Na grupie rodzinnej córka ogłosiła: „Sylwester jak co roku - dzieci u babci, my na balu". Mnie nikt nie pytał. Odpisałam: „babcia też idzie na bal - Dom Kultury, stolik siódmy, sukienka gotowa". Córka zadzwoniła po minucie: „a dzieci to z kim?!".
Telefon dzwonił tak głośno, że kot zeskoczył z parapetu. Patrzyłam na wyświetlacz - „Kasia" - i czułam, jak serce mi wali, ale nie ze strachu. Z czegoś zupełnie innego. Z takiej dziwnej, dawno zapomnianej radości, że wreszcie powiedziałam coś, co naprawdę chciałam powiedzieć.
Odebrałam dopiero za trzecim razem.
- Mamo, co ty wypisujesz? - głos Kasi był taki, jaki znam od lat. Ostry, szybki, niecierpliwy. - Jaki Dom Kultury? Jaki bal?
- Sylwestrowy. Organizują co roku. Halina z parteru idzie, Bożena z pracy też. Kupiłam sukienkę w tym nowym sklepie przy Rynku. Bordową.
Cisza. Słyszałam, jak Kasia oddycha. Jak zbiera myśli. W końcu powiedziała ciszej, ale z naciskiem:
- A dzieci to z kim zostaną?
I właśnie w tym momencie - w tej jednej krótkiej frazie - zmieściło się wszystko, o czym chcę opowiedzieć.
Mam na imię Jolanta, ale wszyscy mówią na mnie Jola. Od trzech lat jestem na emeryturze, wcześniej dwadzieścia sześć lat pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej tu, w Poznaniu. Mąż Rysiek zmarł pięć lat temu - rak płuc, siedem miesięcy od diagnozy do końca. Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Ratajach, z kotem Fikusem i pelargoniami na balkonie.
Kasia to moja jedyna córka. Ma czterdzieści lat, męża Tomka, który pracuje w firmie logistycznej, i trójkę dzieci - Zosię, dziesięć lat, Jasia, siedem, i małą Hanię, która w lutym skończy cztery. Mieszkają po drugiej stronie miasta, na nowym osiedlu za Maltą. Widuję ich regularnie. Bardzo regularnie. Bo jak Kasia potrzebuje kogoś do dzieci - a potrzebuje często - dzwoni do mnie.
Nie zrozumcie mnie źle. Kocham wnuki. Kocham je tak, że czasem patrzę na śpiącą Hanię i mam w gardle gulę wielkości piłki tenisowej. Ale jest różnica między kochaniem a byciem na zawołanie.
Zaczęło się niewinnie. Gdy Hania się urodziła, Kasia poprosiła, żebym przyjeżdżała na kilka godzin, bo Tomek w delegacji, a ona nie daje rady z trójką. Jasne, przyjechałam. Potem znowu. I znowu. Potem były weekendy - „mamo, musimy z Tomkiem gdzieś wyskoczyć, sami, bo zwariujemy". Rozumiałam. Każde małżeństwo potrzebuje powietrza. Ale weekendy zamieniły się w system. Co drugi piątek wieczorem podjeżdżał Tomek z trzema plecaczkami i fotelkiem Hani. „Dziękujemy, mamo, jesteś złota" - i odjeżdżał, zanim zdążyłam zapytać, o której po nie przyjadą.
A Sylwester? Sylwester u babci to już tradycja. Kasia i Tomek idą na bal do znajomych, potem na afterparty, wracają pierwszego stycznia wieczorem. Dzieci zostają u mnie. Robimy fajerwerki z balkonu - znaczy patrzymy na cudze - jemy pizzę, Zosia nie chce spać do północy, Jaś zasypia o dziesiątej, Hania budzi się o trzeciej z płaczem. Ja o szóstej rano stoję w kuchni, robię kakao i zastanawiam się, kiedy ostatnio sama świętowałam Nowy Rok.
Odpowiedź brzmi: nigdy. Odkąd Kasia ma dzieci, ani razu.
W październiku spotkałam na klatce schodowej Halinę z parteru. Halina ma sześćdziesiąt pięć lat, jest po rozwodzie, ma dorosłego syna w Anglii i energię, jakiej ja jej zazdroszczę. Powiedziała, że Dom Kultury organizuje bal sylwestrowy - orkiestra, kotyliony, szampan o północy, bilety po sto dwadzieścia złotych. Że idzie z koleżankami z chóru i czy nie chcę z nimi.
Powiedziałam „nie" automatycznie, jak automat z kawą. Halina patrzyła na mnie przez chwilę, potem spytała:
- Jola, kiedy ty ostatnio zrobiłaś coś dla siebie?
Stałam na klatce z reklamówkami z Biedronki i nie umiałam odpowiedzieć. Nie dlatego, że nie pamiętałam. Pamiętałam doskonale. Nie umiałam, bo odpowiedź była żenująca.
