Henryk zabrał mnie na grzyby, o piątej rano - pierwsze wspólne „za miasto". W lesie okazało się, że milczymy tak samo dobrze, jak rozmawiamy. Wróciliśmy z koszem podgrzybków i jednym prawdziwkiem - stoi na parapecie jak trofeum. Córka spytała podejrzliwie, gdzie byłam cały ranek. „Na grzybach. W dobrym towarzystwie".
Marta patrzyła na mnie tak, jakbym powiedziała, że lecę na Marsa. Stała w drzwiach mojej kuchni z kubkiem kawy w ręku, w piżamie, bo przyjechała na weekend z Wrocławia ze swoimi dwoma chłopakami. Jej oczy zwęziły się dokładnie tak samo jak oczy jej ojca, kiedy coś mu się nie zgadzało.
- Mamo, ty nigdy nie zbierałaś grzybów.
- Bo twój ojciec nigdy mnie nie zabrał - odpowiedziałam i zaczęłam myć podgrzybki pod kranem.
Cisza. Marta odstawiła kubek na blat, oparła się o framugę. Wiedziałam, że zaraz zapyta. I zapytała.
- Kim jest Henryk?
Mam sześćdziesiąt dwa lata. Trzydzieści osiem z nich spędziłam z Tadeuszem - od ślubu w osiemdziesiątym piątym roku w kościele na Żoliborzu aż do jego pogrzebu cztery lata temu. Pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej, on był elektrykiem, potem brygadzistą. Dobre małżeństwo? Przyzwoite. Tadeusz nie pił, nie bił, przynosił wypłatę. Ale rozmawiać nie umiał. Po trzydziestu latach pod jednym dachem wiedziałam o nim mniej niż o sąsiadce z trzeciego piętra.
Henryka poznałam w kolejce do lekarza w przychodni na Bielanach. Na NFZ, oczywiście - trzy godziny czekania do ortopedy. Siedział obok, z laską opartą o kolano, i czytał gazetę. W pewnym momencie westchnął tak głośno, że się odwróciłam.
- Przepraszam panią - powiedział. - Ale tu piszą, że emeryt powinien jeść pięć porcji warzyw dziennie. Pięć. Ja w piątek jadłem parówki z musztardą i byłem z siebie dumny, że ugotowałem wodę.
Roześmiałam się. Pierwszy raz od miesięcy, głośno, tak że pielęgniarka wyjrzała zza okienka.
Henryk miał sześćdziesiąt pięć lat, był wdowcem od dwóch, emerytowanym listonoszem. Żonę stracił na raka. Miał córkę w Krakowie, syna w Gdańsku i puszkę z herbatnikami, którą nosił do przychodni „na wypadek, gdyby oczekiwanie się przeciągnęło". Poczęstował mnie ciastkiem. Wzięłam dwa.
Potem spotkaliśmy się jeszcze raz w tej samej przychodni - na kontrolę. Potem on zaproponował spacer po Kępie Potockiej. Potem ja zaproponowałam herbatę u mnie, bo zaczęło padać. Siedzieliśmy w kuchni, piliśmy herbatę z cytryną i rozmawialiśmy o niczym ważnym - o cenach na Biedronce, o serialu w telewizji, o tym, że koty na osiedlu robardzo się rozmnożyły. Ale w tym „niczym ważnym" było coś, czego nie potrafiłam nazwać. Lekkość. Oddech. Brak potrzeby udawania kogoś, kim nie jestem.
Z Tadeuszem wieczory wyglądały inaczej. On w fotelu, ja na kanapie. Telewizor mówił za nas oboje. Kiedy umarł, poczułam smutek - ale najbardziej chyba z powodu tych wszystkich wieczorów, które mogły wyglądać inaczej, a nie wyglądały. Nie dlatego, że był złym człowiekiem. Po prostu oboje zapomnieliśmy, jak to jest - chcieć rozmawiać z drugą osobą.
Henryk rozmawiał. Albo milczał, ale to milczenie miało ciepło. W lesie tego ranka szliśmy ścieżką między sosnami, mgła jeszcze leżała nisko nad paprociami, i żadne z nas nie czuło potrzeby, żeby cokolwiek mówić. On pokazał mi palcem podgrzybka pod brzozą. Ja kiwnęłam głową. Wystarczyło.
