Przed operacją woreczka napisałam na rodzinnej grupie. Dostałam dwa kciuki w górę. Trzy dni w szpitalu - telefon milczał. W czwartek córka: „mamo, czemu nie odbierasz?! Kto jutro odbierze Zosię z przedszkola?".
Patrzyłam na ten ekran i nie mogłam złapać oddechu - a to nie miało nic wspólnego z narkozą. Leżałam jeszcze na oddziale chirurgicznym w szpitalu wojewódzkim we Wrocławiu, z drenem w boku i trzema szwami pod żebrami, i czytałam tę wiadomość od Marty raz, drugi, trzeci. Jakby powtarzanie mogło zmienić treść. Nie zmieniło.
Odłożyłam telefon ekranem do dołu na szafkę nocną, obok plastikowego kubka z resztką ostygłej herbaty. Pielęgniarka Krysia - jedyna osoba, która przez te trzy dni pytała, jak się czuję - zajrzała do sali i powiedziała: „Pani Bożenko, co tak blado? Boli?". Pokręciłam głową. Bolało, ale nie tam, gdzie myślała.
Mam sześćdziesiąt dwa lata. Od trzydziestu pracuję jako księgowa, ostatnie piętnaście lat w tej samej firmie budowlanej na Krzykach. Mąż Ryszard odszedł osiem lat temu - nie od nas, po prostu odszedł.
Zawał na budowie, pięćdziesiąt sześć lat. Zostałam z dwójką dorosłych dzieci: Martą, która ma trzydzieści cztery lata, męża Dawida i pięcioletnią Zosię, oraz Grzegorzem - trzydzieści jeden lat, programista, mieszka w Warszawie z dziewczyną, której imienia zmieniam częściej niż pościel, bo co pół roku jest inna.
Myślałam, że jesteśmy blisko. Naprawdę tak myślałam. Marta dzwoniła co tydzień - w poniedziałki, koło osiemnastej, między odbiorem Zosi z przedszkola a kolacją. Grzesiek pisał SMS-y, krótkie, ale regularne. Na rodzinnej grupie na WhatsAppie wrzucaliśmy zdjęcia, życzenia, czasem jakiś filmik ze śmiesznym kotem. Normalna polska rodzina, normalne relacje. Tak mi się wydawało.
Kamienie w woreczku żółciowym znaleźli przypadkiem, przy okazji USG, które robiłam z powodu bólu pod łopatką. Chirurg powiedział, że operacja laparoskopowa, rutynowa, dwa-trzy dni i do domu. „Niech pani się nie martwi" - dodał z takim tonem, jakby wyciąganie woreczków było czymś w rodzaju wymiany żarówki.
W niedzielę wieczorem napisałam na grupę: „Kochani, jutro rano mam operację - woreczek żółciowy. Laparoskopia, nic groźnego, ale będę w szpitalu kilka dni. Trzymajcie kciuki". Dodałam nawet uśmiechniętą buźkę, żeby nikt się nie martwił. Marta dała kciuka w górę. Grzesiek dał kciuka w górę. I tyle.
Czekałam na coś więcej. Na „mamo, a w którym szpitalu?" albo „mogę przyjechać po operacji?" albo chociaż „daj znać, jak się obudzisz". Nic. Dwa żółte kciuki na niebieskim tle i cisza.
W poniedziałek rano o szóstej pielęgniarka ogoliła mi kawałek brzucha, podłączyła wenflon i pojechałam na salę operacyjną. Patrzyłam w białe jarzeniówki na suficie i myślałam nie o operacji, ale o tym, że nikt nie zapytał o godzinę zabiegu. Anestezjolog kazał liczyć od dziesięciu w dół. Doszłam do siedem.
Obudziłam się z suchymi ustami i bólem w prawym boku. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, gdy pielęgniarka podała mi telefon z szafki, było sprawdzenie grupy. Żadnych nowych wiadomości. Napisałam: „Operacja za mną, wszystko dobrze". Niebieskie ptaszki - przeczytane. Grzesiek: nic. Marta: nic.
Wtorek. Środa. Dren, leki przeciwbólowe, szpitalny budyń na obiadokolację i obchody lekarskie dwa razy dziennie. I telefon, który milczał tak głośno, że nie mogłam spać. Na sali leżały ze mną jeszcze trzy kobiety. Do Haliny z łóżka pod oknem przychodził mąż codziennie o czternastej z obiadkiem w słoiku. Do Ewy z naprzeciwka dzwoniła córka rano i wieczorem. Trzecia pani, Jadwiga, miała odwiedziny od sąsiadki. Od sąsiadki, nie od rodziny - i jakoś wyglądała na szczęśliwszą ode mnie.
