W piwnicy znalazłyśmy z siostrą słoik z etykietą mamy: „wiśnie, 1994". Otworzyłyśmy w milczeniu - pachniały piwnicą i dzieciństwem. Zjadłyśmy po łyżeczce, na odwagę, resztę zakopałyśmy pod różą mamy. Siostra powiedziała za nas obie: „oddajemy, mamo. Były pyszne".

Ale zanim do tego doszło, zanim klęczałyśmy razem przy tej róży z brudnymi rękami i mokrymi oczami - musiało się wydarzyć wszystko inne. Musiało minąć osiem miesięcy od pogrzebu, trzy kłótnie, jedno trzaśnięcie drzwiami i sześć tygodni milczenia między mną a Renatą. Musiałam usłyszeć od własnej siostry zdanie, które do dziś noszę w sobie jak drzazgę: „Ty zawsze byłaś tą lepszą córką. I ty o tym wiesz".

Mama odeszła w styczniu. Cicho, we śnie, tak jak żyła - nie robiąc nikomu kłopotu. Halina Majewska, siedemdziesiąt osiem lat, emerytowana krawcowa z Woli. Na pogrzebie ksiądz mówił o cierpliwości i pokorze, a ja myślałam o tym, że mama nigdy w życiu nie podniosła na nas głosu. Ani razu. Nawet kiedy Renata w dziewiątej klasie uciekła z domu na trzy dni, mama tylko siedziała przy kuchennym stole i cerując rajstopy powtarzała: „Wróci. Ona zawsze wraca".

Ja jestem Bożena. Sześćdziesiąt lat, dwoje dorosłych dzieci, mąż Andrzej - mechanik, który całe życie powtarza, że nie rozumie kobiet i nie zamierza zaczynać. Mieszkamy w Warszawie, na Bielanach, sześć przystanków autobusem od bloku, w którym się wychowałam. Renata jest młodsza o cztery lata, mieszka we Wrocławiu, jest po rozwodzie, pracuje w bibliotece. Kiedy mama żyła, dzwoniłyśmy do siebie raz w tygodniu, zwykle w niedzielę wieczorem. Kiedy mama umarła, telefony się urwały.

To znaczy - ja dzwoniłam. Renata nie odbierała.

Zaczęło się od mieszkania. Mama zostawiła kawalerkę na Woli - trzydzieści osiem metrów, trzecie piętro, bez windy. Stara meblościanka, telewizor z kineskopem, na parapecie doniczka z fiołkiem, który jakoś przeżył zimę sam. W testamencie - połowa dla mnie, połowa dla Renaty. Proste, sprawiedliwe, po maminie mu.

Tylko że Renata chciała sprzedać od razu, a ja nie mogłam. Fizycznie nie mogłam podpisać czegoś, co wymazałoby to mieszkanie z naszego życia. Tam jeszcze pachniało mamą - tym jej kremem nivea i oregano, które suszyła na balkonie. Tam wisiała na ścianie fotografia taty, jedyna, jaka została po pożarze na strychu w dziewięćdziesiątym pierwszym. Tam w szafce przy łóżku leżał zeszyt, w którym mama zapisywała przepisy - pochyłym, okrągłym pismem, z kleksami od długopisu.

- Bożena, ja nie mogę ciągnąć kredytu do nieskończoności - powiedziała Renata przez telefon w marcu, jedyny raz, kiedy odebrała. - Potrzebuję tych pieniędzy. Rozumiesz to czy nie?

- A ja potrzebuję czasu. Mama dopiero co...

- Dopiero co? Minęły trzy miesiące. Ty masz Andrzeja, masz dzieci, masz swoje życie. Ja mam alimenty, które Dariusz płaci kiedy chce, i korytarz w bibliotece, gdzie zarabiam tyle, że ledwo starcza na czynsz. Nie mów mi o czasie.

Nie powiedziałam nic. Co miałam powiedzieć? Że Renata nie przyjechała na maminy ostatnie urodziny? Że przez dwa lata nie zabrała jej na żadne badania, bo „za daleko"? Że to ja chodziłam z mamą do kardiologa, ja stałam w kolejkach w NFZ, ja prałam pościel, kiedy mama po operacji biodra nie mogła wstać z łóżka?

Nie powiedziałam. Ale Renata usłyszała to w mojej ciszy.

- No proszę - szepnęła. - Wiedziałam. Ty zawsze byłaś tą lepszą córką. I ty o tym wiesz.

Rozłączyła się. Potem był kwiecień, maj, czerwiec - trzy miesiące, w których dzwoniłam na numer siostry i słuchałam sygnałów. Andrzej mówił: „Daj jej spokój, sama się odezwie". Moja córka Kasia pytała: „Mamo, a co z mieszkaniem babci?". Syn Tomek wzruszał ramionami: „Sprzedajcie i po sprawie".

A ja co kilka dni jeździłam na Wolę. Podlewałam fiołka. Wycierałam kurz z meblościanki. Otwierałam zeszyt z przepisami i czytałam: „Bigos - taki jak robiła moja mama. Na dwa kilo kapusty..." Siadałam na tapczanie w salonie i słuchałam ciszy, która pachniała kremem nivea.

W sierpniu Renata przyjechała bez zapowiedzi. Zadzwoniła do mnie z dworca. Głos miała inny - zmęczony, ale nie wrogi.

- Bożena, jestem w Warszawie. Spotkajmy się u mamy.

