Wnuczka ma mój klucz - „podleję kwiatki", kiedy jestem na działce. Sąsiad z dołu zapytał, czy wynajmuję komuś na piątki, bo „młodzież się bawi do rana". W kredensie brakuje czterech kieliszków po babci. Kwiatki, owszem, podlane.

Pan Zdzisław stał w drzwiach z siatką z Biedronki, a ja w klapkach na klatce schodowej, bo akurat wynosiłam śmieci. Nie powiedział tego złośliwie. Raczej z troską, po sąsiedzku, jak to on - człowiek spokojny, emerytowany kolejarz, który słyszy przez strop każdy krok.

- Pani Halinko, ja nie chcę się wtrącać - zaczął i od razu wiedziałam, że będzie się wtrącał. - Ale w piątek to u pani znowu było głośno. Muzyka do drugiej, trzaskanie drzwiami. Myślałem, że może pani komuś wynajmuje, bo pani przecież w piątki na działce bywa.

Stałam z tym workiem na śmieci i czułam, jak mi się robi gorąco pod bluzką. Bo tak - w piątki jestem na działce. Od maja do września jeżdżę regularnie, nocuję w altance, wracam w sobotę po południu. Klucz ma Natalia, moja wnuczka. Dwadzieścia dwa lata, studiuje zarządzanie na Politechnice Wrocławskiej, mieszka na stancji z koleżanką na Psim Polu. Dałam jej klucz, bo prosiła. Powiedziała, że będzie podlewać kwiatki. Storczyki lubią regularność, a ja w piątki wyjeżdżam na noc.

Podziękowałam panu Zdzisławowi, weszłam do mieszkania i od razu poszłam do salonu. Kredens po mojej mamie - jeszcze z lat siedemdziesiątych, ciemny orzech, przeszklone drzwiczki. W środku serwis kawowy na dwanaście osób i komplet kieliszków kryształowych. Liczyłam je wiele razy, bo to jedyna wartościowa pamiątka po mamie. Powinno być dwanaście. Było osiem.

Usiadłam na kanapie i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio ich używałam. Na Wigilię? Nie, na Wigilię piłyśmy z Teresą, moją córką - matką Natalii - wino z normalnych kieliszków. Te kryształowe stały nietknięte od imienin w marcu. Wtedy było dwanaście, jestem pewna, bo myłam je wszystkie ręcznie, każdy osobno, zawijałam w ściereczkę.

Cztery kieliszki. Zniknęły między marcem a czerwcem. Kto wchodził do mojego mieszkania? Nikt oprócz mnie. I oprócz Natalii z jej kluczem do podlewania kwiatków.

Nie zadzwoniłam do niej od razu. Musiałam się uspokoić. Nalałam sobie herbaty, wyjęłam cytrynę z lodówki, pokroiłam ją na tym samym drewnianym stolniczku, na którym Natalia w dzieciństwie ugniatała pierogi ze mną. Trzy lata, cztery, pięć lat - sięgała do blatu na palcach, mąka na nosie, śmiech. „Babciu, ten jest krzywy!" „Krzywe są najsmaczniejsze, złotko."

Obeszłam mieszkanie. Wszystko na swoim miejscu - pozornie. W łazience ręcznik wisiał inaczej, niż go zostawiłam. W sypialni poduszki na łóżku leżały równo, ale narzuta była ta z szafy, nie ta codzienna. Jakby ktoś ścielił łóżko i wziął pierwszą z brzegu. W kuchni - zlew czysty, ale w koszu na śmieci znalazłam puszkę po piwie i korek od prosecco.

Więc tak to wyglądało. Moja wnuczka urządzała u mnie imprezy, kiedy byłam na działce.

Pierwsza myśl była taka, żeby zadzwonić do Teresy. Ale co bym powiedziała? „Twoja córka mnie okłamuje"? Teresa i tak ma dość na głowie - rozwodzi się z Dariuszem od dwóch lat, sprawa ciągnie się po sądach, alimenty to fikcja. Teresa pracuje na dwa etaty, w szkole uczy polskiego, a wieczorami robi korepetycje. Ostatnim, czego potrzebuje, jest kłótnia z córką z mojego powodu.

Poza tym - czy to w ogóle jest „problem"? Tak sobie powtarzałam przez dwa dni, siedząc na działce i okopując pomidory. Młoda dziewczyna urządza imprezę w pustym mieszkaniu. Kto by nie skorzystał? W jej wieku sama tańczyłam na zabawach do rana, tylko wtedy nie było prosecco, tylko bimber u Tadka z trzeciego piętra. Czy to takie straszne?

Ale potem myślałam o tych kieliszkach. O tym, że nie powiedziała mi ani słowa. O tym panu Zdzisławie, który patrzy na mnie teraz inaczej. I o czymś gorszym - o zaufaniu. Dałam jej klucz, bo jej ufałam. A ona potraktowała to jak dostęp do darmowego lokalu na piątkowe imprezy.

