W niedzielę córka ogłosiła przy stole: „ferie jak co roku u babci, dzieciom już powiedzieliśmy". Mnie nikt nie powiedział. W poniedziałek wykupiłam tydzień w Łebie - pokój jednoosobowy, ze śniadaniami. Ferie spędziłam, patrząc na zimowe morze. Dzieci były u rodziców - podobno da się.
Kasia powiedziała to między dokładką bigosu a pytaniem, czy jest jeszcze kompot. Tak mimochodem, jak podaje się sól. „Ferie jak co roku u babci, dzieciom już powiedzieliśmy." Wnuki - Zosia i Antek - nawet nie podniosły głów znad telefonów. Zięć Tomek uśmiechnął się uprzejmie, jak zawsze, gdy chciał udawać, że jest transparentny. A ja siedziałam z łyżką w ręku i czułam, jak mi się w środku coś zaciska. Nie ze złości. Z czegoś gorszego. Z poczucia, że jestem meblem w tym domu. Że ktoś właśnie przesunął szafkę, nie pytając szafki o zdanie.
Mam na imię Lucyna, ale od czterdziestu lat wszyscy mówią Lucynka. Zdrobnienie, które najpierw było czułe, potem wygodne, a teraz - jak mi się wydaje - lekceważące. Sześćdziesiąt dwa lata, trzydzieści osiem lat w księgowości w tej samej firmie budowlanej na Woli, trzy lata na emeryturze. Mąż Rysiek odszedł dziewięć lat temu. Nie umarł - odszedł. Do Bożeny z kadr. Córka Kasia to jedyne dziecko, które mam. Wnuki to jedyne wnuki. Ich babcia - ta właściwa, ta od ferii - to matka Tomka. Teresa. Kobieta, która mieszka w dużym domu pod Krakowem z ogrodem, huśtawką i labradorem.
Nie mam z Teresą konfliktu. To byłoby za proste. Teresa jest miła, gościnna, piecze szarlotkę na kruchym cieście i ma pokój gościnny z łóżkiem piętrowym dla dzieci. A ja mam kawalerkę na Bielanach z rozkładaną sofą, gdzie Zosia i Antek śpią głowa przy głowie i narzekają, że jest ciasno. Nie mogę z tym konkurować. Nigdy nie mogłam.
Ale do tej niedzieli jakoś to działało. Ferie u Teresy, owszem, ale Kasia dzwoniła wcześniej. Pytała: „Mamo, co ty na to? Może mogłabyś przyjechać na weekend?". Był rytuał. Był gest. W tym roku gest zniknął. Zostało oznajmienie - takie jak informacja o podwyżce czynszu.
Przez resztę obiadu milczałam. Zmywałam talerze. Kiedy Kasia wychodziła, pocałowała mnie w policzek i powiedziała: „To my spadamy, mamo. Trzymaj się, zadzwonię w tygodniu." Zamknęłam drzwi. Usiadłam na kanapie. I wtedy mnie to złapało - takie uczucie, jakbym nagle zobaczyła swoje życie z góry, jak plan osiedla, i odkryła, że mój blok stoi na uboczu, za parkingiem, przy kontenerach na śmieci.
W poniedziałek rano zrobiłam coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiłam. Weszłam na Booking. Wpisałam „Łeba". Pokój jednoosobowy, ze śniadaniami, siedem nocy. Pensjonat „Meduza", ulica Nadmorska. Cena umiarkowana. Kliknęłam „rezerwuj" i od razu zapłaciłam kartą - żeby nie mieć odwrotu.
Kasię poinformowałam SMS-em. Napisałam: „Jadę na tydzień nad morze. Telefon będę miała przy sobie." Odpisała po godzinie: „Super mamo! Odpocznij! 😊". Jeden emotikon. Jeden wykrzyknik. Żadnego pytania dlaczego, dokąd, z kim. Żadnego „a co z nami". Bo nie było „z nami" - to już dawno nie istniało, a ja udawałam, że nie widzę.
Do Łeby dojechałam PKS-em z przesiadką w Lęborku. Pensjonat pachniał sosnowym odświeżaczem i był prawie pusty. Pani Jadzia na recepcji spojrzała na mnie z takim specyficznym współczuciem - kobieta za sześćdziesiąt, sama, w lutym, nad Bałtykiem. Pomyślała pewnie: albo rozwód, albo żałoba. Nie poprawiałam jej.
