Przed wyjazdem na Kretę syn przyniósł klucze i listę: kwiaty co dwa dni, kot rano i wieczorem, rolety, paczki. Dwa tygodnie jeździłam tam z laską, trzy przystanki pieszo. Wrócili opaleni. „Trzymaj, mamo - magnes na lodówkę, prosto z Krety!"

Wzięłam ten magnes do ręki. Biały domek z niebieskim dachem, morze w tle, napis „Crete" złotymi literami. Stałam w ich przedpokoju, w jednej ręce laska, w drugiej kawałek malowanej ceramiki, i poczułam, jak coś we mnie pęka. Cicho, bez dramatu. Jak nitka w swetrze, którą ciągniesz i ciągniesz, aż nagle masz dziurę.

Ale uśmiechnęłam się. Bo matki się uśmiechają.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzech chodzę o lasce. Biodro. Czekam na termin operacji w NFZ - kolejka długa jak na konfesjonał w Wielki Piątek. Mieszkam na Gocławiu, w bloku z wielkiej płyty na trzecim piętrze, bez windy. Każdy schód to negocjacja z własnym ciałem. Tomek, mój syn, mieszka trzy przystanki dalej, na Grochowie, w ładnym mieszkaniu z żoną Patrycją i kotem Mruczkiem.

Tomek to dobry chłopak. Naprawdę. Zawsze tak mówię sąsiadkom, Krysi z parteru i Danucie z czwartego. Mówię: „Tomek dzwoni co tydzień, Tomek pamięta o imieninach". I to prawda. Dzwoni. Pamięta. Czasem nawet wpadnie z sernikiem z cukierni, tym od Sowy, bo wie, że lubię. Ale ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że Tomek traktuje mnie jak punkt na liście rzeczy do odhaczenia. Zadzwonić do mamy - check. Sernik - check. Poprosić o przysługę - check.

Lista, którą mi zostawił, leżała na kuchennym blacie, napisana ręką Patrycji. Poznałam po tych okrągłych literkach z kółeczkami zamiast kropek nad „i". Osiem punktów. Kwiaty podlewać co dwa dni - storczyki rano, paprotkę wieczorem, fikusa lekko, żeby nie zalać. Kota karmić dwa razy dziennie, mokra karma w lodówce, sucha w szafce nad zlewem. Kuwetę czyścić codziennie. Rolety opuszczać na noc, podnosić rano. Odbierać paczki - Patrycja zamówiła coś z Zalando przed wyjazdem. Sprawdzać skrzynkę na listy. Wietrzyć mieszkanie, ale nie zostawiać otwartych okien, bo kot.

Przeczytałam to wszystko i pomyślałam: a kto mnie podleje?

Ale nic nie powiedziałam. Wzięłam klucze, schowałam do torebki.

Pierwszego dnia pojechałam autobusem 138. Trzy przystanki to niby nic, ale od przystanku do ich klatki jest jeszcze kawałek - chodnikiem wzdłuż osiedlowego skwerku, przez parking, potem schody do klatki, drugie piętro. Z moim biodrem to pół godziny w jedną stronę. Weszłam, nakarmiłam Mruczka, podlałam storczyki, podniosłam rolety. Mrucio otarł mi się o nogę i patrzył tymi swoimi bursztynowymi oczami, jakby pytał: gdzie oni?

- Ja też bym chciała wiedzieć, kochany - powiedziałam do kota. - Znaczy, wiem gdzie. Na Krecie. Ale czasem zastanawiam się, czy wiedzą, gdzie ja jestem.

Drugiego dnia bolało bardziej. Trzeciego wzięłam dodatkową tabletkę przeciwbólową. Czwartego zadzwoniła Krysia z parteru, że widziała mnie na przystanku i że blado wyglądam. Piątego Patrycja przysłała zdjęcie na WhatsAppie - lazurowa woda, biały piasek, dwa koktajle z parasolkami. Odpisałam: „Pięknie! Bawcie się dobrze!" z trzema serduszkami.

A potem usiadłam na ich kanapie, z Mruczkiem na kolanach, i rozpłakałam się.

