W pociągu do Olsztyna usiadła naprzeciwko mnie Teresa - poznałyśmy się po pięćdziesięciu latach od razu. Ta Teresa, z którą Stefan chodził przede mną. Przegadałyśmy trzy godziny: o nim, o naszych wdowich zimach, o ciśnieniu. Na peronie objęłyśmy się jak siostry - Stefan by nie uwierzył.

Ale zacznę od początku, bo ta historia zaczęła się na długo przed tamtym pociągiem.

Jechałam do Olsztyna na pogrzeb kuzynki Zosi. Kwiecień, sobota, pociąg z Warszawy Wschodniej o siódmej dwadzieścia. Wstałam o piątej, nastawiłam czajnik, wyprasowałam czarną bluzkę. Z lustra patrzyła na mnie sześćdziesięciosiedmioletnia kobieta, która od trzech lat robi to samo - wstaje, prasuje, jedzie, wraca do pustego mieszkania na Grochowie. Stefan umarł w grudniu dwa tysiące dwudziestego. Zawał, w domu, przy kolacji. Siedział przy stole, jedną ręką trzymał widelec, drugą złapał się za pierś i tyle. Karetka jechała dwadzieścia minut. Rosół stygł na kuchence.

W przedziale było pusto. Położyłam torebkę obok, wyjęłam książkę - ten kryminał, co mi Krysia pożyczyła - i próbowałam czytać. Na stacji w Legionowie wsiadła kobieta. Płaszcz w kolorze kawy z mlekiem, kasztanowe włosy ścięte krótko, okulary na łańcuszku. Usiadła naprzeciwko. Popatrzyłyśmy na siebie, jak to w pociągu, z tym automatycznym uśmiechem, który nie znaczy nic.

A potem ten uśmiech zamarł mi na twarzy.

Bo ja ją poznałam. Nie od razu po rysach - pięćdziesiąt lat robi swoje z każdą twarzą. Poznałam ją po oczach. Te same zielonkawe, uważne oczy, które patrzyły na mnie ze zdjęcia w portfelu Stefana, kiedy zaczęliśmy chodzić. Zdjęcie, które schował do szuflady, kiedy go o nie zapytałam. „To Teresa" - powiedział wtedy. - „Byliśmy razem w liceum. To już dawno nieaktualne."

- Przepraszam - odezwała się kobieta, pochylając się do przodu. - Czy my się znamy? Bo ja mam wrażenie, że pani twarz…

- Grażyna - powiedziałam. - Grażyna Witkowska. Z domu Pawlak.

Oczy jej się rozszerzyły. Zdjęła okulary, założyła je z powrotem, jeszcze raz zdjęła.

- Grażyna? Grażyna od Stefana Witkowskiego?

- Od Stefana - potwierdziłam i poczułam, jak mi gardło ściska te dwa słowa, jakby były za duże.

Teresa Maj, z domu Zielińska. Pierwszy rok liceum na Żoliborzu, rok siedemdziesiąty trzeci. Stefan chodził z nią półtora roku, zanim ją zostawił - dla mnie. To była jedna z tych historii, o których się nie rozmawia, bo niby po co. Wzięliśmy ślub w siedemdziesiątym szóstym, Stefan dostał posadę w zakładach na Pradze, ja pracowałam jako księgowa w spółdzielni. Mieliśmy dwójkę dzieci, mieszkanie w bloku, wakacje nad Bałtykiem. Normalne życie. I ani razu, przez czterdzieści cztery lata małżeństwa, Stefan nie wspomniał o Teresie.

A teraz siedziała naprzeciwko mnie, w pociągu do Olsztyna, i miała zaczerwienione oczy.

- Jadę na pogrzeb koleżanki - powiedziała cicho. - A ty?

- Kuzynki.

Milczałyśmy chwilę. Pociąg szarpnął, ruszył. Za oknem przesuwały się brzozy, jeszcze z tym wiosennym, jasnym listowiem, które wygląda, jakby ktoś je dopiero co namalował.

- Stefan nie żyje - powiedziałam, bo czułam, że powinnam to powiedzieć od razu. Żeby było jasne. Żeby nie wisiało między nami.

Teresa kiwnęła głową. Powoli, ze zrozumieniem, które mnie zaskoczyło.

