Zabrali mnie nad morze na dziesięć dni, żeby było komu pilnować dzieci. Mieszkanie mieli ładne, z widokiem na wydmy. Na plażę nie zeszłam ani razu - wieczorami wychodzili we dwoje, a rano dzieci wstawały pierwsze.

Oliwka miała cztery lata, Antoś dwa i trzy miesiące. Budzili się przed szóstą, jak w zegarku. Zanim otworzyłam oczy, czułam na policzku ciepłą rączkę i słyszałam szept: „Babuniu, kaszka". Wstawałam, szłam do kuchni, a za oknem było morze. Takie bliskie, że słychać było fale. Nie wyglądałam na nie za często - najpierw płatki owsiane, potem ubieranie, potem klocki, potem obiad, potem drzemka Antosia, potem spacer po okolicy, ale nie na plażę, bo z wózkiem po piasku się nie da, a Oliwka ucieka w stronę wody.

Moja córka Patrycja - bo to o niej mowa - zaprosiła mnie w czerwcu. Zadzwoniła w poniedziałek wieczorem i powiedziała takim lekkim tonem, jakby proponowała herbatę:

- Mamo, wynajęliśmy apartament w Dębkach na dziesięć dni. Pojedziesz z nami? Dzieci by się cieszyły.

Ucieszyłam się. Naprawdę się ucieszyłam. Od kiedy Patrycja z Konradem przeprowadzili się do Wrocławia, widziałam wnuki raz na dwa, trzy miesiące. Czasem rzadziej. Więc spakowałam walizkę, wzięłam leki na ciśnienie, krem z filtrem - bo koleżanka Krysia powiedziała, że nad morzem słońce parzy nawet w chmurach - i pojechałam. Z Poznania do Dębek to jakieś pięć godzin, Konrad prowadził, ja siedziałam z tyłu między fotelikami i podawałam Antosiowi krakersy, kiedy płakał.

Apartament rzeczywiście był ładny. Drugie piętro, jasne ściany, duży balkon. Z balkonu widać było wydmy i kawałek morza między sosnami. Pomyślałam, że będę tam rano piła kawę. Nie piłam. Rano nie było na to czasu.

Pierwszego wieczoru Patrycja przebrała się w kwiecistą sukienkę, związała włosy i stanęła w przedpokoju. Konrad miał nową koszulę. Pachnieli oboje perfumami, które czuć było aż w kuchni, gdzie kroiłam Antosiowi banana.

- Mamo, my byśmy wyszli na chwilę. Dzieci już prawie śpią - powiedziała.

Antoś nie spał. Zjadł banana, potem chciał drugi, potem płakał, bo nie chciał myć zębów, potem uspokajał się dwadzieścia minut przy kołysance z telefonu. Oliwka leżała w łóżku i pytała, kiedy mama wróci. Wrócili o dwudziestej trzeciej. Patrycja miała zaczerwienione policzki i pachniała winem.

- Dzięki, mamo. Było cudownie. Siedzieliśmy w takiej knajpce nad samym morzem.

Skinęłam głową. Powiedziałam, że Antoś długo nie mógł zasnąć. Patrycja machnęła ręką: „On zawsze tak, przyzwyczaisz się". I poszła spać.

Drugiego dnia było tak samo. Trzeciego też. Czwartego zapytałam, czy może poszlibyśmy wszyscy razem na plażę, bo przecież jestem nad morzem. Patrycja spojrzała na mnie z takim lekkim zdziwieniem, jakbym powiedziała coś dziwnego.

- Mamo, my z Konradem naprawdę potrzebujemy tego czasu we dwoje. Wiesz, jak to jest - cały rok w biegu. A z dwójką dzieci na plaży to nie jest odpoczynek. Ty się z nimi świetnie bawisz.

Nie odpowiedziałam. Poszłam umyć Antosiowi rączki, bo rozsmarował jogurt po stole.

Piątego dnia zadzwoniła Krysia. Pytała, jak morze. Powiedziałam, że ładne. Pytała, czy się opalałam. Powiedziałam, że trochę, na balkonie. Nie powiedziałam, że na balkonie stoję po trzy minuty, kiedy Antoś śpi, a Oliwka ogląda bajkę, i że wtedy patrzę na morze jak przez szybę w muzeum - niby blisko, a nie dotkniesz.

