Córka ma zapasowe klucze, bo „a nuż coś się stanie, mamo". Wczoraj sąsiadka zatrzymała mnie na klatce i zapytała, czy się wyprowadzam. Obcy ludzie z panem w garniturze oglądali moje mieszkanie już trzeci raz w tym miesiącu - zawsze wtedy, gdy jestem u lekarza.

Pani Krysia z czwartego piętra patrzyła na mnie znad torby z zakupami i czekała na odpowiedź. A ja stałam jak wmurowana, z kluczami w ręce, i nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo nie wiedziałam nic.

- Halinka, no nie gniewaj się, ale pytam, bo widziałam tych ludzi już drugi raz. Pan taki w garniturze, elegancki, z teczką. I młode małżeństwo. Chodzili po pokojach, mierzyli coś. Myślałam, że remont planujesz albo co.

Nie planuję remontu. Nie planuję wyprowadzki. To jest moje mieszkanie od trzydziestu ośmiu lat. Tu się urodziły moje dzieci, tu umarł mój mąż. Trzy pokoje z kuchnią na Ochocie, trzecie piętro, widok na park Szczęśliwicki. Wjechałam tu z Tadeuszem w osiemdziesiątym szóstym roku, z dwuletnią Agatą na ręku i z brzuchem, w którym siedział Marcin.

Zeszłam do mieszkania i usiadłam w kuchni. Herbata stygła, a ja patrzyłam na telefon i myślałam, czy zadzwonić do Agaty. Moja córka - czterdzieści lat, pracuje w banku, mieszka z mężem na Ursynowie. To ona ma te zapasowe klucze. To ona dwa lata temu nalegała, żebym jej je zostawiła, bo „mamo, a jak upadniesz, a jak ci się coś stanie, a jak zamek nawali". Brzmiało to rozsądnie. Brzmiało jak troska.

Nie zadzwoniłam tego wieczoru. Zamiast tego przeszłam się po mieszkaniu. Sprawdziłam szuflady - nic nie znikło. Sprawdziłam szafki - wszystko na miejscu. Kryształowy wazon po teściowej stał na komodzie, album ze zdjęciami leżał w meblościance, serwetki szydełkowe na swoich miejscach. Ale coś było inaczej. W dużym pokoju zasłona była odciągnięta bardziej niż zwykle. Na parapecie w sypialni stał kwiatek przesunięty o kilka centymetrów. A w łazience ręcznik wisiał na drugim haku - nie na moim.

Mogłabym pomyśleć, że zwariowałam. Sześćdziesiąt dwa lata, trzeci rok na emeryturze, wdowa od pięciu lat. Człowiek sam ze sobą zaczyna dziwne rzeczy zauważać, prawda? Ale ja mam dobrą pamięć. Tadeusz zawsze mówił: „Halina, ty pamiętasz, gdzie kto postawił kubek trzy lata temu". I to prawda.

Następnego dnia pojechałam na kontrolę do kardiologa - mam regularny termin, co trzy tygodnie, czwartek, godzina dziesiąta, przychodnia na Filtrowej. Wychodzę koło ósmej trzydzieści, wracam najwcześniej o dwunastej, bo kolejki, bo recepty w aptece, bo jeszcze po drodze robię zakupy na Hali Banacha. Agata zna ten rozkład doskonale. Sama go kiedyś ułożyła w moim telefonie - przypomnienia, alarmy, wszystko.

Tym razem nie pojechałam do lekarza. Zadzwoniłam i przełożyłam wizytę. Zamiast tego wyszłam z klatki, usiadłam na ławce naprzeciwko bloku i czekałam. Było zimno jak na kwiecień, wiał wiatr od zachodu, ale ja siedziałam i patrzyłam na swoje okna na trzecim piętrze.

O dziesiątej czterdzieści pod blok podjechało srebrne audi. Wysiadł mężczyzna w ciemnym garniturze, z teczką. Za nim - młoda para, trzydzieści parę lat, ona w jasnej kurtce, on w jeansach. Weszli do klatki. Chwilę później zobaczyłam, że w moim mieszkaniu zapaliło się światło w dużym pokoju. Ktoś odsunął zasłonę. Mężczyzna w garniturze gestykulował, pokazywał coś ręką - widok na park, pewnie.