Nie płakałam. Umiem nie płakać - tego nauczyło mnie osiem lat samotności i rachunki, które trzeba płacić pierwszego. Ale leżałam w nocy i patrzyłam w sufit, i zastanawiałam się, kiedy dokładnie stałam się dla moich dzieci funkcją. Nie mamą, nie osobą - funkcją. Odbiór z przedszkola, niedzielny obiad, pożyczka na meble do pokoju Zosi, opieka na majówkę, żeby Marta z Dawidem mogli pojechać nad morze.
W czwartek rano przyszedł lekarz, powiedział, że mogę wychodzić po południu. I wtedy zadzwoniła Marta. Nie odebrałam - byłam w łazience, trzymałam się umywalki, bo pierwsza kąpiel po operacji to nie jest spacer po parku. Kiedy wróciłam, zobaczyłam trzy nieodebrane i SMS-a: „Mamo czemu nie odbierasz?! Kto jutro odbierze Zosię z przedszkola?".
Nie „jak się czujesz". Nie „kiedy cię wypiszą". Kto odbierze Zosię.
Usiadłam na łóżku. Halina spojrzała na mnie ponad okularami do czytania i powiedziała cicho: „Córka?". Kiwnęłam głową. „U mnie syn taki sam" - westchnęła. „Dzwoni tylko jak mu pralka nawali."
Oddzwoniłam do Marty dopiero po godzinie. Podniosła po pierwszym sygnale.
- Mamo, no nareszcie! Słuchaj, jutro mam spotkanie w pracy o piętnastej i nie dam rady po Zosię na szesnastą. Dawid jest w delegacji. Dasz radę?
- Marta - powiedziałam powoli - ja jeszcze jestem w szpitalu. Dzisiaj mnie wypisują.
Cisza. Krótka, ale wystarczająca.
- A, no tak. To jak się czujesz? Wszystko okej?
Te trzy słowa na końcu, dorzucone jak przyprawa do dania, które już dawno ostygło. „To jak się czujesz?" - jakby właśnie sobie przypomniała, że tak wypada.
- Czuję się dobrze - odpowiedziałam. - Ale jutro nie odbiorę Zosi.
Kolejna cisza. Dłuższa.
- Jak to nie? Mamo, no a kto?
- Nie wiem, Marta. Muszę dojść do siebie.
- Ale przecież to laparoskopia, mówił chirurg, że po dwóch dniach można normalnie…
- Muszę kończyć - przerwałam. - Pielęgniarka mnie woła.
Pielęgniarka mnie nie wołała. Siedziałam na łóżku, ściskając telefon, i po raz pierwszy od pogrzebu Ryszarda poczułam tę dziwną pustkę pod mostkiem, jakby ktoś wyjął mi coś ważnego - i nie mówię o woreczku żółciowym.
Wieczorem zadzwonił Grzesiek. Sam, bez mojego telefonu.
- Mamo, Marta pisała, że jesteś jakaś dziwna. Wszystko u ciebie okej?
- Grzesiek, byłam trzy dni w szpitalu po operacji. Nikt nie zadzwonił.
- No, ale pisałaś, że to rutynowa sprawa. Nie chcieliśmy robić dramy.
Nie chcieli robić dramy. Ich matka leży w szpitalu, a oni nie chcą robić dramy.
- Dobra, mamo, to cieszę się, że wszystko dobrze. Pa, buziaki.
Rozłączył się, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
Do domu wróciłam taksówką. Otworzyłam drzwi, postawiłam torbę w przedpokoju. Mieszkanie pachniało zamknięciem - stęchłe powietrze, zasłonięte rolety. Na kuchennym stole leżała filiżanka z resztką kawy sprzed czterech dni i rachunek za gaz. Na lodówce magnesik z Kołobrzegu, który Zosia przywiozła mi z wakacji - „Dla najlepszej babci na świecie".
Otworzyłam okno. Wrocław pachniał kwitnącymi lipami i spalinami. Normalny czwartkowy wieczór.
Usiadłam w fotelu Ryszarda - tak, wciąż go nazywam fotelem Ryszarda, choć minęło osiem lat - i otworzyłam WhatsAppa. Rodzinna grupa. Ostatnia wiadomość: moje „Operacja za mną, wszystko dobrze". Pod spodem: dwa niebieskie ptaszki i pustka.
Długo patrzyłam na ekran. Potem napisałam wiadomość do Marty: „Jutro nie dam rady po Zosię. Muszę odpocząć. Przepraszam". Mój palec zawisł nad „wyślij". Skasowałam „Przepraszam". Wysłałam bez niego.
Odłożyłam telefon i zrobiłam sobie herbatę z cytryną - pierwszą porządną herbatę od czterech dni, w mojej filiżance, w moim mieszkaniu, w mojej ciszy. I pomyślałam, że może ta cisza nie jest wcale taka straszna. Straszne jest dopiero to, że nie wiem, czy chcę, żeby ją ktoś przerwał.