Autobus o 7:40 zawsze ma dla mnie chwilę - pan Rysiek czeka, aż usiądę, dopiero rusza. W czwartek miałam zawroty i nie doszłam na przystanek. Wieczorem sąsiadka przekazała: „kierowca z 7:40 pytał na pętli, czy panią ktoś widział". W piątek wsiadłam. „Pani Anielo, bez uprzedzenia proszę mi nie znikać".
Powiedział to z taką powagą, jakby recytował regulamin, ale oczy mu się śmiały. Usiadłam na swoim miejscu - trzeci rząd za kierowcą, po prawej stronie, przy oknie - i poczułam coś, czego nie potrafiłam od razu nazwać. Jakby ktoś zapalił małe światełko w klatce piersiowej. Ciepło. Zwykłe, ludzkie ciepło od obcego człowieka.
Tyle że pan Rysiek nie był już obcy. Jeździłam jego autobusem od dwóch lat, odkąd przeszłam na emeryturę i zaczęłam dojeżdżać na Bielany do wnuczki trzy razy w tygodniu. Małgośka miała pięć lat i astmę, a moja córka Dorota pracowała na pełen etat w aptece. Ktoś musiał odprowadzać dziecko do przedszkola, pilnować inhalatora, gotować zupę na obiad. Ktoś - czyli ja, Aniela, sześćdziesiąt dwa lata, wdowa od czterech, emerytowana księgowa z Bemowa.
Mąż, Henryk, odszedł nagle. Tętniak. Rano jedliśmy tosty, o jedenastej zadzwonił telefon z pogotowia. Nie zdążyłam nawet powiedzieć mu, że kupka kawy się skończyła. To głupie, ale właśnie tę niedopowiedzianą kawę pamiętam najwyraźniej - drobny, codzienny szczegół, który nagle stał się ostatnim.
Po śmierci Henryka zamknęłam się w mieszkaniu na pół roku. Dorota przywoziła zakupy, sąsiadka Krysia zaglądała na herbatę, ale ja byłam jak meblościanka w salonie - niby stoję, niby jestem, ale nic się we mnie nie dzieje. Dopiero Małgośka mnie wyciągnęła. „Babciu, potrzebuję cię" - powiedziała przez telefon swoim piskliwym głosikiem i coś we mnie drgnęło. Następnego dnia stałam na przystanku o 7:35.
Pan Rysiek zwrócił na siebie moją uwagę już trzeciego dnia. Autobus nadjechał, a on otworzył drzwi i powiedział: „Dzień dobry, proszę uważać na stopień". Nie do wszystkich. Do mnie. Potem zaczął czekać te dodatkowe sekundy, aż usiądę. Raz, gdy dźwigałam ciężką torbę z jabłkami dla Małgośki, wstał z fotela i pomógł mi ją wnieść. Kierowca autobusu miejskiego, który wstaje z miejsca. Nie wiedziałam, że to się jeszcze zdarza.
Z czasem wymienialiśmy zdania. On miał na imię Ryszard, ale „proszę mówić Rysiek, tak łatwiej". Około pięćdziesiątki, może pięćdziesiąt trzy lata. Szpakowate włosy, uśmiech, który zaczynał się od oczu. Mówił niewiele, ale zawsze konkretnie. „Ładny dziś dzień". „Pani ma nowy szalik? Ładny kolor". „Uważam, że poniedziałki powinny być krótsze o połowę".
Krysia, sąsiadka, pierwsza zauważyła zmianę. Przyszła na herbatę w niedzielę, a ja miałam na sobie nową bluzkę.
- Aniela, ładnie wyglądasz - powiedziała powoli, mierząc mnie wzrokiem. - Dla kogo ta bluzka?
- Dla siebie - odpowiedziałam zbyt szybko.
- Aha. - Krysia zamieszała herbatę. - A od kiedy to się dla siebie ubierasz o szóstej rano?
Nie odpowiedziałam, bo sama nie znałam odpowiedzi. A może znałam i bałam się ją wypowiedzieć na głos. Bo co by to było? Sześćdziesięciodwuletnia wdowa, która tęskni za uśmiechem kierowcy autobusu? Śmieszne. Żałosne. Tak by pewnie powiedziała moja siostra Jadwiga, która od lat powtarzała, że po Henryku powinnam „żyć wspomnieniami i wnukami".