A potem znalazł tego prawdziwka. Jednego, pięknego, z grubym brązowym kapeluszem. Podniósł go ostrożnie jak relikwię i powiedział:
- Bożena, niech pani go weźmie. Niech stoi u pani na parapecie. Na szczęście.
Marta nie dała się zbić z tropu. Następnego dnia, kiedy chłopaki bawili się w pokoju, usiadła przy kuchennym stole i założyła ręce na piersi.
- Mamo, ja nie mówię, że nie możesz mieć znajomych. Ale ludzie będą gadać. Sąsiadki już cię widziały z jakimś panem na Kępie.
- I co powiedzą? Że sześćdziesięciolatka spaceruje z sześćdziesięciopięciolatkiem? Żeby dzwonić na policję?
- Nie bądź złośliwa. Chodzi mi o coś innego. - Marta spuściła wzrok. - Tato nie żyje cztery lata.
- Właśnie. Cztery lata.
- A ty zachowujesz się, jakby go nigdy nie było.
To zdanie uderzyło mnie mocniej, niż Marta pewnie zamierzała. Bo ja nie zachowywałam się, jakby Tadeusza nie było. Ja przez cztery lata chodziłam co tydzień na cmentarz. Podlewałam bratki na jego grobie. Prałam jeszcze jego koszule, bo wisiały w szafie i pachniały nim, i nie potrafiłam ich oddać. Ale jednocześnie - tak, chciałam żyć. I to najwyraźniej był problem.
Syn Tomek zadzwonił wieczorem. Marta musiała mu powiedzieć. Był spokojniejszy, ale czułam w jego głosie tę samą nutę - jakby moja radość z poranka w lesie była zdradą wobec ich ojca.
- Mamo, po prostu uważaj na siebie. Nie znasz tego człowieka.
- Znam go trzy miesiące.
- No właśnie.
W nocy nie mogłam spać. Leżałam w ciemności i patrzyłam na sufit. Na parapecie stał prawdziwek Henryka - już trochę podeschnięty, ale wciąż ładny. Z pokoju obok dochodziło miarowe oddychanie wnuków. Myślałam o tym, jak Marta powiedziała „zachowujesz się, jakby go nigdy nie było". I o tym, jak Henryk powiedział „niech stoi na szczęście". I o tym, że te dwa zdania nie powinny ze sobą walczyć, a jednak walczyły.
Rano wstałam wcześniej niż wszyscy. Zrobiłam jajecznicę na osiem osób - na wypadek, gdyby chłopaki chcieli dokładkę. Kiedy Marta weszła do kuchni, powiedziałam jej:
- Córeczko, ja kocham twojego ojca. Kochałam go, będę kochać. Ale ja jeszcze żyję. I chcę mieć prawo do koszyka podgrzybków i do spaceru w dobrym towarzystwie. Nie pytam cię o pozwolenie. Ale chciałabym, żebyś to zrozumiała.
Marta nie odpowiedziała od razu. Nalała sobie kawy. Usiadła. Długo mieszała łyżeczką, choć nie wsypała cukru.
- Dobrze, mamo - powiedziała w końcu. Ale jej ton nie brzmiał jak zgoda. Brzmiał jak zawieszenie broni.
Henryk zadzwonił po południu. Powiedział, że znalazł nowe miejsce na grzyby, dalej za Kampinosem, i że w przyszły weekend moglibyśmy pojechać, jeśli chcę. Stałam w przedpokoju, z telefonem przy uchu, i widziałam w lustrze swoją twarz - twarz kobiety, która się uśmiecha i jednocześnie ma łzy w oczach.
- Chcę - powiedziałam. - O piątej?
- O piątej.
Odłożyłam telefon. Na parapecie stał suchy już prawdziwek. W kuchni Marta zmywała naczynia z takim rozmachem, jakby chciała wydrapać wzorki z talerzy. A ja pomyślałam, że może to jest tak, że na pewne rzeczy nie ma pozwolenia - ani od dzieci, ani od zmarłych. Że człowiek po prostu w którymś momencie otwiera drzwi i wychodzi. I dopiero potem okazuje się, czy ktoś za nim tęskni, czy mu kibicuje, czy tylko liczy, kiedy wróci.