Kiedy otworzyłam drzwi mieszkania, Renata stała na klatce schodowej z jedną małą torbą i wyrazem twarzy, którego nie widziałam u niej od lat. Wyglądała jak tamta dziewczynka, która po trzech dniach ucieczki stanęła w progu i powiedziała: „Mamo, jestem głodna".

Nie przytuliłyśmy się. Nie przepraszałyśmy. Usiadłyśmy w kuchni naprzeciwko siebie, ja zrobiłam herbatę - z cytryną, jak mama robiła - i przez chwilę żadna nie wiedziała, od czego zacząć.

- Chciałam ci coś pokazać - powiedziała Renata. - Byłam rano w piwnicy, szukałam walizki, tej starej, brązowej. I znalazłam coś innego.

Zeszłyśmy razem. Piwnica pachniała wilgocią i starym drewnem. Renata poświeciła latarką na półkę przy ścianie i wtedy go zobaczyłam. Słoik. Litrowy, z gumową uszczelką, z karteczką przywiązaną sznurkiem do pokrywki. Pochyłe, okrągłe pismo mamy: „wiśnie, 1994".

Trzydzieści lat. Te wiśnie czekały na nas trzydzieści lat.

- Pamiętasz? - szepnęła Renata. - Byłyśmy wtedy na działce u babci Zosi. Ty miałaś trzydziestkę, ja dwadzieścia sześć. Mama zrywała wiśnie z tej wielkiej czereśni przy płocie, a my podawałyśmy wiadra.

Pamiętałam. Pamiętałam upał, bąki nad trawą, mamę w kwiecistej sukience z podwiniętymi rękawami, sok wiśniowy na jej palcach. Tata jeszcze żył. Renata jeszcze się śmiała głośno, bez ironii. Byłyśmy rodziną, taką normalną, nieskomplikowaną rodziną na działce w lipcu.

Otworzyłyśmy słoik na górze, w kuchni. Gumka puściła z cichym westchnieniem. Zapach uderzył nas obie jednocześnie - piwnica, cukier, coś słodko-cierpkiego, coś, czego nie da się nazwać inaczej niż dzieciństwem. Renata wzięła łyżeczkę pierwsza. Potem ja.

Wiśnie były dziwne - za słodkie i za gorzkie jednocześnie, z nutą czegoś, co mogło być pleśnią albo nostalgią. Jedna łyżeczka wystarczyła.

To Renata wpadła na pomysł z różą. Mama na balkonie od lat hodowała jedną herbacianą różę, ciemnoczerwoną, prawie bordową. Kiedy trafiła do szpitala, poprosiła mnie, żebym ją przesadziła do ogródka przed blokiem. „Niech ma ziemię" - powiedziała. Przesadziłam. Róża przyjęła się, zakwitła w czerwcu, jakby nic się nie stało.

Stałyśmy nad nią w letni wieczór, z resztą wiśni w słoiku. Renata wybrała miejsce przy korzeniach. Wygrzebała dołek rękami - nie szukałyśmy łopatki, nie było potrzeby. Wylała wiśnie, zasypała ziemią, przycisnęła dłońmi.

- Oddajemy, mamo - powiedziała. - Były pyszne.

Nie płakałyśmy. To znaczy - może trochę. Ale to nie był ten rozpaczliwy, pogrzebowy płacz. To było coś innego, coś, na co nie mam dobrego słowa.

Potem wróciłyśmy na górę. Umyłyśmy ręce. Renata postawiła czajnik.

- Wiesz co - powiedziała, nie patrząc na mnie. - Nie sprzedawajmy jeszcze. Nie teraz.

Pokiwałam głową. Chciałam powiedzieć więcej - że mi jej brakowało, że przepraszam za tę ciszę przez telefon, że wcale nie uważam się za lepszą córkę. Ale nie powiedziałam. Może nie musiałam.

Renata została trzy dni. Spałyśmy obie na tapczanie w maminie salonie, jak kiedyś na wakacjach u babci Zosi. Rozmawiałyśmy do późna - o mamie, o tacie, o działce, o wiśniach. Nie rozmawiałyśmy o mieszkaniu, o pieniądzach, o tym, kto był lepszą córką. Może to przyjdzie później. Pewnie przyjdzie.

Na dworcu, zanim wsiadła do pociągu, Renata odwróciła się i powiedziała:

- Bożena, jak ta róża zakwitnie w przyszłym roku - zadzwoń do mnie. Chcę wiedzieć, czy wiśnie jej posłużyły.

Obiecałam. Stałam na peronie, dopóki pociąg nie zniknął za zakrętem. Potem wróciłam na Wolę, podlałam fiołka i usiadłam w kuchni. Herbata z cytryną stygła na stole obok zeszytu z przepisami. Otworzyłam go na ostatniej zapisanej stronie. Pod przepisem na sernik mama dopisała coś ołówkiem, tak blado, że wcześniej tego nie zauważyłam: „Wiśnie dla dziewczynek - zostawiam. Niech same zdecydują, kiedy".

Zamknęłam zeszyt. Za oknem pachniały lipy i zbliżała się burza. Nie wiem, czy zdecydowałyśmy dobrze - z mieszkaniem, z wiśniami, z tym wszystkim. Ale słoik jest pusty, róża kwitnie, a ja mam w telefonie numer siostry, który znowu nie jest martwy.

Tyle że nie wiem jeszcze, co powiem, kiedy ta róża zakwitnie.