Wiem już, że dzieci czekają tylko na mój podpis i moje mieszkanie. W zeszłym tygodniu poszłam do notariusza, ale nie z nimi. Pełnomocnictwo do moich spraw dostała pani mecenas, obca i uczciwa. Dzieciom zostały życzenia na święta.

Kopertę z kancelarii notarialnej schowałam do szuflady pod rachunkami za prąd. Dokładnie tam, gdzie trzy miesiące temu znalazłam inną kopertę - tę, od której wszystko się zaczęło. Wróciłam z sanatorium w Ciechocinku dzień wcześniej, bo kolano znów dało mi się we znaki i uznałam, że wolę boleć we własnym łóżku. Otworzyłam drzwi kluczem, a w przedpokoju stały buty Renaty. Moja córka siedziała przy moim stole, w moim mieszkaniu, nad rozłożonymi dokumentami z pieczątkami, które jak się okazało - dotyczyły mojego mieszkania.

- Mamo, nie strasz się - powiedziała, nawet nie wstając. - Sprawdzałam tylko, jak wygląda sprawa z księgą wieczystą. Dla twojego dobra.

Dla mojego dobra. To zdanie słyszę od moich dzieci od pięciu lat, odkąd Henryk umarł. Renata ma czterdzieści cztery lata, jest księgową w firmie transportowej pod Poznaniem. Grzegorz, młodszy o trzy lata, pracuje jako elektryk, ale ostatnio więcej czasu spędza na kombinowaniu niż na robocie. Oboje mają swoje rodziny, swoje problemy, swoje kredyty. I jedno wspólne marzenie - moje trzypokojowe mieszkanie na Jeżycach, które Henryk i ja kupiliśmy w osiemdziesiątym siódmym roku, kiedy jeszcze wierzyliśmy, że wszystko, co budujemy razem, ma sens.

Nazywam się Halina, mam sześćdziesiąt osiem lat i przez czterdzieści lat pracowałam jako sprzedawczyni w księgarni na Półwiejskiej. Emerytura niewielka, ale mieszkanie mam na własność, bez długów, w dobrej lokalizacji. I to, jak się okazało, był mój największy problem.

Tamtego dnia w marcu, kiedy zastałam Renatę nad dokumentami, nie zrobiłam awantury. Nie mam na to zdrowia. Zapytałam spokojnie, co robi, a ona zaczęła tłumaczyć, że rozmawiała z jakimś znajomym prawnikiem i że „najlepiej byłoby, mamo, jakbyś przepisała mieszkanie teraz, za życia, to potem nie będzie problemów ze spadkiem". Patrzyła na mnie tymi swoimi jasnymi oczami i uśmiechała się dokładnie tak, jak uśmiechała się w dzieciństwie, kiedy chciała drugie lody.

- A komu chcesz przepisać? - zapytałam.

- No, mnie i Grzesiowi. Po połowie. Z dożywociem dla ciebie, oczywiście.

Oczywiście. Dożywocie. Jakbym była więźniem we własnym domu, tylko z ładniejszą nazwą prawną.

Nie odpowiedziałam jej wtedy. Powiedziałam, że jestem zmęczona po podróży, że boli mnie kolano, że porozmawiamy później. Renata pocałowała mnie w policzek, zabrała dokumenty i pojechała. A ja usiadłam w kuchni z herbatą i trzęsącymi się rękami, bo wiedziałam już, że to nie był pierwszy raz. Że oni o tym rozmawiali. Że mieli plan.

Tydzień później zadzwonił Grzegorz. Nigdy nie dzwoni po prostu tak, żeby zapytać, jak się czuję. Zawsze jest powód - potrzebuje pieniędzy na naprawę samochodu, albo żebym popilnowała Kubusia, bo żona jedzie do matki. Tym razem był uprzejmy jak nigdy. Pytał o zdrowie, o sanatorium, o kolano. A potem, jakby mimochodem:

- Mamo, Renata mówiła, że rozmawiałyście o mieszkaniu. Ja myślę, że to dobry pomysł. Teraz, póki jesteś w pełni sił, lepiej to załatwić. Potem to same problemy w sądach.

Póki jestem w pełni sił. Jakbym miała jutro zacząć tracić rozum. A może właśnie na to liczy - że zanim się zorientuję, podpiszę coś, czego nie rozumiem.

Zaczęłam odtwarzać sobie w głowie ostatnie lata. Wizyty, telefony, rozmowy. I zobaczyłam wzór, którego wcześniej nie chciałam widzieć. Renata, która przyjeżdżała na niedzielny obiad, ale zawsze z pytaniem „a czy nie myślałaś, żeby zamienić to mieszkanie na mniejsze?". Grzegorz, który oferował pomoc w remoncie łazienki, ale przy okazji sugerował, że „taki metraż to dla jednej osoby za dużo, mamo". Nawet synowa Agnieszka, która kiedyś powiedziała przy Wigilii, że jej koleżanka „mądrze zrobiła i przepisała rodzicom mieszkanie wcześniej, bo potem był spokój".