A potem był ten czwartek.
Wstałam rano i świat się zakołysał. Zawroty głowy, takie silne, że musiałam przytrzymać się framugi. Usiadłam na łóżku i czekałam, aż minie. Minęło, ale było już za późno na autobus. Zadzwoniłam do Doroty, że nie przyjadę. „Poradzę sobie, mamo, leż" - powiedziała córka tonem, który nie znosił sprzeciwu.
Leżałam. Piłam herbatę z cytryną. Oglądałam sufit. I myślałam o tym, że nikt - dosłownie nikt poza Dorotą - nie zauważy mojej nieobecności. A potem, wieczorem, zadzwonił dzwonek.
Na progu stała Krysia z miną konspiratorki.
- Aniela, nie uwierzysz. Byłam na pętli po wnuka, a kierowca z tego twojego autobusu pytał ludzi na przystanku, czy ktoś widział taką panią, drobną, jasny szalik, co to zawsze wsiada na Górczewskiej.
Serce mi stanęło. A potem ruszyło dwa razy szybciej.
- Co mu powiedziałaś? - szepnęłam.
- Że żyjesz. - Krysia uśmiechnęła się. - Ale chyba nie o to pytasz, prawda?
W piątek wstałam o piątej. Umyłam głowę, wysuszyłam włosy. Założyłam tę bluzkę, co to „dla siebie". Na przystanku byłam dwadzieścia minut przed czasem. Kiedy autobus nadjechał i drzwi się otworzyły, pan Rysiek spojrzał na mnie i powiedział to swoje: „Pani Anielo, bez uprzedzenia proszę mi nie znikać".
- Postaram się - odpowiedziałam i usiadłam na swoim miejscu.
Jechaliśmy w milczeniu. Ale innym milczeniu niż zwykle. Gęstszym.
Na przystanku przed pętlą, kiedy wysiadałam, zatrzymał mnie głosem.
- Pani Anielo.
Odwróciłam się.
- Kończę zmianę o piętnastej. Jest taka kawiarnia na rogu, przy pętli. Gdyby pani miała chwilę...
Nie dokończył. Drzwi się zamykały, za mną stała kobieta z wózkiem. Wysiadłam. Autobus odjechał.
Tego dnia u Małgośki nie mogłam się skupić. Dziecko budowało wieżę z klocków, a ja budowałam i burzyłam argumenty w głowie. Że jestem za stara. Że ludzie będą gadać. Że Jadwiga powie „Henryk się w grobie przewraca". Że Dorota spojrzy na mnie z politowaniem. A potem Małgośka postawiła ostatni klocek na szczycie wieży, klasnęła w ręce i powiedziała: „Babciu, patrz, nie bałam się, że spadnie!".
O czternastej czterdzieści pięć stałam przy przystanku na pętli. Kawiarnia na rogu nazywała się „Pod Lipą". Przez szybę widziałam stoliki, parę emerytów nad ciastem, kelnerkę wycierającą blat. Zwykłe miejsce. Wystarczyłoby wejść, usiąść, zamówić kawę i poczekać.
Zrobiłam krok. Potem drugi. Potem stanęłam.
W torebce zadzwonił telefon. Dorota.
- Mamo, Małgośka zostawiła u ciebie inhalator, możesz sprawdzić?
- Sprawdzę - powiedziałam. - Słuchaj, Dorota... nieważne. Sprawdzę.
Rozłączyłam się. Było czternasta pięćdziesiąt dwa. Za osiem minut pan Rysiek kończy zmianę. Za osiem minut albo wejdę do tej kawiarni, albo odwrócę się i pójdę na autobus do domu.
Stałam na chodniku, w wiosennym słońcu, z torebką przyciśniętą do piersi. Lipiec kwitły. Z oddali słychać było hamujący autobus.
I pomyślałam sobie tak: przez cztery lata byłam meblościanką. Niby stałam, niby byłam. Henryk by nie chciał, żebym tak stała do końca. A może chciałby - tego już nigdy się nie dowiem. Ale wiem jedno. Ta kawiarnia jest otwarta. I drzwi nie są ciężkie.
Otworzyłam je. Albo nie otworzyłam. To jest moja historia i tylko ja znam zakończenie. Ale powiedzcie mi szczerze - wy byście weszli?