Nie dlatego, że mi było żal wakacji. Ja już swoje powyjechałam - z Mirkiem, moim mężem, jeździliśmy nad Bałtyk co roku, aż do jego odejścia osiem lat temu. Nie zazdroszczę Tomkowi Krety. Niech jedzie, niech widzi świat. Ale płakałam dlatego, że kiedy Tomek przyszedł z tymi kluczami, nawet nie zapytał: „Mamo, dasz radę?". Po prostu założył, że dam. Że matka to jest taki automat, który zawsze działa. Wrzucasz monetę obowiązku, a on wykonuje zadanie.

Potem poczułam się głupio. Bo przecież mogłam odmówić. Mogłam powiedzieć: „Synku, mnie to biodro nie pozwala tyle chodzić, poproś kogoś innego". Dlaczego nie powiedziałam?

Bo się bałam. Bałam się, że powie: „Dobra, mamo, to poproszę sąsiadkę". I że ta sąsiadka zajmie kawałek miejsca, które ja zajmuję w jego życiu. Że okaże się, że matka jest wymienialna. Jak żarówka. Przepaliła się - wkręcamy nową.

Wiem, jak to brzmi. Krysia powiedziałaby, że przesadzam. Danuta powiedziałaby, że syn to syn i że zawsze kocha. Moja siostra Jadwiga z Poznania powiedziałaby: „Halina, ty się nad sobą użalasz".

Może mają rację. Ale dwunastego dnia, kiedy wspinałam się po ich schodach z torbą kociej karmy w jednej ręce i laską w drugiej, a kolano mi odmówiło posłuszeństwa na półpiętrze i musiałam usiąść na stopniu i czekać pięć minut, aż ból odpuści - wtedy pomyślałam: nie, nie przesadzam.

Czternastego dnia wrócili. Opaleni, uśmiechnięci, pachną kremem z filtrem i radością. Patrycja miała nowe sandałki i opowiadała o jakiejś tawernie z ośmiornicą. Tomek wyglądał na wypoczętego - dawno go takim nie widziałam. I naprawdę się z tego cieszyłam. Naprawdę.

A potem Tomek sięgnął do torby i podał mi magnes. „Trzymaj, mamo - magnes na lodówkę, prosto z Krety!" Powiedział to tym samym tonem, jakim mówi „trzymaj" do Mruczka, gdy rzuca mu smakołyk.

- Dziękuję, synku - powiedziałam. - Piękny.

Patrycja zajrzała do storczyków, pokiwała głową z aprobatą. Tomek pogłaskał kota. Nikt nie zapytał, jak mi minęły te dwa tygodnie. Nikt nie zauważył, że kuleje bardziej niż zwykle.

- Mamo, wszystko dobrze? - zapytał Tomek, ale już patrząc w telefon.

- Wszystko dobrze - odpowiedziałam.

W domu przyłożyłam magnes do lodówki. Biały domek z niebieskim dachem. Obok wisiał magnes z Kołobrzegu, jeszcze od Mirka, i jeden z Zakopanego od Jadwigi. Patrzyłam na te trzy magnesy i myślałam o tym, że jutro muszę zadzwonić do przychodni w sprawie biodra. I o tym, że Tomek ma urodziny za miesiąc i że powinnam upiec mu szarlotkę, tę na kruchym cieście, jak lubił w dzieciństwie.

I jeszcze myślałam o tym, że następnym razem, jak przyjdzie z kluczami i listą, może powiem mu prawdę. Może usiądę z nim przy stole, zrobię herbatę z cytryną i powiem: „Tomku, ja już nie daję rady". Może powiem, że matka to nie jest automat. Że też się boi, też ją boli, też czasem chciałaby, żeby ktoś ją zapytał: „Dasz radę?".

Ale może znowu wezmę te klucze. Bo tak robią matki. I bo bardziej od bólu w biodrze boję się ciszy w telefonie.

Magnes z Krety wisi na lodówce. Codziennie na niego patrzę. Biały domek, niebieskie niebo, złote litery. Piękna pamiątka.

Tylko nie wiem, dla kogo.