Od pół roku boli mnie w klatce, ale nie idę do lekarza. Boję się, że w papierach pojawi się jedno zdanie, którego dzieci potrzebują do sądu. Wolę nie wiedzieć, niż stracić prawo do decydowania o sobie.

Ból przychodzi rano, kiedy wstaję z łóżka. Taki ścisk pod mostkiem, jakby ktoś chwycił mnie od środka i nie chciał puścić. Trwa może minutę, może dwie. Potem odpuszcza i dzień toczy się dalej - herbata, kanapki, Jedynka w radiu, spacer do Żabki po mleko. Wieczorem czasem wraca, zwłaszcza gdy się zdenerwuję. A denerwuję się teraz często.

Mam na imię Halina, sześćdziesiąt osiem lat skończone w lutym. Całe życie przepracowałam w księgowości, najpierw w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem, potem w hurtowni budowlanej na Wildzie. Czterdzieści jeden lat składek, emerytura niewielka, ale moja. I mieszkanie moje - dwa pokoje z kuchnią na Piątkowie, spółdzielcze własnościowe, wykupione w dziewięćdziesiątym czwartym za grosze. To właśnie o nie toczy się ta cała wojna.

Mam dwoje dzieci. Córkę Renatę, czterdzieści dwa lata, i syna Dariusza, trzydzieści dziewięć. Renata mieszka w Swarzędzu z mężem i dwójką chłopców. Dariusz - w Poznaniu, sam, po rozwodzie. I to Dariusz postanowił, że pora się mną zająć. Tylko że jego „zajęcie się" wygląda inaczej, niż sobie wyobrażałam.

Zaczęło się rok temu, jesienią. Przewróciłam się na klatce schodowej - potknęłam o próg windy, która od lat nie domyka się porządnie. Skręciłam nadgarstek, pojechałam na SOR. Nic wielkiego, gips na trzy tygodnie, ale Dariusz przyjechał po mnie ze szpitala i powiedział coś, co mnie zmroziło.

- Mamo, ja to już zgłoszę do opieki społecznej, bo ty sama sobie nie radzisz.

Myślałam, że żartuje. Wróciłam do domu, ugotowałam zupę jedną ręką - pomidorową z ryżem, jak lubię - i zapomniałam o tym. Ale on nie zapomniał.

W grudniu dostałam telefon z MOPS-u. Pani bardzo miła, powiedziała, że syn zgłosił potrzebę wsparcia środowiskowego, że mogą przysłać opiekunkę na kilka godzin w tygodniu. Podziękowałam grzecznie i odmówiłam. Gips już dawno zdjęłam, radzę sobie sama, nie potrzebuję żadnej opiekunki. Kobieta zanotowała, powiedziała „oczywiście, to dobrowolne" i się rozłączyła.

Tydzień później Dariusz przyszedł z teczką. Usiadł w kuchni, gdzie stoję teraz i piszę te słowa, i rozłożył papiery na stole.

- Mamo, musimy porozmawiać o mieszkaniu. Gdyby ci się coś stało, to będzie problem z dziedziczeniem. Renata i tak ma dom, a ja po rozwodzie wynajmuję kawalerkę za dwa tysiące. Logiczne byłoby, żebyś przepisała mieszkanie na mnie, a ja bym się tobą opiekował.

Patrzyłam na niego i widziałam chłopca, który w podstawówce płakał, jak złamał mu się ołówek. Teraz miał zmarszczki na czole i tę samą teczkę, którą nosił kiedyś Zbyszek - mój mąż, ojciec dzieci, którego pochowałam jedenaście lat temu.

- Darek, o czym ty mówisz? Ja żyję, mieszkam tu, nie planuję umierać.

- Nikt nie planuje, mamo. Ale trzeba myśleć praktycznie.

Odmówiłam. Nie nakrzyczałam, nie trzasnęłam drzwiami. Powiedziałam: „Nie". I zebrałam jego papiery ze stołu, schowałam do szuflady pod rachunkami za prąd. Do dziś tam leżą.

Po tym wszystko się zmieniło. Dariusz zaczął dzwonić codziennie, ale nie tak jak kiedyś - „cześć mamo, co słychać" - tylko z pytaniami. Czy wzięłam leki. Czy zamknęłam gaz. Czy pamiętam, który jest dzień tygodnia. Za każdym razem czułam, że to nie troska. To zbieranie dowodów.

W styczniu Renata zadzwoniła zaniepokojona.

- Mamo, Darek mówi, że się o ciebie martwi. Że zapominasz rzeczy, że zostawiasz włączony palnik.