W sobotę, kiedy wróciłam z działki, czekała na mnie wiadomość od Natalii. „Babciu, byłam podlać kwiatki, storczyk na parapecie chyba potrzebuje więcej wody, jest trochę suchy 💚". Sprawdziłam storczyka. Podlany. Odpisałam: „Dziękuję, kochanie". Nic więcej.

Przez tydzień chodziłam z tym jak z kamieniem w bucie. Nie mogłam spać, bo wciąż widziałam te puste miejsca w kredensie. Mama dostała te kieliszki w prezencie ślubnym w pięćdziesiątym trzecim roku. Przetrwały przeprowadzkę, powódź w piwnicy, moje wesele i rozwód. A teraz cztery po prostu zniknęły, pewnie rozbite na jakiejś studenckiej imprezie, wyrzucone do kosza z resztkami chipsów.

W piątek nie pojechałam na działkę. Powiedziałam Natalii przez telefon, że się źle czuję i zostaję w domu. „To nie musisz podlewać kwiatków, sama się zajmę" - dodałam, uważnie słuchając jej reakcji.

Cisza. Długa, za długa.

- A, okej, babciu. To się kuruj. Chcesz, to wpadnę z zupą?

- Nie trzeba, Natalko. Ale wpadnij w niedzielę na obiad. Porozmawiamy.

Znowu cisza. Potem szybkie „jasne, babciu, to do niedzieli" i się rozłączyła.

W niedzielę ugotowałam rosół. Ten prawdziwy, na kościach, z włoszczyzną z działki. Natalia przyszła o drugiej, w kwiecistej sukience, z pudełeczkiem ptasiego mleczka. Piękna dziewczyna, podobna do mojej mamy - te same ciemne oczy, te same wysoko osadzone kości policzkowe. Usiadła przy stole, zjadła talerz zupy, pochwaliła makaron. Przez pół godziny rozmawiałyśmy o jej studiach, o koleżance ze stancji, o tym, że chce w wakacje jechać do Chorwacji.

A potem powiedziałam spokojnie:

- Natalko, w kredensie brakuje czterech kieliszków po prababci.

Nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na łyżkę w swoim talerzu, jakby tam szukała odpowiedzi. Widziałam, jak jej się policzki różowieją.

- Babciu, ja... przepraszam. Jeden się stłukł. Trzy zabrałam na stancję, bo myślałam, że ci nie będą potrzebne tyle. Oddam je, obiecuję.

- Nie pytam o kieliszki, Natalko. Pytam o piątki.

Cisza. Zegar w kuchni tykał tak głośno, że go słyszałam chyba po raz pierwszy od dwudziestu lat.

- Sąsiad mi powiedział - dodałam cicho. - Pan Zdzisław z dołu.

Natalia położyła łyżkę. Podniosła na mnie oczy. I powiedziała coś, czego się nie spodziewałam.

- Babciu, na stancji nie mogę nikogo zapraszać, bo współlokatorka ma astmę i jest uczulona na wszystko. A ja nie mam gdzie spotkać się z ludźmi. Nie chciałam cię prosić, bo wiedziałam, że się nie zgodzisz.

- Więc wolałaś robić to za moimi plecami?

- Nie miałam wyjścia.

- Wyjście było proste. Wystarczyło zapytać.

- I co byś powiedziała?

Patrzyłyśmy na siebie przez stół. Rosół stygł. I to było najgorsze w tym wszystkim - że nie wiedziałam, co bym odpowiedziała. Może bym odmówiła. Pewnie bym odmówiła. A ona to wiedziała.

Natalia wyszła koło czwartej. Przy drzwiach wyjęła z torebki mój klucz i położyła go na szafce w przedpokoju. Nie prosiłam o to. Sama go odłożyła. Powiedziała „przepraszam, babciu" jeszcze raz, już ciszej, i zbiegła po schodach.

Stałam z tym kluczem w dłoni i myślałam, że powinnam poczuć ulgę. Ale nie czułam. Czułam pustkę, jakby razem z tym kluczem Natalia oddała coś więcej niż kawałek metalu.

Ten klucz leży teraz na kredensie, obok ośmiu kieliszków. Czasem go biorę do ręki i zastanawiam się, czy powinnam do niej zadzwonić i powiedzieć: „Weź go z powrotem". Ale wtedy słyszę głos pana Zdzisława, widzę puste miejsca po kryształach i myślę - a jeśli to nie chodzi o klucz, tylko o to, że moja wnuczka nie umiała mi powiedzieć prawdy? I że ja nie umiem być babcią, którą się o coś prosi, a nie przed którą się ukrywa.

Storczyk na parapecie usycha. Nikt go w piątki nie podlewa.