Córka z synem wykupili mi „dietę pudełkową dla seniora" - w poniedziałki kurier zostawia pod drzwiami zgrzewkę na cały tydzień. „Teraz nie musisz gotować i jesteśmy spokojni, mamo". Od marca nikt nie przyjechał. Na każdym pudełku naklejka: moje imię, dzień tygodnia i kaloryczność.
Halina Kowalska, sześćset pięćdziesiąt kilokalorii na obiad, wtorek. Tak mnie teraz widzą moje dzieci. Naklejka. Numer. Zgrzewka pod drzwiami, której nikt nie podaje do rąk, bo kurier zostawia ją na wycieraczce i dzwoni domofonem, że już jest. Czasem słyszę jego kroki na klatce, ale zanim otwieram, jego już nie ma.
W marcu, kiedy Kasia pierwszy raz zadzwoniła z tą wiadomością, byłam nawet wzruszona. „Mamo, z Darkiem się złożyliśmy, zamówiliśmy ci coś wspaniałego. Dieta pudełkowa, pięć posiłków dziennie, wszystko zbilansowane. Doktor mówił, że powinnaś uważać na cukier po tych ostatnich wynikach". Powiedziałam: dziękuję, kochanie. Pomyślałam: jakie mam wspaniałe dzieci.
Teraz jest połowa czerwca. Trzy i pół miesiąca. Piętnaście poniedziałków. Piętnaście zgrzewek. Ani jednej wizyty.
Rozumiem, że Kasia ma dużo pracy. Prowadzi własny sklep z artykułami papierniczymi na Mokotowie, dwie pracownice, ciągle jakieś faktury, dostawy. Czterdzieści trzy lata, dwie córki w liceum - Zuzia i Ola - które widuję głównie na zdjęciach, bo Kasia wrzuca je na tego Facebooka, a ja oglądam na tablecie, który Darek mi kiedyś kupił. Darek mieszka pod Poznaniem, pracuje jako elektryk w dużej firmie budowlanej, jeździ po całej Polsce. Żona, Magda, miła kobieta, choć nigdy nie wiem, o czym z nią rozmawiać dłużej niż dziesięć minut. Mają syna, Kubusia, pięć lat. Widziałam go na Wigilii.
Na Wigilii, tak. To było w grudniu. Siedem miesięcy temu Kubuś siedział mi na kolanach i pytał, dlaczego choinka pachnie. Tłumaczyłam mu, że to żywica, i pozwoliłam mu dotknąć igieł. Magda powiedziała wtedy: „Proszę, niech pani uważa, bo on jest uczulony na wszystko". Darek poklepał mnie po ramieniu i szepnął: „Nie przejmuj się, mama, ona tak ma".
Przez styczeń i luty dzwonili mniej więcej raz w tygodniu. Kasia w niedzielę wieczorem - zawsze wtedy, kiedy kończyła sprzątanie po kolacji, słyszałam w tle telewizor i brzęk naczyń. Darek w środy, krótko, z samochodu, bo jeździł między budowami. „Cześć, mamo, co słychać, zdrowa jesteś? No to dobrze, lecę, buziaki".
A potem ta dieta pudełkowa. I cisza.
Nie od razu, oczywiście. Przez pierwsze dwa tygodnie marca Kasia zadzwoniła jeszcze dwa razy, głównie żeby zapytać, czy smakuje. Powiedziałam, że tak, chociaż ten indyk z kaszą jaglaną i burakiem smakował jak tektura z solą. Ale nie powiem tak córce, która zapłaciła. Darek napisał SMS-a: „Mamo, jedz na zdrowie, pa!". Z wykrzyknikiem.
Potem telefony stały się rzadsze. Raz na dwa tygodnie. Raz na trzy. W maju Kasia nie zadzwoniła ani razu - ja zadzwoniłam do niej dwa razy, za pierwszym razem rozmawiałyśmy sześć minut, za drugim powiedziała, że jest w sklepie i oddzwoni. Nie oddzwoniła.
Mój blok na Bielanach ma cztery piętra. Mieszkam na trzecim od trzydziestu ośmiu lat, od kiedy z Tadeuszem dostaliśmy to mieszkanie. Tadeusz odszedł siedem lat temu - rak płuc, pół roku od diagnozy do końca. Wtedy dzieci były. Kasia przyjeżdżała codziennie, Darek z Poznania co weekend. Siedzieli, płakali, Kasia robiła mi herbatę z cytryną i mówiła: „Mamo, nie zostawimy cię, nigdy".
