W przedszkolu wnuk narysował swoją rodzinę, a córka powiesiła rysunek na lodówce. Są tam mama, tata, pies i pani Ola, która czasem go odbiera. Mnie na tym rysunku nie ma.
Stałam w kuchni Agnieszki, czekając aż zagotuje się woda na herbatę, kiedy go zobaczyłam. Duży arkusz z bloku rysunkowego, przyczepiony dwoma magnesami do lodówki. Kolorowe kredki, linie krzywe, postacie jak patyczaki - tak jak rysuje każdy pięciolatek. „Moja rodzina" - napisała pani z przedszkola u góry starannym drukowanym pismem. Pochyliłam się, żeby lepiej widzieć. Mama w czerwonej sukience, duża. Tata w niebieskim, jeszcze większy. Brązowy kształt z czterema łapami i ogonem - to musiał być Tosiek, ich jamnik. I jeszcze jedna postać, mniejsza, z żółtymi włosami. „Pani Ola" - podpisane dziecięcym, drżącym literkami.
Cztery postacie. Pięć, licząc psa. Ja - nigdzie. Babcia Bożena - nieobecna. Czajnik zaczął gwizdać, ale nie ruszyłam się z miejsca. Stałam i liczyłam te patyczaki raz za razem, jakbym mogła się pomylić, jakby gdzieś w rogu kartki czaiła się jeszcze jedna postać, którą przeoczyłam.
- Mamo, herbatę ci zrobić? - Agnieszka weszła do kuchni, przeciągając się. - Kupiłam tę miętową, co lubisz.
- Kto to jest pani Ola? - zapytałam, nie odwracając się od lodówki.
Cisza. Krótka, ale wyczuwalna. Jak ta sekunda między błyskawicą a grzmotem.
- Koleżanka z pracy - powiedziała Agnieszka lekko. - Czasem odbiera Filipa, jak ja nie mogę, a Darek jest na budowie. Miła dziewczyna. Mieszka blisko przedszkola.
- Filip ją narysował jako rodzinę.
- Mamo, on ma pięć lat. Narysowałby też listonosza, gdyby przyniósł mu paczkę.
Może miała rację. Może przesadzałam. Ale mnie na tym rysunku nie było. Mnie - babci, która szyła mu kostium misia na jasełka, która pilnowała go przez całe dwa tygodnie, kiedy oboje z Darkiem pojechali do Grecji, która co niedzielę dzwoni na wideo i pyta, czy jadł obiad. Mnie tam nie było, a była pani Ola, którą znał od paru miesięcy.
Mam sześćdziesiąt dwa lata. Mieszkam we Wrocławiu, na Kozanowie, w bloku, w którym spędziłam większość dorosłego życia. Pracowałam trzydzieści osiem lat jako księgowa - najpierw w państwowym, potem w prywatnej firmie. Emerytura przyszła trzy lata temu jak ulga i jak wyrok jednocześnie. Mąż Henryk odszedł osiem lat temu, nie od nas - z tego świata. Zawał w warsztacie, między jednym samochodem a drugim. Agnieszka to moja jedyna córka. Kiedy wychodziła za Darka i przeprowadzała się do Poznania, myślałam, że to tylko godzina drogi pociągiem. Że będziemy blisko.
Godzina pociągiem. Teoretycznie nic. A praktycznie - przepaść.
Na początku jeździłam co dwa tygodnie. Gdy urodził się Filip, częściej. Pomagałam, gotowałam, prałam - robiłam to, co robią babcie, kiedy pojawia się wnuk. Pamiętam, jak trzymałam go pierwszy raz w szpitalu, takiego malutkiego, pomarszczonego, z zaciśniętymi piąstkami. Powiedziałam wtedy do Agnieszki: „Daj mi go, ja wiem, jak trzymać". I wiedziałam. To się nie zapomina.
Nie wiem dokładnie, kiedy zaczęło się zmieniać. Może gdy Filip poszedł do przedszkola i Agnieszka wróciła do pracy na pełen etat. A może wcześniej, kiedy podczas jednej z wizyt zasugerowałam, że dziecko powinno jeść ciepłe śniadania, a nie te płatki z mlekiem, i Agnieszka odpowiedziała cicho, ale twardo: „Mamo, my mamy swój system". System. To słowo utkwiło mi jak drzazga.
Potem moje wizyty zaczęły się „nie układać". Agnieszka mówiła, że akurat jadą do teściów. Że Filip ma urodzinowe przyjęcie kolegi. Że w weekendy chcą odpocząć we trójkę. Rozumiałam. Starałam się rozumieć. Zamiast co dwa tygodnie przyjeżdżałam raz w miesiącu. Potem raz na sześć tygodni. Dzwoniłam co niedzielę, ale rozmowy robiły się coraz krótsze. „Mamo, Filip nie chce siedzieć przy telefonie, wiesz, jak to z dziećmi." Wiem. Ale kiedyś siadał.
Na Wigilię byłam u nich ostatnio. Ładna choinka, dwanaście potraw, jak się należy. Filip biegał po mieszkaniu z nowym samochodem na pilota. Darek rozmawiał ze mną grzecznie, ale jakby z dystansem, jakbym była ciocią z Ameryki, a nie matką jego żony. Przy stole Agnieszka powiedziała: „Mamo, może w lutym przyjedź na dłużej, Filip będzie miał ferie". Ucieszyłam się. Zadzwoniłam pod koniec stycznia, żeby umówić termin.