- Renatko, jeden raz zagotował mi się czajnik, bo poszłam do toalety. Jeden raz w sześćdziesięciu ośmiu latach.

- Ja wiem, mamo. Ale on mówi, że trzeba cię zbadać. Że może demencja…

To słowo - „demencja" - spadło na mnie jak tynk z sufitu. Więc o to chodzi. Jeśli lekarz napisze, że mam problemy z pamięcią, z głową, z czymkolwiek poważnym, to Dariusz może pójść do sądu i wnioskować o ubezwłasnowolnienie. Częściowe albo całkowite - obojętne. W obu przypadkach to nie ja będę decydować o mieszkaniu, o pieniądzach, o sobie.

Wiem to, bo trzydzieści lat siedziałam w księgowości i widziałam, jak ludzie robią różne rzeczy dla pieniędzy. I wiem to, bo koleżanka Krysia z parteru przeszła to samo ze swoim synem. Sąd wyznaczył opiekuna, syn sprzedał jej mieszkanie, a Krysia trafiła do DPS-u pod Stęszewem. Odwiedzam ją raz w miesiącu. Jest tam czysto, karmią porządnie. Ale Krysia mówi, że to nie jest dom. Dom to jest tam, gdzie człowiek sam decyduje, kiedy zaparzy herbatę.

Dlatego nie idę do lekarza z tym bólem w klatce. Bo wiem, jak to działa. Kardiolog zleci badania, może echo serca, może coś więcej. A przy okazji zapyta o pamięć, o samopoczucie. I w dokumentacji pojawi się notatka. A notatki wędrują. Do MOPS-u, do sądu, gdziekolwiek Dariusz je zaniesie.

Renata próbuje być neutralna. Dzwoni w niedziele, pyta o wnuków - Kacper ma komunię w maju, szyję mu już albo - i nie naciska. Ale czuję, że jest między nimi jakaś rozmowa, z której ja jestem wyłączona. Widziałam to na Wielkanocy - te wymieniane spojrzenia, ten moment, kiedy Dariusz wyszedł na balkon z Renatą i rozmawiali ściszonym głosem, a kiedy wróciłam z kuchni z makowcem, oboje umilkli.

Może mają rację. Może powinnam iść do lekarza. Ból w klatce bywa tylko refluksem, a bywa czymś poważnym. Mam sześćdziesiąt osiem lat, nadciśnienie leczone od dekady, dwadzieścia kilo za dużo. Zbyszek umarł na serce w pięćdziesiątce. To nie jest rodzina o stalowym zdrowiu.

Ale co, jeśli pójdę i usłyszę coś, co zmieni wszystko? Nie chodzi mi nawet o diagnozę - chodzi o to, co z tą diagnozą zrobi mój syn. Bo Dariusz nie jest złym człowiekiem. Naprawdę tak myślę. On jest po prostu przerażony. Rozwód go zniszczył, finansowo i psychicznie. Kawalerka za dwa tysiące, alimenty na córkę, której nie widuje, bo była żona zabrała ją do Gdańska. On widzi w tym mieszkaniu na Piątkowie jedyną szansę, żeby stanąć na nogi. I nie potrafi czekać.

Wczoraj wieczorem ból wrócił. Silniejszy niż zwykle, taki, że usiadłam na podłodze w przedpokoju i czekałam, aż przejdzie. Trzy minuty. Może pięć. Potem wstałam, napiłam się wody, włączyłam telewizor i oglądałam jakiś program o ogrodach, nic nie widząc.

Pomyślałam wtedy, że mogłabym zadzwonić do Renaty. Powiedzieć: „Córeczko, boli mnie, ale boję się iść do lekarza, bo boję się waszego brata". Ale jak się mówi coś takiego własnemu dziecku? Jak się przyznaje, że człowiek boi się własnego syna?

Dziś rano znów bolało. Krócej, ale wyraźniej. Zaparzyłam herbatę, usiadłam przy stole, wyjęłam z szuflady te papiery, które Dariusz przyniósł w grudniu. Umowa darowizny, wydrukowana z internetu. Moje imię i nazwisko już wpisane. Miejsce na podpis puste.

Schowałam je z powrotem. Zjadłam kanapkę z serem. Umyłam kubek.

A potem otworzyłam szufladę jeszcze raz, wyjęłam wizytówkę kardiolog z przychodni na Winogradach, którą Renata wsunęła mi do torebki po Wielkanocy - myślała, że nie zauważę - i położyłam ją na stole, obok telefonu.

Leży tam od rana. Nie zadzwoniłam. Jeszcze nie.