Przez zimę sama dzwoniłam czasem na telefon wsparcia dla seniorów - żeby wieczorem usłyszeć głos. Wiosną zaproponowali mi szkolenie. Teraz w poniedziałki od siedemnastej to ja odbieram. Wczoraj zadzwoniła pani, która „chciała tylko posłuchać, jak ktoś mówi". Rozpoznałam w niej siebie sprzed roku. Odłożyłyśmy słuchawki obie lżejsze.

Ale żeby opowiedzieć o wczoraj, muszę najpierw opowiedzieć o tamtym listopadzie. O wieczorze, kiedy wróciłam z pogrzebu Zbyszka i zamknęłam drzwi mieszkania na klucz, a w środku było tak cicho, że słyszałam zegar w kuchni. Tik. Tik. Tik. Czterdzieści dwa lata razem i nagle - cisza.

Zbyszek był kolejarzem, całe życie na trasie Poznań - Wrocław. Wstawał o czwartej, wracał o różnych porach, ale zawsze wracał. Stawiał buty pod wieszakiem, wołał „Bożena, jest kolacja?" i nawet jeśli nie było kolacji, to było to pytanie. Ten głos. Ktoś, kto wchodził do mieszkania i wypełniał je sobą. Kiedy w sierpniu dostał diagnozę, powiedzieli - trzy miesiące, może pięć. Trwało dziesięć tygodni.

Mam córkę Kasię w Krakowie i syna Marcina w Irlandii. Kasia przyjechała na pogrzeb, została tydzień, pomagała z papierami w ZUS-ie, zawiozła mnie do lekarza. Marcin dzwonił przez ten swój komunikator, mówił „mamo, trzymaj się, mamo, jakbyś czegoś potrzebowała". Potem oboje wrócili do swoich życ. Nie mam do nich pretensji. Naprawdę. Mają dzieci, pracę, rachunki. Kasia ma Olę w trzeciej klasie i Janka, który właśnie zaczął chodzić. Nie mogła siedzieć w Poznaniu, w moim bloku na Ratajach, i głaskać mnie po głowie. Rozumiałam to.

Tylko że rozumieć to jedno, a przeżyć wieczór to drugie.

Pierwsze tygodnie było pełno ludzi. Sąsiadka Lucyna przynosiła zupę. Koleżanka z dawnej pracy, Marzena, dzwoniła co drugi dzień. Szwagierka Teresa wpadała w niedziele. Potem - jak to bywa - rozrzedzało się. Grudzień, święta, każdy w swojej rodzinie. Na Wigilię pojechałam do Kasi, siedziałam między Olą a Jankiem, łamałam opłatek i uśmiechałam się, bo tak trzeba było. Zięć Tomek nalał mi wina, powiedział ciepło „mamo, cieszę się, że pani z nami". Dobry chłopak. Ale w ich mieszkaniu byłam gościem, nie domownikiem. To różnica, którą czujesz w kościach.

Wróciłam do Poznania dwudziestego siódmego grudnia. Autobus PKS, trzy godziny, ciemność za oknem. Otworzyłam drzwi mieszkania i znowu - zegar. Tik. Tik. Usiadłam w kurtce na krześle w przedpokoju i siedziałam tak może pół godziny, zanim zdjęłam buty.

W styczniu zaczęłam mówić do telewizora. Odpowiadałam prezenterom pogody. Komentowałam serialowe postacie na głos. Kiedyś złapałam się na tym, że od trzech dni nie powiedziałam do żywego człowieka ani słowa. W sklepie na dole pokazałam palcem bułki, bo głos mi się nie wydobył. Gardło jak zaschłe.

Wtedy znalazłam numer. W ulotce, którą ktoś wsunął w drzwi - „Telefon wsparcia dla seniorów. Jeśli potrzebujesz rozmowy, zadzwoń". Myślałam - to dla ludzi naprawdę samotnych. Ja przecież mam dzieci, mam Lucynę obok, mam Marzenę. Ale dzieci daleko, Lucyna pojechała do córki na dwa tygodnie, a Marzena - Marzena miała własne problemy, męża po udarze i nie bardzo mogłam jej jeszcze dokładać swoich.

Zadzwoniłam po raz pierwszy w lutowy wtorek, koło ósmej wieczorem. Odebrała kobieta. Powiedziała: „Dzień dobry, słucham panią". I ja - nie uwierzycie - rozpłakałam się. Przez minutę nic nie mogłam powiedzieć, a ona czekała. Nie rozłączyła się. Nie powiedziała „proszę się uspokoić". Czekała, aż znajdę słowa. Potem rozmawiałyśmy chyba czterdzieści minut. O Zbyszku. O zupie, której nikt nie je. O tym, że mam sześćdziesiąt trzy lata i nie wiem, po co wstaję rano.

Dzwoniłam potem jeszcze kilka razy. Nie za każdym razem płakałam. Czasem po prostu opowiadałam, co robiłam w ciągu dnia - że poszłam na spacer, że upiekłam sernik, choć nie było dla kogo. Osoba po drugiej stronie słuchała. I to wystarczało.

