Syn zadzwonił po roku ciszy i powiedział, że tęskni. Ucieszyłam się tak, że upiekłam sernik. Przyjechał z teczką i panem, którego przedstawił jako „znajomego, taki specjalista od spadków".

Stali w progu - Kamil w tej swojej skórzanej kurtce, którą mu kupiłam na trzydzieste urodziny, i jakiś mężczyzna koło pięćdziesiątki, w za ciasnym garniturze, z teczką z brązowej skóry. Kamil uśmiechał się tym samym uśmiechem, którym w podstawówce prosił o drugą porcję lodów. Nie objął mnie. Wyciągnął rękę w stronę tamtego i powiedział: „Mamo, to pan Ryszard, znajomy. Taki specjalista od spadków".

- Od spadków? - powtórzyłam i poczułam, jak mi cierpnie skóra na karku. - Kamil, tata żyje. Ja żyję. Jakich spadków?

- Mamo, spokojnie, to nic takiego. Pogadamy przy kawie. Upiekłaś sernik? Czuję sernik.

Wpuściłam ich. Co miałam zrobić? Rok bez słowa. Dwanaście miesięcy, w których dzwoniłam, pisałam SMS-y, zostawiałam wiadomości głosowe, które wracały do mnie echem w pustym mieszkaniu na Bielanach. Dwanaście miesięcy, w których Krysia z trzeciego piętra pytała na klatce „A co u Kamila?" i musiałam kłamać, że dobrze, bo nie umiałam powiedzieć prawdy - że mój jedyny syn przestał się do mnie odzywać i nie wiem dlaczego.

Kroiłam sernik i układałam na talerzykach - tych z serwisu, który dostałam od mamy na ślub z Andrzejem trzydzieści pięć lat temu. Pan Ryszard siedział w fotelu Andrzeja i rozglądał się po pokoju. Widziałam, jak jego wzrok przeskakiwał po meblościance, po kryształowym wazonie, po obrazku z Częstochowy, który wisiał nad telewizorem. Kamil poszedł do łazienki. A ja zostałam sam na sam z tym obcym mężczyzną, który wertował papiery w teczce i uśmiechał się do mnie tak, jakby sprzedawał odkurzacz.

Kiedy Kamil wrócił z łazienki, pan Ryszard odchrząknął i powiedział: „Pani Bożeno, Kamil opowiadał mi o pani sytuacji rodzinnej. Rozumiem, że jest pani jedyną właścicielką tego mieszkania po śmierci męża?".

Andrzej odszedł trzy lata temu. Rak trzustki. Od diagnozy do pogrzebu - cztery miesiące. Kamil przyjechał wtedy na pogrzeb, pomógł mi z papierami w ZUS-ie i urzędzie, a potem stopniowo zaczął się oddalać. Najpierw dłuższe przerwy między telefonami. Potem krótsze SMS-y. Aż w końcu cisza - gęsta, kompletna cisza.

- Tak, jestem właścicielką - odpowiedziałam, odstawiając talerzyk z sernikiem na stół. - Ale nie rozumiem, dlaczego o to pan pyta.

Kamil przysunął krzesło bliżej. Dotknął mojej dłoni. Pierwszy fizyczny kontakt od roku. Poczułam ciepło i jednocześnie chłód - jakby dotknął mnie ktoś znajomy i obcy zarazem.

- Mamo, ja wiem, że to dziwnie wygląda. Ale posłuchaj. Pan Ryszard to doradca, taki od nieruchomości, od planowania. Pomaga ludziom poukładać sprawy, żeby potem rodzina nie miała problemów. Żeby nie było jak u cioci Haliny, pamiętasz?

Pamiętałam. Ciotka Halina umarła bez testamentu i jej troje dzieci kłóciło się o dom pod Radomiem przez sześć lat. Sąd, adwokaci, rozlana krew na Wigilii w dwutysięcznym osiemnastym. Kamil wiedział, że ta historia mną wstrząsnęła.

Pan Ryszard wyciągnął z teczki formularz i długopis.