Szóstego dnia ugotowałam obiad - pomidorową z ryżem i kotlety. Patrycja wróciła z Konradem z plaży koło drugiej - opaleni, mokrzy, roześmiani. Zjedli. Konrad powiedział: „Teściowa gotuje lepiej niż restauracja". Patrycja się uśmiechnęła. Potem poszli na drzemkę do swojego pokoju, bo „morze wykańcza". Ja pozmywałam, rozłożyłam Antosiowi kocyk na podłodze i budowałam z nim wieżę z klocków. Raz za razem, bo on budował i burzył, budował i burzył.

Siódmego dnia Oliwka powiedziała coś, co zostało ze mną na długo. Siedziałyśmy na balkonie - ona na moich kolanach - i patrzyłyśmy na wydmy. Ludzie wracali z plaży z koszami, z ręcznikami, z parasolami. Oliwka wskazała palcem na jakąś starszą panią w kapeluszu, która szła boso po chodniku, i powiedziała:

- Babuniu, patrz, ta pani była na plaży. A ty nigdy nie idziesz na plażę. Ty zawsze zostajesz.

Pogłaskałam ją po głowie i nic nie powiedziałam, bo miałam ściśnięte gardło.

Ósmego dnia wieczorem, kiedy Patrycja znów stanęła w przedpokoju w sukience, nie wytrzymałam. Powiedziałam spokojnie, tak spokojnie, jak umiałam:

- Patrycja, ja się cieszę, że spędzam czas z wnukami. Ale ja tu jestem od sześciu dni i ani razu nie byłam na plaży. Ani razu nie usiadłam spokojnie z książką. Wy wychodzicie co wieczór, a ja jestem z dziećmi od szóstej rano do ich snu. Czy wy mnie tu wzięliście na wakacje, czy do pracy?

Cisza. Konrad patrzył w podłogę. Patrycja zacisnęła usta, widziałam, jak jej policzki się zaczerwieniły - nie od wina tym razem.

- Mamo, to niesprawiedliwe. My cię zabraliśmy, bo myśleliśmy, że będziesz chciała być z wnukami. Że ci będzie miło. Nikt cię tu nie zmuszał.

- Nikt mnie nie zmuszał - powtórzyłam. - Ale nikt mnie też nie zapytał, czy chcę chociaż jedno popołudnie dla siebie.

Patrycja odwróciła się, chwyciła torebkę i wyszła. Konrad za nią - po drodze rzucił cicho: „Przepraszam, proszę pani". Zawsze mówił do mnie „proszę pani", kiedy nie wiedział, co powiedzieć.

Wrócili po godzinie. Bez wina. Patrycja usiadła przy stole i długo milczała. Potem powiedziała:

- Jutro rano idź na plażę. Ja zostanę z dziećmi.

Pokiwałam głową. Nie podziękowałam. Nie wiem dlaczego, ale nie potrafiłam.

Dziewiątego dnia rano zeszłam na plażę. Było wcześnie, może siódma. Piasek był zimny i mokry od rosy. Zdjęłam buty i stałam przy brzegu, a woda lizała mi palce u stóp. Było tak cicho, że słyszałam własny oddech. Zostałam może dwadzieścia minut. Potem wróciłam, bo pomyślałam, że Antoś pewnie już się obudził i szuka mnie.

Szukał.

Dziesiątego dnia spakowaliśmy się i wrócili do Wrocławia. Mnie wysadzili w Poznaniu. Konrad wyciągnął moją walizkę z bagażnika, Oliwka pomachała z okna. Patrycja powiedziała: „Dzięki, mamo. Naprawdę nam pomogłaś".

Stałam na chodniku pod swoim blokiem na Winogradach i patrzyłam, jak ich samochód znika za rogiem. W walizce miałam nieużyty krem z filtrem, nietkniętą książkę i muszelkę, którą Oliwka znalazła gdzieś przy klatce schodowej - nawet nie na plaży - i dała mi na pamiątkę.

Krysia zadzwoniła wieczorem. Pytała, jak wakacje. Powiedziałam, że dobrze. Że wnuki kochane. Że morze piękne.

Nie powiedziałam, że morze widziałam głównie z balkonu. Że przez dziesięć dni byłam na plaży raz, dwadzieścia minut. Że moja córka powiedziała „dzięki" dokładnie tak, jak mówi się pani sprzątającej, kiedy kończy zmianę.

Muszelka Oliwki stoi teraz na parapecie w kuchni. Czasem na nią patrzę i nie wiem, co czuję - czy tęsknotę za wnukami, czy żal do córki, czy złość na siebie, że pojechałam. A może złość, że dopiero ósmego dnia otworzyłam usta.