Przed każdą Wielkanocą myłam okna w trzech domach - swoje na końcu, po ciemku. W tym roku w Wielki Czwartek pojechałam do Krynicy Morskiej. Przed sobą miałam jedną wielką szybę hotelową, a za nią morze - czyste bez mojej pomocy. Wielkanocne okna u dzieci zostały brudne. Świętom to nie przeszkodziło.

Ale zacznę od początku, bo sama potrzebuję zrozumieć, jak to się stało, że kobieta, która przez trzydzieści lat nie potrafiła usiąść na pięć minut bez poczucia winy, nagle wsiadła w pociąg z jedną torbą i wyjechała nad morze na święta.

Nazywam się Bożena i mam sześćdziesiąt dwa lata. Całe życie mieszkam w Poznaniu, na osiedlu przy Ruszczyca. Blok z wielkiej płyty, trzecie piętro, widok na parking i wierzbę, która co roku puszcza pączki dokładnie na tydzień przed Wielkim Tygodniem. Po tej wierzbie odmierzałam czas lepiej niż po kalendarzu.

Mąż Tadeusz odszedł osiem lat temu. Nie zostawił mnie - zmarł. Rak płuc, choć nigdy nie palił. Lekarze mówili, że tak bywa. Zostałam z dwojgiem dorosłych dzieci: Agnieszka miała wtedy trzydzieści lat, Marcin dwadzieścia siedem. Oboje w Poznaniu, oboje z własnymi mieszkaniami, oboje - jak mi się wtedy zdawało - potrzebujący matki bardziej niż kiedykolwiek.

I wtedy zaczęłam swój rytuał. Jeszcze za życia Tadeusza pomagałam, ale z umiarem. Po jego śmierci umiar zniknął. Jakby energia, którą kierowałam na męża, musiała gdzieś popłynąć - i popłynęła do dzieci. Myłam okna u Agnieszki, bo „Aga, ty z małym nie dasz rady". Myłam u Marcina, bo „syn to syn, nie będzie sam ścierką machał". A swoje zostawiałam na koniec, bo moje mogły poczekać.

Przed Wielkanocą lista wyglądała zawsze tak samo. Poniedziałek i wtorek - Agnieszka. Pieczenie mazurka, lepienie pierogów, mycie okien, prasowanie obrusa. Środa - Marcin. Bigos, żurek, okna, odkurzanie zasłon. Wielki Czwartek i piątek - moje mieszkanie. Sobota - święcenie koszyczka i ostatnie poprawki u siebie. Niedziela - śniadanie wielkanocne u Agnieszki, bo tam więcej miejsca.

Tadeusz by powiedział: „Bożena, ty się kiedyś zagonisz". Miał taką manierę, że z troską mówił rzeczy, które brzmiały jak żarty. Brakowało mi tego. Brakowało mi kogoś, kto powie „zostaw, usiądź".

W zeszłym roku przed Wielkanocą zdarzyło się coś, co powinno być sygnałem. Byłam u Marcina, stałam na taborecie, ścierałam kurz z karniszy - bo karnisze to moja specjalność, nikt nie pamięta o karniszach - i nagle zakręciło mi się w głowie. Złapałam się firanki. Firanki, oczywiście, nie utrzymałyby nawet kota. Zsunęłam się z taboretu, wylądowałam na dywanie, karnisze spadły razem z firankami. Marcin wbiegł z łazienki z pianą do golenia na połowie twarzy.

- Mamo! Co ty robisz?!

- Karnisze ci myłam.

- Jakie karnisze?! Kto cię prosił?!

Nikt mnie nie prosił. Na tym polegał problem. Nikt mnie nie prosił od lat, a ja robiłam wszystko, jakby prosili. Jakby beze mnie święta się nie odbyły.

Marcin pomógł mi wstać, zrobił herbatę, powiedział „mamo, nie musisz tego robić". A za tydzień, w Wielką Sobotę, zadzwonił i zapytał, czy przyniosę jeszcze chrzan, bo zapomniał kupić. I byłam szczęśliwa, że pyta. Że jestem potrzebna.

Rozumiecie? Ja się z tego karmiłam. Z bycia potrzebną. Po śmierci Tadeusza to był jedyny pokarm, który znałam.

W tym roku w lutym poszłam na kontrolne badania. Nic poważnego - ciśnienie, cholesterol, kolana, które trzeszczą na schodach. Ale doktor Jabłońska, młoda, może czterdziestoletnia, powiedziała coś, co utkwiło mi w głowie.

- Pani Bożeno, fizycznie jest pani w porządku jak na swój wiek. Ale ma pani taki zmęczony wyraz twarzy, że aż mnie martwi. Kiedy ostatnio robiła pani coś tylko dla siebie?