Nigdy trwało siedem lat. A potem zamienili mnie na zgrzewkę pudełek.
Wiem, co powiedzieliby, gdybym im to wyrzuciła. Kasia spojrzałaby tymi swoimi oczami Tadeusza i powiedziała: „Mamo, no przecież się o ciebie martwimy, dlatego to kupiliśmy". Darek wzruszyłby ramionami: „To kosztuje prawie osiemset złotych miesięcznie, mamo, to nie jest tak, że nas nie obchodzisz".
I w pewnym sensie mieliby rację. Martwią się. Płacą. Na naklejce jest moje imię, mój dzień tygodnia, moja kaloryczność. Ktoś przeliczył, ile powinienem zjeść, żeby dożyć następnego poniedziałku, i następnego, i następnego, i moje dzieci są spokojne. „Jesteśmy spokojni, mamo".
Ale ja robiłam rosół.
Trzydzieści osiem lat robiłam rosół w tym mieszkaniu. W niedzielę stawiałam garnek o ósmej rano, marchewka, pietruszka, seler, kawałek kury - nie kurczaka, kury, bo rosół z kurczaka to nie rosół. Tadeusz mówił, że mój rosół to jedyny powód, dla którego niedziele mają sens. Potem dzieci dorastały, wyprowadziły się, ale wpadały „na rosół" - tak to nazywaliśmy. „Mamo, wpadniemy na rosół". To znaczyło: przyjedziemy, zjemy, pogadamy, posiedzimy na kanapie, Kasia pokaże zdjęcia dziewczynek, Darek opowie o robocie.
Ostatni rosół ugotowałam w lutym. Zadzwoniłam do Kasi: „Kochanie, zrobiłam rosół, może wpadniecie w niedzielę?". Powiedziała: „Mamo, tym razem nie damy rady, ale następnym razem na pewno". Następnego razu nie było. W marcu przyszła zgrzewka.
Sąsiadka z drugiego piętra, Lucyna, mówi, że przesadzam. Że dzieci mają swoje życie, że to normalne. „Halina, ciesz się, że o tobie pamiętają, moja Beata to nawet nie dzwoni". Lucyna ma siedemdziesiąt jeden lat i dawno przestała czekać. Ja mam sześćdziesiąt pięć i chyba jeszcze nie umiem.
W zeszły czwartek zrobiłam coś, czego się trochę wstydzę. Otworzyłam pudełko z napisem „czwartek, 480 kcal, kurczak z warzywami na parze", wyrzuciłam zawartość do kosza i ugotowałam sobie schabowy z ziemniakami i mizerią. Zjadłam przy stole na talerzu z serwisu, który dostałam na ślub. Porcelana Ćmielów, biała z niebieskim paskiem - Tadeusz wybrał. Jadłam powoli, piłam kompot z rabarbaru, który sama zrobiłam z owoców od Lucyny z działki. I płakałam. Nie z żalu. Z czegoś innego, czego nie umiem nazwać.
Potem umyłam talerz, wytarłam go ściereczką i postawiłam z powrotem na półce. Zostało jeszcze sześć pudełek na resztę tygodnia. Stały w lodówce w równym rzędzie, każde z naklejką z moim imieniem.
Wczoraj wieczorem wzięłam telefon i zaczęłam pisać wiadomość do Kasi. „Kochanie, nie chcę już tej diety. Wolę, żebyś przyjechała na rosół". Napisałam, przeczytałam, skasowałam. Napisałam jeszcze raz, inaczej: „Kasia, brakuje mi Was. Przyjedziesz?". Przeczytałam. Skasowałam.
Bo wiedziałam, co się stanie. Zadzwoni Darek i powie: „Mamo, co jest, Kasia się martwi, że coś nie tak z dietą". Nie z tobą, mamo. Z dietą.
Dziś jest poniedziałek. Za godzinę zadzwoni domofon. Kurier zostawi zgrzewkę na wycieraczce. Na każdym pudełku będzie moje imię.
Ale rano wstałam wcześniej niż zwykle. Wyciągnęłam duży garnek - ten z pęknięciem na uchu, który pamięta jeszcze Tadeusza. Marchewka, pietruszka, seler, kawałek kury, nie kurczaka. Woda. Sól. Garnek na kuchence.
Nie zadzwoniłam do nikogo. Jeszcze nie wiem, czy zadzwonię. Może po prostu otworzę drzwi, wezmę zgrzewkę, zaniosę Lucynie. A może postawię ją pod drzwiami i nie ruszę. Rosół będzie gotowy koło drugiej.
Pytanie tylko, dla kogo.