Podarowałam córce mieszkanie, a przez dwa lata nie zapytała, czy mam co jeść. W bibliotece przeczytałam, że darowiznę można odwołać z powodu rażącej niewdzięczności. W poniedziałek byłam u adwokata, w środę wysłał pismo.

Koperta wróciła z potwierdzeniem odbioru w piątek. Siedziałam przy kuchennym stole, patrzyłam na ten mały żółty kwit i myślałam: „Halina, co ty najlepszego zrobiłaś". Za oknem kwitły kasztany na osiedlu, dzieci wracały ze szkoły, świat wyglądał normalnie. A ja właśnie odebrałam córce mieszkanie.

Żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się o kilka lat. Mam na imię Halina, skończyłam sześćdziesiąt cztery lata w styczniu. Trzydzieści osiem lat pracowałam na poczcie - najpierw przy okienku, potem w sortowni, na końcu znów przy okienku, bo sortownię zautomatyzowali. Z emeryturą wyszło niewiele, tysiąc dziewięćset złotych na rękę. Mieszkam w Poznaniu, na Ratajach, w bloku z wielkiej płyty. Trzecie piętro, dwa pokoje z kuchnią.

Drugie mieszkanie - kawalerka na Wildzie - zostało mi po mamie. Trzydzieści dwa metry, słoneczne, z balkonem na podwórko. Przez lata je wynajmowałam, najpierw studentom, potem młodemu małżeństwu. Te pieniądze ratowały mnie nie raz - nowa pralka, leczenie zębów, zimowy płaszcz. Ale kiedy Natalia, moja jedyna córka, powiedziała, że z mężem Darkiem nie mają na wkład własny i bank odmówił kredytu, nie zastanawiałam się długo.

- Mamo, my nigdy niczego od ciebie nie chcieliśmy - powiedziała wtedy, stojąc w progu mojej kuchni z oczami pełnymi łez. - Ale ja nie wiem, co zrobić. Jakub we wrześniu idzie do szkoły, nie może spać z nami w jednym pokoju do końca życia.

Jakub to mój wnuk. Miał wtedy sześć lat, rude włosy po ojcu i moje oczy. Kochałam go tak, że bolało.

Notariusz na Jeżycach spisał akt darowizny w sierpniu, dwa lata temu. Pamiętam, że Natalia objęła mnie na schodach kancelarii i szepnęła: „Mamo, nigdy ci tego nie zapomnę". Darek ścisnął mi dłoń. Pojechali tam tego samego dnia z walizkami. Jakub dostał własny pokój - ten z balkonem.

Pierwsze tygodnie były piękne. Natalia dzwoniła co drugi dzień, przysyłała zdjęcia, jak malują ściany. „Mamo, zobacz, Jakub sam wybrał kolor - niebieski jak niebo!" Uśmiechałam się do telefonu. Myślałam: dobrze zrobiłam.

Potem zaczęło się powoli. Telefony co drugi dzień zamieniły się w raz na tydzień. Raz na tydzień - w raz na dwa tygodnie. Zapraszałam ich na niedzielne obiady - „Mamo, nie damy rady, Jakub ma trening", „Mamo, Darek pracuje w sobotę, to w niedzielę musimy odpocząć". Rozumiałam. Młodzi ludzie, swoje życie. Nie chciałam być tą matką, co się narzuca.

Ale potem przyszła zima i zepsuł się kaloryfer w dużym pokoju. Hydraulik powiedział: wymiana, osiemset złotych. Z mojej emerytury to prawie połowa. Zadzwoniłam do Natalii.

- Córeczko, mogłabyś mi pożyczyć trochę? Kaloryfer mi padł, a do pierwszego jeszcze daleko.

Cisza w słuchawce. Potem westchnienie.

- Mamo, my sami ledwo wiążemy koniec z końcem. Darek dopiero co zmienił opony, Jakub potrzebuje korków z matmy... Może poczekaj do wiosny, jakoś przezimujesz.

Przezimuję. Spałam w kuchni, przy piecyku elektrycznym, bo rachunek za prąd i tak był niższy niż za wymianę kaloryfera. Natalia nie zapytała, czy sobie poradziłam. Nie zapytała w ogóle.

Na wiosnę było gorzej. Poszłam do lekarza, bo kolano spuchło tak, że nie mogłam schodzić po schodach. Ortopeda w NFZ - termin za pięć miesięcy. Prywatnie - dwieście złotych wizyta. Zadzwoniłam do Natalii. Nie odebrała. Oddzwoniła po trzech dniach: „Mamo, sorry, byliśmy w Aquaparku we Wrocławiu, Jakub tak się cieszył!".