Nogi mi zdrętwiały. Siedziałam na tej ławce i nie mogłam wstać. To były moje okna. Moje firanki, które prałam dwa tygodnie temu. Moje mieszkanie, w którym Tadeusz pomalował ściany na jasny żółty, bo mówił, że wtedy nawet w listopadzie jest słonecznie.

Po dwudziestu minutach wyszli. Mężczyzna w garniturze podał młodej kobiecie wizytówkę, uścisnęli sobie dłonie. Wyglądali na zadowolonych. Kiedy odeszli, wstałam z ławki i wjechałam windą na trzecie piętro. Zamek nie był uszkodzony - klucz po prostu pasował. Ktoś użył zapasowego.

Zadzwoniłam do Agaty dopiero wieczorem. Ręce mi się trzęsły, ale głos starałam się utrzymać spokojny.

- Agatka, była dziś u mnie sąsiadka. Mówi, że jakieś osoby chodziły po moim mieszkaniu. Wiesz coś o tym?

Cisza. Trzy sekundy, może cztery. Wystarczyło.

- Mamo, posłuchaj. Chciałam z tobą porozmawiać, ale nie było dobrego momentu. To jest dla twojego dobra.

Dla mojego dobra. Tadeusz mówił to samo, kiedy przez dziesięć lat odkładał wizytę u lekarza. „Dla twojego spokoju ci nie mówię, Halina." Nie lubię tego wyrażenia.

- Rozmawiałam z Marcinem - ciągnęła Agata. - Mamo, to mieszkanie jest za duże dla ciebie samej. Trzy pokoje, trzecie piętro, winda się co chwilę psuje. Ty masz serce, masz kolano. Pośrednikowi pokazałam mieszkanie kilka razy, żeby wycenił. Jest warte dużo, mamo. Za te pieniądze kupimy ci ładną kawalerkę bliżej nas, na Ursynowie. Nowe budownictwo, winda, balkon. A resztę odłożymy dla ciebie na leczenie, na sanatorium.

- Pokazałaś moje mieszkanie obcym ludziom. Bez mojej wiedzy.

- Bo wiedziałam, że się zdenerwujesz i powiesz „nie", zanim pomyślisz. Mamo, ja się o ciebie martwię.

Marcin zadzwonił pół godziny później. Mój syn, trzydzieści osiem lat, elektryk, mieszka z rodziną pod Poznaniem. Dzwoni rzadko, ale teraz najwyraźniej Agata go zmobilizowała.

- Mamo, Agata ma rację. My się boimy o ciebie. To mieszkanie jest za duże, za stare, schody, rury do wymiany.

- Marcin, ile z tego mieszkania jest dla mnie, a ile z tych pieniędzy ma iść do was?

Nie odpowiedział od razu. I ta cisza powiedziała mi więcej niż wszystkie słowa wcześniej.

Minął tydzień. Agata przychodziła dwa razy - z sernikiem, z uśmiechem, z folderami nowych osiedli na Ursynowie. Ładne zdjęcia, jasne kuchnie, windy, plac zabaw na dole. „Pomyśl o wnukach, mamo, będą bliżej." Nie kłóciłam się. Słuchałam, piłam herbatę i patrzyłam na jej twarz. Próbowałam zrozumieć, kiedy moja córka - ta sama, którą uczyłam jeździć na rowerze w parku Szczęśliwickim - zaczęła traktować moje życie jak problem do rozwiązania.

W piątek poszłam do ślusarza na Grójeckiej. Wymieniłam zamki. Oba - górny i dolny. Pan Wiesław, starszy facet z wąsami, zapytał, czy się włamali. Powiedziałam, że nie. Że po prostu chcę mieć pewność, kto wchodzi do mojego domu.

Nowe klucze leżą teraz w szufladzie w kuchni. Dwa komplety. Jeden mój, drugi zapasowy. Jeszcze nie wiem, komu go dam. Może nikomu. Może sąsiadce Krysi, która przynajmniej pyta, zanim wejdzie.

Agata dzwoniła wczoraj. Powiedziałam jej o zamkach. Usłyszałam: „Mamo, to jest niedorzeczne. Ja się o ciebie troszczę, a ty mnie traktujesz jak złodzieja."

Może tak. A może po prostu chcę sama decydować, gdzie umrę. W mieszkaniu, które pachnie Tadeuszem, farbą i rosołem, czy w kawalerce z windą i balkonem, z widokiem na parking.

Zapasowe klucze leżą w szufladzie. Czekam, aż będę wiedziała, co z nimi zrobić.