Milczałam. Naprawdę nie umiałam sobie przypomnieć. Kino? Dawno. Spacer bez celu? Nie pamiętam. Wyjazd gdziekolwiek? Tadeusz i ja jeździliśmy do Krynicy Morskiej. Co roku, na początku września, kiedy turyści już wracali. Pokój z widokiem na morze w pensjonacie pani Heleny. Po jego śmierci nie pojechałam tam ani razu.

Wracałam z przychodni piechotą, przez park Kasprowicza. Ławki mokre po śniegu, ale powietrze już pachniało wiosną. I wtedy pomyślałam: a co, gdybym w tym roku nie umyła nikomu okien?

Myśl była tak dzika, tak nieprzyzwoita, że aż się rozejrzałam, czy nikt jej nie usłyszał.

Przez następne tygodnie ta myśl wracała. Budziła mnie w nocy. Kusiła jak coś zakazanego. Nie umyć okien. Nie piec mazurka. Nie jechać z chrzanem. Pojechać nad morze. Sama.

W poniedziałek przed Wielkanocą zadzwoniłam do Agnieszki.

- Córeczko, w tym roku nie dam rady wam pomóc przed świętami.

Cisza. Potem:

- Wszystko w porządku, mamo? Coś ci jest?

- Nie, zdrowa jestem. Wyjeżdżam na kilka dni.

- Wyjeżdżasz? Gdzie? Teraz? Przed Wielkanocą?

W jej głosie nie było złości. Było niedowierzanie. Jakbym powiedziała, że lecę na Marsa. Matka wyjeżdża przed Wielkanocą - to się nie mieściło w żadnym ze scenariuszy, które Agnieszka znała.

- Do Krynicy Morskiej. Nad morze.

- Mamo, ale… a okna? A pierogi? A mazurek?

Przełknęłam ślinę. Serce mi waliło jak przed egzaminem.

- Mazurek kupicie w cukierni u Sadowskiego. Pierogi umiesz robić, uczyłam cię. Okna… okna poczekają.

Agnieszka milczała dłuższą chwilę. Potem powiedziała „no dobrze, mamo" takim tonem, jakim mówi się do kogoś, kto chyba postradał zmysły, ale jest się zbyt dobrze wychowanym, żeby to powiedzieć wprost.

Do Marcina zadzwoniłam zaraz potem, zanim stchórzyłam. Marcin zareagował inaczej.

- Spoko, mamo. Jedź. Dawno nigdzie nie byłaś.

A potem dodał ciszej:

- Tylko… dzwoń czasem, dobrze?

W Wielki Czwartek rano wsiadłam w pociąg do Gdańska, a stamtąd autobusem do Krynicy Morskiej. Pensjonat pani Heleny już nie istniał - zamienili go na apartamentowiec. Znalazłam mały hotel dwie ulice dalej. Pokój na drugim piętrze, z jedną wielką szybą i widokiem na Zalew Wiślany.

Stałam przy tej szybie z kubkiem kawy i płakałam. Nie ze smutku. Ze zdumienia. Że morze jest tam, gdzie je zostawiłam. Że niebo ma ten sam odcień co wtedy, kiedy stałam tu z Tadeuszem. Że można po prostu stać i patrzeć, i nic nie trzeba myć, kroić, prasować, nosić.

Wielki Piątek spędziłam na plaży. Wiatr zimny, piasek twardy, mało ludzi. Zjadłam rybę w smażalni, która pachniała olejem i morzem. W Wielką Sobotę poszłam do małego kościoła na święcenie pokarmów. Miałam ze sobą tylko bułkę, jajko i plasterek szynki kupione w sklepiku - mój koszyczek zmieścił się w reklamówce. Ksiądz pokropił go tak samo święcie jak każdy inny.

W Niedzielę Wielkanocną rano dostałam dwa SMS-y. Od Agnieszki: „Wesołych Świąt Mamo. Okna brudne ale jajecznica smaczna 😊". Od Marcina: „Wesołego mamo. Kupiłem mazurek u Sadowskiego. Nie jest taki jak Twój ale żyjemy."

Uśmiechnęłam się. A potem przyszedł trzeci SMS. Od Agnieszki, krótki: „Mamo, a w przyszłym roku to może pojedziemy razem?"

Odłożyłam telefon. Patrzyłam na morze za szybą. I nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo jeśli powiem „tak", to za rok znów będę organizować - tyle że wyjazd zamiast świąt. Znajdę hotel, zarezerwuję pokoje, zrobię listę, co zabrać. Zagonię się tak samo, tylko w innej scenerii.

A jeśli powiem „nie" - czy to znaczy, że wybieram morze zamiast rodziny?

Szyba hotelowa była czysta. Nikt jej dla mnie nie mył. I nikt o to nie prosił.