Pierwszy dzień chodziłam po plaży. Morze zimą jest inne niż latem - nie zaprasza, nie kusi, nie udaje wesołego. Jest szczere. Szare, ciężkie, hałaśliwe. Wiatr taki, że trzeba iść pochylonym do przodu. I w tym pochylaniu jest coś terapeutycznego - ciało pracuje, głowa się wycisza. Szłam tak ze dwie godziny, a potem usiadłam w jedynej otwartej smażalni na krawędzi promenady i zamówiłam herbatę. Kelnerka przyniosła mi ją w szklance, z cytryną. Siedziałam i patrzyłam na falę, i po raz pierwszy od lat nie myślałam o tym, co powinnam robić.
Bo to jest moje życie od czasu, gdy Rysiek odszedł i Kasia dorosła - jedno wielkie „powinnam". Powinnam zadzwonić. Powinnam upiec ciasto na niedzielę. Powinnam zaproponować, że wezmę wnuki na weekend. Powinnam się nie narzucać, ale być pod ręką. Powinnam być wdzięczna, że w ogóle mnie zapraszają.
Trzeciego dnia zadzwoniła mama Tomka. Teresa. Numer miała ode mnie, bo kiedyś wymieniłyśmy się na wypadek czegoś z dziećmi. Odebrałam zaskoczona.
- Lucyna, ja przepraszam, że dzwonię - zaczęła tym swoim spokojnym głosem. - Kasia powiedziała, że jesteś nad morzem. Chciałam tylko powiedzieć, że ja… nie wiedziałam, że cię nie pytali. Gdybym wiedziała, powiedziałabym coś.
Zatkało mnie. Milczałam chwilę.
- Teresa, ja nie mam do ciebie pretensji - odpowiedziałam w końcu.
- Wiem. Ale mam wrażenie, że to nie jest w porządku. Dzieci powinny mieć dwie babcie, nie jedną wygodną i jedną zapasową.
Miałam ochotę się rozpłakać. Nie z żalu, ale dlatego, że obca w gruncie rzeczy kobieta powiedziała mi to, czego moja własna córka nie potrafiła zobaczyć.
- Dziękuję - powiedziałam. I rozłączyłam się, bo nie umiałam nic dodać.
Resztę ferii spędziłam spokojnie. Chodziłam na plażę. Czytałam. Jadłam śniadania w milczeniu, patrząc na sosnowy las za oknem. Rozmawiałam z panią Jadzią, która okazała się wdową po kolejarzu i miała dwóch synów, z których żaden nie dzwoni częściej niż raz w miesiącu. „Ale ja się przyzwyczaiłam" - powiedziała z uśmiechem, który nie dotarł do oczu.
Nie chciałam się przyzwyczajać.
Wróciłam w sobotę. Kasia zadzwoniła w niedzielę.
- Mamo, jak było nad morzem?
- Dobrze - powiedziałam. - Kasia, chcę ci coś powiedzieć. Następnym razem, kiedy będziecie planować ferie, wakacje, cokolwiek - powiedz mi wcześniej. Nie dlatego, że chcę się wpraszać. Ale dlatego, że chcę wiedzieć. Chcę, żebyście mnie pytali. Nawet jeśli odpowiedź będzie ta sama.
Cisza. Długa, niewygodna.
- Mamo, ja nie chciałam cię skrzywdzić.
- Wiem. Ale skrzywdziłaś.
Znowu cisza. Słyszałam w tle Zosię, która się śmiała z czegoś w telewizji.
- Dobrze, mamo - powiedziała Kasia w końcu. Ale nie przeprosiła.
Odłożyłam telefon. Za oknem na Bielanach śnieg topniał na dachu szkoły, do której Kasia chodziła jako dziecko. Na stoliku nocnym leżała wizytówka pensjonatu „Meduza" - pani Jadzia dopisała na odwrocie swój prywatny numer i napisała: „Przyjeżdżaj latem, pokażę ci zachody słońca".
Schowałam wizytówkę do szuflady. Albo nie - położyłam ją na wierzchu, przy telefonie. Żeby ją widzieć.