W marcu odezwała się do mnie koordynatorka tej linii. Powiedziała, że prowadzą szkolenie dla wolontariuszy-seniorów. Że szukają ludzi, którzy rozumieją, jak to jest. Nie psychologów - ludzi. Zapytała, czy bym chciała.

Pierwsze, co pomyślałam: ja? Która sama ledwo daję radę? Która jeszcze trzy tygodnie temu dzwoniła, żeby ktoś do niej powiedział „dobranoc"?

Ale coś mnie tknęło. Może właśnie dlatego.

Szkolenie trwało sześć weekendów. Jeździłam na Jeżyce, do takiego centrum przy kościele. Było nas dwanaście osób, same kobiety. Emerytowane nauczycielki, pielęgniarki, jedna dawna kierowniczka sklepu. Uczyłyśmy się słuchać. Nie doradzać, nie pocieszać na siłę, nie mówić „będzie dobrze" - bo skąd wiemy? Uczyłyśmy się być po drugiej stronie ciszy.

Najtrudniejsze ćwiczenie? Milczeć. Ktoś mówi coś strasznego - że jest sam, że nie chce żyć, że nikt nie pamięta - a ty nie wskakujesz z odpowiedzią. Jesteś. Oddychasz razem z nim. Dopiero potem, może, delikatnie pytasz.

Od czerwca dyżuruję w poniedziałki. Przychodzę do sali, włączam czajnik, siadam przy telefonie. Czasem dzwoni ktoś o siedemnastej zero pięć, czasem cisza do osiemnastej. Średnio mam cztery, pięć rozmów. Każda inna. Pan, który stracił żonę i nie umie sobie ugotować obiadu - dosłownie nie wie, jak włączyć piekarnik, bo nigdy tego nie robił. Pani, która kłóci się z synem o pieniądze i nie ma z kim o tym pogadać. Pani, która po prostu chce, żeby ktoś zapytał „jak się pani dzisiaj czuje?".

I ta wczorajsza rozmowa.

Zadzwoniła koło wpół do szóstej. Głos cichy, trochę zachrypnięty. „Przepraszam, ja właściwie... nie wiem, po co dzwonię. Chciałam tylko posłuchać, jak ktoś mówi."

Zamarłam. Bo usłyszałam siebie. Siebie sprzed roku, z tym zeschniętym gardłem, z tą desperacką potrzebą ludzkiego głosu - jakiegokolwiek, byle żywego.

Więc zrobiłam to, co tamta kobieta zrobiła dla mnie w lutym. Nie spieszyłam się. Powiedziałam ciepło, spokojnie: „To dobrze, że pani zadzwoniła. Jestem tu. Mogę mówić, a pani niech słucha". I zaczęłam - o pogodzie, o tym, że kwitną bzy na osiedlu, że widziałam dziś szpaka na balkonie. Głupoty. Codzienność. Ale słyszałam, jak po drugiej stronie oddech się wyrównuje. Jak ktoś się uspokaja, bo nie jest sam.

Po jakimś czasie zaczęła mówić. Miała na imię Halina. Mąż zmarł w zimie. Syn w Niemczech. Brzmiało jak kopia mojego życia, przepisana innym pismem na innym papierze.

Rozmawiałyśmy trzydzieści pięć minut. Pod koniec powiedziała: „Dziękuję. Nie wiedziałam, że tyle mi to da". Odpowiedziałam: „Proszę dzwonić, kiedy pani chce. Jestem tu w poniedziałki".

Odłożyłam słuchawkę i przez chwilę siedziałam w ciszy. Ale to była inna cisza niż ta sprzed roku. Nie pusta. Pełna.

Kasia dzwoni teraz w czwartki. Marcin w niedziele. Lucyna wraca z herbatą o trzeciej. Życie się jakoś ułożyło, choć nie tak, jak kiedyś. Zbyszka nie ma i nie będzie. Ale jest ten poniedziałek od siedemnastej. Jest ta słuchawka. I jest ktoś po drugiej stronie, kto potrzebuje dokładnie tego, czego ja potrzebowałam - głosu.

Czasem zastanawiam się, czy to naprawdę pomaganie, czy raczej sposób, żebym sama nie wróciła do tamtego krzesła w przedpokoju, w kurtce, z pustym wzrokiem. I nie wiem. Może jedno i drugie. Może to nie ma znaczenia, dopóki ktoś podnosi słuchawkę i ktoś inny mówi: „Jestem tu".

Dziś jest wtorek. Za sześć dni znowu siądę przy telefonie. Nie wiem, czy Halina zadzwoni. Nie wiem, czy ją jeszcze usłyszę. Ale wiem, że jeśli zadzwoni, będę gotowa. A jeśli nie - będzie ktoś inny. Ktoś, kto stoi w przedpokoju w kurtce i nie umie zdjąć butów.