Aquapark we Wrocławiu. A ja kroiłam chleb na coraz cieńsze kromki, bo do pierwszego zostało pięć dni i czterdzieści złotych w portfelu.

Nie powiedziałam jej. Dumna byłam? Może. A może po prostu czekałam, czy sama zapyta. Czy przywiezie mi zakupy, albo zadzwoni i powie: „Mamo, jak się czujesz, potrzebujesz czegoś?". Jedno zdanie. Przez dwa lata ani razu.

Na imieniny Natalii pojechałam autobusem na Wildę. Kupiłam kwiaty i tort z cukierni na Dębcu, bo nie chciałam przyjść z pustymi rękami. Otworzyła mi z szerokim uśmiechem, w nowych kolczykach, pachnąca tymi perfumami, co reklamują w telewizji. Mieszkanie wyglądało ładnie - nowe meble, dywan, telewizor na pół ściany. Darek podał mi herbatę i wyszedł do drugiego pokoju oglądać mecz.

- Natalia - powiedziałam cicho - a ty wiesz, że ja ostatnio trochę ciężko wiążę koniec z końcem?

Machnęła ręką.

- Mamo, no co ty, masz przecież emeryturę. My wszyscy mamy ciężko, takie czasy.

Takie czasy. Wróciłam do domu i płakałam tak, jak nie płakałam od pogrzebu Staszka - mojego męża, który odszedł jedenaście lat temu. Następnego dnia poszłam do biblioteki na Ratajach, bo w domu zimno, a tam ciepło i można poczytać gazety. Wzięłam „Poradnik" z półki - taki dla seniorów. I tam znalazłam artykuł o odwoływaniu darowizny.

Rażąca niewdzięczność. Tak to się nazywa prawnie. Przeczytałam trzy razy. Zapisałam sygnaturę wyroku, który przytaczali. Poszłam do czytelni po kodeks cywilny. Artykuł 898. Darczyńca może odwołać darowiznę, jeżeli obdarowany dopuścił się względem niego rażącej niewdzięczności.

W poniedziałek byłam u adwokata. Młody, ale poważny. Wysłuchał mnie, robił notatki. Na końcu powiedział:

- Pani Halino, to nie jest prosta sprawa. Sąd będzie pytał, czy pani prosiła córkę o pomoc wprost. Ale mamy podstawy, żeby spróbować.

Zapłaciłam pięćset złotych z oszczędności, które trzymałam w kopercie za książkami na półce. Resztę miałam zapłacić w ratach. W środę pismo do Natalii poszło listem poleconym.

Zadzwoniła w piątek wieczorem. Nigdy nie słyszałam jej takiej - głos trzęsący się nie ze smutku, ale z wściekłości.

- Mamo, co ty wyprawiasz?! Adwokaci? Pisma?! Chcesz zabrać mieszkanie własnemu wnukowi?!

- Nie wnukowi - powiedziałam. - Tobie.

- To jest to samo! Jakub tu mieszka! Ma swój pokój! Jak możesz nam to robić?!

Milczałam. Słyszałam w tle Jakuba, jak pyta: „Mama, dlaczego krzyczysz?". Darek coś mruczał. Natalia oddychała ciężko.

- Mamo - odezwała się ciszej. - Cofnij to. Proszę. Porozmawiamy.

- Przez dwa lata mogłaś porozmawiać - odpowiedziałam.

Rozłączyłam się i wyłączyłam telefon. Usiadłam przy stole, przy tej samej herbacie z cytryną, i patrzyłam na ścianę. Na szydełkową serwetkę, którą mama zrobiła czterdzieści lat temu. Na zdjęcie Natalii z komunii - w białej sukience, z wiankiem, z uśmiechem takim szerokim, że nie mieścił się na twarzy.

Myślałam: może to ja ją tak wychowałam. Może dawałam za dużo i nigdy nie nauczyłam, że dawanie powinno iść w obie strony. A może to nie moja wina. Może ludzie po prostu biorą, ile im dasz, i idą dalej.

Nie wiem, co będzie w poniedziałek. Nie wiem, czy pójdę do sądu, czy cofnę sprawę, jeśli Natalia zapuka do drzwi z zakupami i przeprosinami. Nie wiem nawet, czy chcę, żeby zapukała - czy chcę, żeby mnie teraz kochała dlatego, że się boi, a nie dlatego, że chce.

Wiem jedno: tamta koperta z kancelarii adwokackiej leży na stoliku w przedpokoju. I po raz pierwszy od dwóch lat czuję, że ktoś mnie usłyszał.