Przez dwa tygodnie chodziłam z tym pytaniem jak z kamieniem w bucie. Myślałam o nim, robiąc obiad. Myślałam, prasując pościel. Myślałam w nocy, kiedy Fikus mruczał mi przy głowie, a z sąsiedztwa dobiegał śmiech z telewizora. Rysiek by powiedział: „Jola, idź na ten bal. Co ci szkodzi". Rysiek zawsze mówił, że za mało żyję dla siebie. Wtedy nie rozumiałam, co ma na myśli. Teraz zaczynałam rozumieć.
W listopadzie kupiłam bilet. W grudniu - sukienkę. Bordową, z delikatnym połyskiem, do kolan. Pani w sklepie powiedziała, że wyglądam w niej elegancko. Dawno nikt mi czegoś takiego nie powiedział.
I wtedy, dwudziestego trzeciego grudnia, Kasia napisała na grupie rodzinnej to, co napisała. Jak co roku. Bez pytania, bez proszenia. Jak gdyby moja obecność z jej dziećmi w Sylwestra była tak oczywista jak to, że w grudniu jest zimno.
Moje palce trzęsły się lekko, gdy pisałam odpowiedź. Wysłałam i odłożyłam telefon ekranem do dołu. Fikus patrzył na mnie z fotela. „No co" - powiedziałam do niego. - „Babcia też człowiek".
Rozmowa z Kasią trwała czterdzieści minut. Na początku była zła. Potem zdziwiona. Potem - i to bolało najbardziej - obrażona.
- Mamo, ale ja na ciebie liczyłam.
- Wiem, Kasiu. Zawsze na mnie liczysz.
- I co w tym złego?
Milczałam. Bo jak wytłumaczyć własnemu dziecku, że nic w tym złego, dopóki ktoś pyta? Dopóki to jest prośba, a nie rozkład jazdy? Dopóki babcia jest osobą, a nie usługą?
- Mogłaś powiedzieć wcześniej - powiedziała Kasia chłodno.
- Mówię teraz.
Przez tydzień się do mnie nie odzywała. Tomek napisał SMS-a: „Jakoś to ogarnę, proszę się nie martwić". Nie wiem, czy to miało być pocieszenie, czy wyrzut sumienia. Zosia zadzwoniła w Wigilię: „Babciu, czy ty się na nas gniewasz?". Prawie się rozpłakałam. Prawie powiedziałam: „Nie gniewam się, kochanie, przyjadę, jak zawsze". Prawie.
Ale nie powiedziałam. Powiedziałam: „Nie gniewam się, Zosiu. Babcia was kocha. Ale babcia też czasem chce iść potańczyć".
Trzydziestego pierwszego grudnia stałam przed lustrem w tej bordowej sukience. Naszyjnik z pereł - sztucznych, ale ładnych - ten sam, który Rysiek kupił mi na dwudziestą piątą rocznicę ślubu. Buty na niewielkim obcasie, bo kolano już nie to co kiedyś. Torebka z cekinami, pożyczona od Haliny. Perfumy, te jedyne, które mam - Kasia dała mi je trzy lata temu na Dzień Matki i od tamtej pory niczego nie dała, bo „mamo, ty przecież niczego nie potrzebujesz".
Spojrzałam na siebie i zobaczyłam kobietę, której dawno nie widziałam. Nie babcię. Nie mamę. Nie wdowę po Ryśku. Jolantę. Po prostu Jolantę.
Telefon na szafce nocnej zamrugał. Kasia. Jedna wiadomość na grupie rodzinnej: „Tomek zostaje z dziećmi. Bawcie się dobrze". Bez emotikonek. Bez „kocham". Sucho, jak rachunek za prąd.
Stałam z telefonem w dłoni i czułam ten znany ucisk - poczucie winy, ten stary, wierny towarzysz każdej matki. Przez ułamek sekundy pomyślałam, że mogę jeszcze zadzwonić, powiedzieć, że jednak przyjadę, że to był głupi pomysł z tym balem. Że przepraszam.
Ale potem Halina zadzwoniła domofon z dołu i krzyknęła: „Jola, taksówka czeka!".
Zgasiłam światło w przedpokoju. Fikus patrzył na mnie z szafki na buty - ten jego oceniający koci wzrok. „Wrócę późno" - powiedziałam do pustego mieszkania.
Zamknęłam drzwi na klucz. Na klatce schodowej pachniało czyjąś kolacją i fajerwerkami. Zeszłam po schodach w bordowej sukience, ze ściskiem w żołądku i dziwnym uśmiechem na twarzy. Nie wiedziałam, czy Kasia mi to wybaczy. Nie wiedziałam nawet, czy jest co wybaczać.
Wiedziałam tylko, że stolik siódmy czeka.