Od śmierci Stefana mieliśmy z Markiem układ: ja lepię pierogi na święta, on myje moje okna. W tym roku przelał sto pięćdziesiąt złotych: „zamów firmę, mamo, ja nie wyrabiam". Firma umyła w godzinę, w ciszy, bez herbaty. Po pierogi Marek przyjedzie jak co roku - już zapowiedział.
Te sto pięćdziesiąt złotych leżało na ekranie mojego telefonu przez dwa dni, zanim je zobaczyłam. Nie dlatego, że nie umiem obsługiwać aplikacji - Marek sam mi ją zainstalował w zeszłym roku, cierpliwie, trzy razy tłumacząc, gdzie kliknąć. Po prostu nie spodziewałam się przelewu. Spodziewałam się syna z wiadrem i ściągaczką, jak co wiosnę od pięciu lat.
Zadzwoniłam do niego tego samego wieczoru. Odebrał po piątym sygnale, w tle szum - jakby stał przy ruchliwej ulicy albo w galerii handlowej.
- Marek, widziałam ten przelew. Co to ma znaczyć?
- Mamo, no napisałem ci przecież. Zamów firmę, zrobią profesjonalnie. Ja w tym roku naprawdę nie wyrabiam.
- Ale ja nie chcę firmy. Ja chcę, żebyś przyjechał.
Cisza. Potem westchnienie, takie samo jak u Stefana, kiedy tłumaczyłam mu, że lodówka dziwnie buczy i trzeba ją sprawdzić, a on mówił „Halinka, ona zawsze tak buczy".
- Przyjadę po pierogi. Obiecuję. Ale okna - naprawdę, weź tę firmę. Są ludzie od tego.
Rozłączył się pierwszy. Nigdy tego wcześniej nie robił.
Stefan odszedł w lutym, pięć lat temu. Rak trzustki, szybko i brutalnie - od diagnozy do pogrzebu minęło jedenaście tygodni. Czterdzieści lat razem, troje dzieci, dom na Gocławiu, który kupiliśmy jeszcze za pożyczkę z zakładu. Stefan był elektrykiem w PKP, ja pracowałam w księgowości fabryki kabli na Pradze. Normalne, warszawskie życie. Na działce ROD rosły nasze pomidory, a w meblościance stały kryształowe kieliszki, z których piliśmy tylko na imieniny.
Po pogrzebie Marek, nasz średni, powiedział mi wtedy na cmentarzu, stojąc jeszcze nad świeżą ziemią: „Mamo, jak będziesz czegoś potrzebowała, dzwoń. O każdej porze". Miał wtedy czterdzieści lat, pracował jako mechanik w serwisie na Targówku, mieszkał sam po rozwodzie. Ewa, najstarsza, jest w Irlandii od dwunastu lat - dzwoni raz w tygodniu, w niedzielę o szóstej, jak w zegarku. Kasia, najmłodsza, ma swoje życie we Wrocławiu, dwójkę małych dzieci, męża, który ciągle jeździ w delegacje. Nikt jej nie wini za to, że nie przyjeżdża częściej.
Ale Marek był blisko. Czternaście przystanków autobusem albo dwadzieścia minut samochodem, kiedy korki nie były za duże. I od pierwszej wiosny po śmierci Stefana przyjechał z tym wiadrem. Pamiętam - stał w drzwiach, trochę nieswojo, bo nigdy wcześniej nie mył okien. Stefan to robił. Zawsze Stefan. Marek powiedział wtedy: „No to pokaż, mamo, jak tata to robił, bo ja mam dwie lewe ręce".
Pokazałam mu. Najpierw ciepła woda z odrobiną płynu, potem ściągaczka od góry do dołu, na końcu polerowanie gazetą. Stefan używał „Trybuny" jeszcze długo po tym, jak przestała wychodzić - miał zapas w piwnicy. Marek przyniósł „Gazetę Wyborczą". Smugi zostały, ale nie powiedziałam mu o tym. Zrobiłam herbatę, wyciągnęłam sernik, i siedzieliśmy razem w kuchni przez dwie godziny, rozmawiając o niczym i o wszystkim.