- To naprawdę prosta sprawa, pani Bożeno. Akt darowizny. Kamil jest jedynym synem, pani jedynym spadkobiercą. Jeśli teraz, za życia, przekaże pani mieszkanie, uniknie pani kosztów notarialnych po... no, w przyszłości. I Kamil będzie miał spokój. I pani będzie miała spokój, bo wszystko czyste, ułożone.

Patrzyłam na ten formularz. Na logo kancelarii, której nazwy nie znałam. Na słowa „darowizna", „przeniesienie własności", „prawo dożywotniego zamieszkania". I patrzyłam na syna, który siedział z tym swoim uśmiechem na pół buzi i mieszał łyżeczką w kawie, której jeszcze nie tknął.

- Kamil - powiedziałam cicho. - Czy ty po to przyjechałeś?

- Mamo, no co ty, nie tylko po to. Tęsknię za tobą. Ale pomyślałem, że skoro już jadę, to czemu nie załatwić od razu...

- Nie pytam, czemu nie załatwić. Pytam, czy przyjechałbyś, gdyby nie te papiery.

Cisza. Pan Ryszard przestał się uśmiechać. Kamil odstawił łyżeczkę na spodek. Porcelana stuknęła o porcelanę - ten sam dźwięk, który słyszałam tysiąc razy przy niedzielnych obiadach, gdy Andrzej żył i Kamil przyjeżdżał co dwa tygodnie z brudną torbą prania.

- Mamo, to niesprawiedliwe - powiedział wreszcie.

- Co jest niesprawiedliwe? Że pytam?

- Że zakładasz najgorsze.

Wstałam. Podeszłam do okna. Na dole, na parkingu pod blokiem, stało auto, którego nie znałam - srebrny SUV. Kamil rok temu jeździł starą Toyotą.

- Ładne auto - powiedziałam. - Nowe?

- Na kredyt - rzucił szybko Kamil. Zbyt szybko.

I wtedy to do mnie dotarło. Nie całość, ale wystarczająco. Kredyt. Nowy samochód. „Specjalista od spadków" w za ciasnym garniturze. Rok ciszy, a potem telefon - nie w urodziny, nie w Dzień Matki, nie na rocznicę śmierci ojca. W zwykły wtorek, z prośbą zamaskowaną tęsknotą.

Odwróciłam się od okna.

- Panie Ryszardzie - powiedziałam głosem, który sam mnie zaskoczył spokojem. - Proszę schować te papiery. Sernik pan może zabrać na drogę, dobrze mi wyszedł. Ale tego podpisu dzisiaj nie będzie.

Pan Ryszard zaczął coś mówić o podatkach i zabezpieczeniu, ale Kamil go uciszył ruchem ręki. Patrzył na mnie. W jego oczach widziałam coś, czego nie umiałam nazwać - złość? Wstyd? Może jedno i drugie.

- Rozumiem - powiedział. Wstał. Zapiął kurtkę. Tę samą kurtkę, którą mu kupiłam.

- Kamil - złapałam go za rękaw w przedpokoju. - Nie mówię, że nie. Mówię, że nie dzisiaj. Nie tak. Przyjdź sam. Przyjdź, bo chcesz mnie zobaczyć, nie dlatego, że potrzebujesz podpisu. A wtedy porozmawiamy. O wszystkim. O mieszkaniu też.

Pokiwał głową. Nie wiem, czy mnie usłyszał. Wyszli. Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Na stole stały trzy talerzyki z sernikiem. Kamil nie wziął ani kęsa.

To było trzy tygodnie temu. Od tamtej pory nie zadzwonił. Ja też nie dzwonię. Codziennie patrzę na telefon, na nasze ostatnie wiadomości - moje niebieskie dymki z pytaniami, jego szare z jednowyrazowymi odpowiedziami. I codziennie zadaję sobie to samo pytanie: czy gdybym podpisała, odzyskałabym syna? Czy straciłabym i syna, i mieszkanie?

Krysia z trzeciego piętra wczoraj znowu pytała, co u Kamila. Powiedziałam, że dobrze. Że niedawno był. Że jadł sernik.