołęce. Z synową Agnieszką mają dwoje dzieci - Zosię i Franka. Widuję ich co niedzielę, jeśli mnie zaproszą. Coraz częściej nie zapraszają.
O banku czasu dowiedziałam się w styczniu, od pani Józefy - Józi, jak wszyscy na nią mówią. Siedemdziesiąt cztery lata, energii jak dwudziestolatka, zawsze w granatowym berecie, nawet w kościele. Przyszła do mnie po mszy i powiedziała wprost:
- Bożena, ty umiesz szyć. A ja mam piętnaście słoików ogórków i nikogo, kto by mi pomalował przedpokój. Pomaluje mi go Zdzisław z parteru, a ja jemu upiorę i uprasuję pościel na cały miesiąc. I tak w kółko. Jedna godzina za jedną godzinę. Zapisuję wszystko w zeszycie.
Pomyślałam, że to dziwne. Potem pomyślałam, że to proste. A potem zrozumiałam, że to jedyna rzecz w moim życiu, która od lat ma sens.
Zasady były jasne. Każdy wpisuje się do zeszytu u Józi. Co umiesz - dajesz. Czego potrzebujesz - bierzesz. Godzina za godzinę, bez względu na to, czy to szycie sukienki komunijnej, czy wynoszenie gratów z piwnicy. Józia prowadzi bilans.
Plus - znaczy, że dałeś więcej, niż wziąłeś. Minus - znaczy, że jesteś komuś dłużny. Nikt nikogo nie goni. Ale zeszyt pamięta.
Zaczęłam od pierogow. Robiłam je dla pani Krystyny z siódmego piętra, bo Krystyna po operacji biodra nie mogła stać przy blacie. Trzy godziny lepienia - trzy godziny wpisane na plus. W zamian Krystyna, kiedy już doszła do siebie, podlewała mi kwiaty na balkonie, gdy pojechałam na trzy dni do sanatorium. Godzina za godzinę.
Potem było szycie zasłon u Heleny, cerowanie swetrów dla Zdzisława, skracanie spodni synowi pani Lucyny, który wrócił z Anglii i nie mógł znaleźć krawcowej na Bródnie. A w zamian: Zdzisław przyniósł mi dwa worki ziemniaków ze swojej działki. Lucyna umyła mi okna, wszystkie cztery, bo ja mam lęk wysokości i co roku błagałam Bartka, żeby przyjechał z mopem. Bartek przyjeżdżał raz na trzy lata.
W zeszycie Józi moje konto rosło. Plus trzy, plus pięć, plus osiem. Pierwszy raz w życiu czułam, że to, co umiem, jest coś warte. Nie w pieniądzach - w czymś innym. W tym, że Helena dzwoni i mówi: „Bożenka, te firanki to jak z salonu, dziękuję ci, złotko."
W tym, że Zdzisław na klatce uchyla czapkę i mówi: „Pani Bożeno, jakby pani coś trzeba, to ja zawsze." W tym, że Lucyna przyniosła mi ciasto na imieniny, choć jej o nich nie mówiłam - sama sprawdziła w kalendarzu.
Bartkowi powiedziałam o banku czasu przy niedzielnym obiedzie. Ugotowałam rosół, jak zawsze. Przywiozłam w garnku autobusem, bo Agnieszka nie lubi gotować, a Bartek twierdzi, że nie ma czasu. Opowiadałam z takim przejęciem, jak dawno o niczym.
Bartek pokroił chleb, nawet na mnie nie spojrzał i powiedział:
- Sekta, mamo. Klasyczna sekta. Najpierw ci mówią, że pomagacie sobie nawzajem, a potem będą chcieli pieniądze albo mieszkanie. Znam takie schematy z pracy.
Agnieszka milczała. Zosia jadła rosół. Franek bawił się telefonem. Cisza była tak gęsta, że słyszałam tykanie zegara w korytarzu.
- Bartek - powiedziałam cicho - ja od dwudziestu lat przynoszę ci rosół. Ceruje ci koszule. Siedzę z dziećmi, kiedy wyjeżdżacie na weekend. W żadnym zeszycie tego nie zapisuję. A ty nie powiedziałeś „dziękuję" od... - urwałam, bo nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio usłyszałam to słowo.
Bartek odłożył nóż.
- No nie zaczynaj, mamo. Jesteś moją matką. To co innego.
- Właśnie - powiedziałam. - To co innego.
Wróciłam do domu autobusem. Pustym garnkiem po rosole stukałam o kolana na każdym zakręcie. Patrzyłam przez okno na Bródno, na kwitnące kasztany, na ludzi wracających z niedzielnych spacerów. Myślałam o zeszycie Józi. Plus osiem godzin. Osiem godzin, które ktoś mi oddał albo odda - uczciwie, z wdzięcznością, godzina za godzinę.
A potem myślałam o Bartku. O tym, ile godzin włożyłam w niego. Nocne karmienia, docinanie spodenek, odrabianie lekcji z matematyki, bo Bartek nigdy nie rozumiał ułamków. Obiady, które woziłam mu na studia w słoikach. Pieniądze na garnitur na pierwszą rozmowę kwalifikacyjną. Siedzenie z Zosią, kiedy miała ospę, bo Agnieszka pojechała na szkolenie, a Bartek miał deadline.
Gdyby ktoś to policzył, mój bilans u syna byłby na takim minusie, że żaden zeszyt by nie wystarczył. Ale tam nikt nie liczy. Tam się mówi „to normalne, jesteś matką". Jakby matka to był zawód bez wynagrodzenia, bez urlopu i bez prawa do rezygnacji.
W poniedziałek poszłam do Józi. Usiadłyśmy przy herbacie. Opowiedziałam jej o Bartku. Józia słuchała, mieszała łyżeczką cukier, który dawno się rozpuścił, i w końcu powiedziała:
- Bożena, ja mam trzech synów. Żaden nie zadzwonił na moje siedemdziesiąte urodziny. Za to Zdzisław z parteru przyniósł mi kwiaty, a Krystyna upiekła sernik. Wiesz, co ja myślę? Że miłość to nie jest bank czasu. Ale szacunek - powinien być.
Nie odpowiedziałam. Zapisałam się na następny tydzień - dwie godziny szycia dla nowej pani z czwartego klatki, która właśnie się wprowadziła. W zamian ona - nauczycielka na emeryturze - zaoferowała pomoc Frankowi z polskim, bo Agnieszka wspomniała kiedyś, że chłopak ma dwóję.
Zadzwoniłam do Bartka wieczorem. Powiedziałam, że ta nauczycielka z banku czasu mogłaby douczyć Franka. Za darmo - znaczy za godzinę mojego szycia.
Bartek milczał przez chwilę. Potem powiedział:
- Mamo, my sobie poradzimy.
- Wiem - odpowiedziałam. - Zawsze sobie radzicie.
Rozłączyłam się i otworzyłam szufladę z nićmi. Miałam do skrócenia spodnie dla Zdzisława na jutro. W zeszycie u Józi moje konto wciąż rosło. A ten drugi bilans - ten, którego nikt nie zapisuje - stał w miejscu od lat i nie wiedziałam, czy kiedykolwiek się wyrówna. Nie wiedziałam nawet, czy chcę, żeby się wyrównał - czy raczej żeby ktoś w końcu zauważył, że istnieje.