- Wiesz co, Ola zaproponowała, że weźmie Filipa na narty z jej synkiem. Szkoła narciarska, góry, wiesz. On się tak cieszył, że nie mogłam odmówić.
Ola. Już wtedy to imię się pojawiło. Nie zwróciłam uwagi.
Teraz stałam w kuchni i patrzyłam na rysunek, i myślałam o tym, czego nie powiedziałam przez te wszystkie miesiące. Że jest mi coraz trudniej. Że mieszkanie na Kozanowie jest za duże i za ciche. Że rozmawiam z portretem Henryka na komodzie, bo nie mam z kim innym. Że kupuję zabawki dla Filipa, które potem leżą u mnie w pokoju, bo wciąż nie mogę się zebrać, żeby je wysłać, bo chcę je dać osobiście, z ręki do ręki, i zobaczyć, jak się uśmiecha.
Ale nie powiedziałam tego. Powiedziałam co innego.
- Agnieszka, dlaczego mnie tam nie ma?
Pokazałam na rysunek. Córka spojrzała na lodówkę, potem na mnie. Widziałam, jak się w niej coś zamyka - ta klapka, którą znam od lat, którą miała już jako nastolatka, kiedy nie chciała rozmawiać.
- Mamo, to rysunek pięciolatka, nie manifest polityczny.
- Rysuje tych, których zna. Których widzi. Pani Ola go odbiera z przedszkola. A ja ostatni raz widziałam go na Wigilii.
- Bo tak wyszło. Mamo, nie rób z tego dramatu.
- Nie robię dramatu. Pytam, dlaczego tak wyszło.
Agnieszka oparła się o blat. Skrzyżowała ręce na piersi. Ten gest - zawsze ten sam, kopia Henryka.
- Bo nie wszystko da się zaplanować wokół ciebie, mamo. My też mamy swoje życie. Darek pracuje po dwanaście godzin, ja mam projekt za projektem, Filip ma zajęcia, ma kolegów. Ola mieszka dwie ulice stąd. Pomaga, bo może. Ty jesteś godzinę drogi.
Godzinę drogi. Znowu ta godzina.
- Mogłabym się przeprowadzić - powiedziałam cicho. Sama nie wiem, skąd to przyszło. Nie planowałam tego. Ale stojąc w tej kuchni, patrząc na ten rysunek, poczułam, że jeśli teraz czegoś nie powiem, to za rok Filip zapomni, jak wyglądam.
Agnieszka milczała. Długo. Potem powiedziała tonem, którego nie zapomnę:
- Mamo, nie musisz się przeprowadzać. Po prostu... daj nam trochę przestrzeni. Dobrze?
Przestrzeni. Henryk nigdy nie prosił mnie o przestrzeń. Rano herbata, wieczorem razem przed telewizorem, w weekendy działka. To było proste. To rozumiałam. Przestrzeń to coś, czego mam za dużo - pustego pokoju, pustej kuchni, pustych wieczorów.
Wróciłam do Wrocławia tym samym pociągiem co zawsze. Intercity, wagon drugi, miejsce przy oknie. Za szybą przesuwały się pola, jeszcze brązowe po zimie, tu i ówdzie kawałek zieleni. W torebce miałam ciasteczka, które upiekłam dla Filipa. Nawet ich nie rozpakował, bo Ola - ta cudowna Ola - przyniosła mu tego dnia lody czekoladowe i nic innego się nie liczyło.
W domu było cicho. Tosiek - nie, to ich pies. Ja nie mam psa. Nie mam nikogo, komu trzeba nałożyć do miski. Usiadłam w kuchni, zapaliłam światło nad blatem. Na lodówce nie było żadnych rysunków. Była karteczka z numerem do hydraulika i magnes z Kołobrzegu, z ostatnich wakacji z Henrykiem.
Sięgnęłam po telefon. Wybrałam numer Agnieszki. Cztery sygnały, pięć. Odezwała się poczta głosowa. Rozłączyłam się. Potem wpisałam wiadomość: „Córciu, przepraszam jeśli naciskałam. Kocham Was. Dobranoc." Palec zawisł nad przyciskiem wyślij. Skasowałam „przepraszam jeśli naciskałam". Nie wiedziałam, za co przepraszam. Za to, że chcę widzieć wnuka? Za to, że jestem?
Wpisałam od nowa: „Kocham Was. Dobranoc." Wysłałam.
Odpowiedź przyszła po godzinie. Emotikon serduszka. Jeden. Czerwony.
Leżałam potem w ciemności i myślałam o tym rysunku. O czterech postaciach i jednym psie. O pani Oli z żółtymi włosami. I o pustym miejscu na kartce, gdzie mogłabym być, gdybym - co? Mieszkała bliżej? Mniej mówiła? Więcej pomagała? Mniej wymagała?
Nie znam odpowiedzi. Ale rano wstanę, nastawię czajnik i zadzwonię jeszcze raz. Może odbierze. Może nie. Może Filip za rok narysuje nową rodzinę i ja tam będę. A może narysuje panią Olę jeszcze większą.
Ale babcie się nie rysuje. Babcie się pamięta albo nie.