To był nasz układ. Niepisany, ale święty. Okna na wiosnę, pierogi na Wigilię. Marek przyjeżdżał w sobotę, zwykle w kwietniu, kiedy słońce zaczynało grzać na tyle, że brud na szybach stawał się nie do przeoczenia. Ja robiłam herbatę - earl grey, dwie łyżeczki cukru, jak lubi. On mył, ja polerujałam. Potem jedliśmy. Rozmawialiśmy. Czasem o Stefanie, czasem o jego byłej żonie, czasem o cenach benzyny. Nie o nic ważnego. O wszystko, co ważne.
W tym roku zamówiłam tę firmę. Co miałam zrobić? Pieniądze już były, a okna same się nie umyją. Przyjechał młody chłopak, może dwudziestoletni, z własnym sprzętem. Był uprzejmy, szybki, profesjonalny. Szyby lśniły jak nigdy. Zapytałam, czy napije się herbaty. Podziękował, powiedział, że ma jeszcze trzy zlecenia. Zostawił fakturę i zniknął.
Stałam potem w pustej kuchni i patrzyłam przez te czyste okna. Idealnie przejrzyste, bez jednej smugi. I pomyślałam, że okna Marka zawsze miały smugi. Że właśnie o to chodziło.
Zadzwoniłam do Ewy w niedzielę, w jej stałą porę. Opowiedziałam o przelewnie - tak, wiem, że mówię „przelewnia" zamiast „przelew", Ewa mi to zawsze poprawia.
- Mamo, ale to dobrze, że ci wysłał pieniądze - powiedziała spokojnie. - Marek dużo pracuje, ma nową dziewczynę, chyba się budują. Nie przesadzaj.
- Jaką nową dziewczynę?
- No tę... Agnieszkę? Nie mówił ci? Od jesieni chyba.
Nie mówił. Poczułam ukłucie - nie zazdrości, nie złości, tylko czegoś cieńszego. Jakby ktoś przesunął mebel w pokoju o trzy centymetry i wszystko nagle wyglądało inaczej, choć niby nic się nie zmieniło.
Wieczorem napisałam do Marka SMS-a. Jeden, krótki: „Pierogi w tym roku z kapustą i grzybami, jak lubisz. I z mięsem dla Agnieszki, jeśli będzie chciała przyjechać". Odpisał po godzinie: „Skąd wiesz o Agnieszce? 😊 Przyjedziemy. Dzięki mamo".
Odłożyłam telefon. Usiadłam w fotelu Stefana - bo to wciąż jest fotel Stefana, nawet po pięciu latach, nawet po nowej tapicerce, którą załatwiła mi Kasia. Patrzyłam na te czyste okna i myślałam.
Myślałam o tym, że mój syn dorośleje - w wieku czterdziestu pięciu lat, ale jednak. Że buduje coś swojego. Że może ta Agnieszka jest powodem, dla którego nie miał czasu na moje okna. Że powinnam się cieszyć. I że się cieszę, naprawdę.
Ale myślałam też o tym, że układ z oknami nigdy nie dotyczył okien. Że herbata z earl grey i dwie łyżeczki cukru to nie jest napój - to jest most. Że smugi na szybach to był dowód, że ktoś tu był, siedział, oddychał, rozmawiał ze mną o cenach benzyny. Że sto pięćdziesiąt złotych przelewem to jest dużo pieniędzy jak na mycie czterech okien - i jednocześnie za mało.
Pierogi zrobię oczywiście. Zaczynam tydzień przed Wigilią, jak zawsze - ciasto w sobotę, farsz w niedzielę, lepienie w poniedziałek i wtorek. Zamrażam w partiach, po dwadzieścia sztuk w woreczku, opisane flamastrem: „kap. + grzyb.", „mięso", „ruskie". Stefan śmiał się, że prowadzę magazyn, nie kuchnię. Ale dzięki temu nigdy niczego nie brakowało.
Marek przyjedzie. Zje pierogi, pochwali, zabierze dwa woreczki do domu. Może Agnieszka będzie miła. Może mi spodoba się. Może w przyszłym roku pomogą mi lepić, a nie tylko jeść.
A okna? Przyszłej wiosny znowu będą brudne. I wtedy się okaże. Czy Marek przyjedzie z wiadrem i ściągaczką. Czy znowu przyjdzie przelew.
Wyjęłam z szuflady starą gazetę - jeszcze tę z piwnicy, jedną z ostatnich ze stosu Stefana. Pogładziłam papier. Cienki, pożółkły, pachnie kurzem i tamtym życiem. Schowałam ją z powrotem. Na wszelki wypadek.