Spokój. Dla kogo?

Na Wielkanoc nie przyjechali ani jedni, ani drudzy. Renata napisała SMS, że „Bartek ma anginę i lepiej nie zarażać". Grzegorz nie napisał nic. Siedziałam sama przy stole, przy żurku, którego ugotowałam na cztery osoby z przyzwyczajenia, i myślałam o Henryku. On by wiedział, co powiedzieć. On umiał być twardy, kiedy trzeba. Ja zawsze byłam tą, która ustępuje, która gotuje, która daje pieniądze i nie pyta, kiedy odda.

W maju zadzwoniła do mnie Lucyna, sąsiadka z drugiego piętra. Powiedziała, że widziała Renatę na klatce schodowej z jakimś mężczyzną, który „oglądał mieszkanie". Moje mieszkanie. Od zewnątrz, bo do środka nie mieli jak wejść - ale stali pod drzwiami i ten mężczyzna robił zdjęcia klatki schodowej, pytał Lucynę o okolicę, o parking.

Ręce mi się znów trzęsły, kiedy odkładałam słuchawkę. Ale tym razem nie ze strachu. Ze złości.

Następnego dnia poszłam do Poradni Obywatelskiej na Stary Rynek. Pani prawniczka, młoda, spokojnie wszystko mi wytłumaczyła. Że nie muszę niczego podpisywać. Że dożywocie to nie jest zabezpieczenie, bo można je obejść. Że jeśli chcę mieć pewność, powinnam ustanowić pełnomocnictwo dla kogoś, komu ufam, na wypadek gdyby kiedyś naprawdę straciła siły. Ktoś niezależny. Ktoś, kto nie ma interesu w moim mieszkaniu.

Dała mi wizytówkę pani mecenas Kowalskiej. Zadzwoniłam jeszcze tego samego dnia.

Pani mecenas jest ode mnie młodsza o dwadzieścia lat, ma spokojny głos i nie próbuje mnie przekonywać, że „dzieci na pewno chcą dobrze". Przejrzała dokumenty, sprawdziła księgę wieczystą, upewniła się, że nikt nie złożył żadnych wniosków. Na razie - nie. Sporządziła pełnomocnictwo. Podpisałam je u notariusza w zeszły wtorek, sama, o dziewiątej rano, kiedy Renata była w pracy, a Grzegorz pewnie jeszcze spał.

Dzieciom powiedziałam w niedzielę, przez telefon - każdemu osobno. Renata milczała tak długo, że myślałam, że się rozłączyła.

- Nie rozumiem - powiedziała w końcu. - Obcej kobiecie dałaś pełnomocnictwo, a własnym dzieciom nie ufasz?

- Własne dzieci przyprowadzały mi pośredników pod drzwi, kiedy byłam w sanatorium - odpowiedziałam. Pierwszy raz w życiu powiedziałam Renacie coś, co ją zabolało, i nie przeprosiłam zaraz potem.

Grzegorz zareagował inaczej. Krzyknął, że jestem stara i nie wiem, co robię, że ktoś mnie zmanipulował, że „ta prawniczka pewnie chce się dorobić na twojej naiwności". Potem się rozłączył. Od tamtej pory minęły dwa tygodnie. Cisza.

Siedzę teraz w kuchni, w tym samym miejscu co zawsze. Herbata z cytryną, za oknem kwitną lipy na Jeżycach, sąsiadka Lucyna macha mi z ławki na dole. Dokumenty leżą w szufladzie, bezpieczne. Pani mecenas dzwoni raz w tygodniu, pyta, czy coś potrzebuję.

Nie żałuję. Przynajmniej tak sobie mówię.

Ale w nocy, kiedy nie mogę zasnąć, myślę o tym, czy Henryk by mnie pochwalił - czy skrzywił twarz i powiedział: „Halina, to twoje dzieci, nie wrogowie". Myślę o Renacie, która w trzeciej klasie rysowała mi laurki na Dzień Matki z serduszkami i podpisem „najlepsza mama na świecie". O Grzesiu, który w liceum przyszedł do mnie z płaczem, bo dziewczyna go zostawiła, i zasnął z głową na moich kolanach.

Ci ludzie gdzieś jeszcze są - w środku tych dorosłych, którzy liczą metry kwadratowe mojego mieszkania. Gdzieś tam są. Ale nie potrafię ich już znaleźć.

Na lodówce wisi kartka z numerem pani mecenas. Obok - zdjęcie z komunii Kubusia, wnuka, syna Grzegorza. Patrzę na jedno i na drugie, i nie wiem, czy zrobiłam najodważniejszą rzecz w życiu, czy najstraszniejszą.