- Wiem - szepnęła. - Widziałam nekrolog. W internecie, Bartek - mój syn - pokazał mi, jak szukać. Chciałam napisać, ale… do kogo? Nie znałam cię. A pisać do kogoś obcego o człowieku, z którym chodziło się pięćdziesiąt lat temu… to byłoby dziwne, prawda?

- Prawda - powiedziałam, chociaż nie byłam pewna.

Potem zamówiłyśmy herbatę u pani z wózkiem. Dwie w papierowych kubkach, bez cukru. Teresa wyciągnęła z torebki opakowanie herbatników i położyła między nami. Tak naturalnie, jakbyśmy to robiły co tydzień.

I zaczęłyśmy rozmawiać.

Najpierw ostrożnie, jak po cienkim lodzie. Teresa opowiedziała, że wyszła za Zdzisława, inżyniera z Ursusa, że mieli córkę i syna, że Zdzisław umarł sześć lat temu na raka trzustki. Powiedziała to spokojnie, rzeczowo, z tym samym wyrazem twarzy, który ja widuję u siebie w lustrze - uśmiech, który nie sięga oczu.

- Wiesz, co jest najgorsze? - zapytała, krusząc herbatnik w palcach. - Cisza. Rano budzisz się i cisza. Włączam radio, telewizor, czasem rozmawiam do kwiatów na parapecie. Ale to nie to samo.

Wiedziałam. Boże, jak ja wiedziałam.

- U mnie lodówka buczy - powiedziałam. - Kiedyś mnie denerwowało, a teraz jest jak towarzystwo. Jak przestaje, to mi się robi nieswojo.

Teresa roześmiała się. Cicho, z niedowierzaniem, jakby się bała, że to niestosowne. A potem ja się roześmiałam. I nagle siedziałyśmy w przedziale jak dwie starsze panie, które chichotają nad herbatą, a konduktor patrzy z uśmiechem, bo pewnie myśli, że jesteśmy koleżankami od lat.

Potem przyszedł Stefan. Znaczy - temat Stefan.

- Zostawił mnie w maju - powiedziała Teresa, patrząc za okno. - Przed maturą. Powiedział, że poznał kogoś. Nie powiedział kogo. Ja się dowiedziałam od Ewy Kowalczyk, pamiętasz Ewę?

Nie pamiętałam.

- Strasznie płakałam. Byłam pewna, że to koniec świata. A potem zdałam maturę, poszłam na studia, poznałam Zdzisława i okazało się, że świat się nie skończył. Tylko zmienił kształt.

Chciałam zapytać, czy miała do mnie żal. Przez pięćdziesiąt lat nosiłam w sobie to pytanie, choć nigdy go nie sformułowałam, nawet w myślach. Bo skąd miałabym o tym myśleć? Stefan był mój. Był moim mężem. A jednak gdzieś z tyłu głowy siedziała świadomość, że zabrałam go komuś.

Teresa odpowiedziała, zanim zdążyłam zapytać.

- Wiesz, Grażyna, ja ci kiedyś zazdrościłam. Strasznie. Przez lata. A potem Zdzisław zachorował i przestałam zazdrościć komukolwiek czegokolwiek. Bo co tu zazdrościć? Każdy nosi swoje.

Przełknęłam. Herbata była letnia i gorzka.

- Stefan wspominał o tobie - powiedziałam. Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Może dlatego, że to była prawda. Raz, dwadzieścia lat temu, po imieninach u szwagra, kiedy wypił za dużo, powiedział: „Wiesz, Grażyna, ja Teresie zrobiłem krzywdę. Taką prawdziwą krzywdę." I nic więcej. Zasnął na kanapie, a rano udawał, że nie pamięta.

Teresa zacisnęła usta. Przez chwilę widziałam tę dziewczynę sprzed pięćdziesięciu lat - zranioną, dumną, z oczami pełnymi łez.

- To dobrze - powiedziała wreszcie. - To dobrze, że wiedział.

Pociąg wjeżdżał na peron w Olsztynie. Trzy godziny minęły jak kwadrans. Teresa spakowała herbatniki, ja złożyłam okulary. Stałyśmy w przejściu między siedzeniami, niezdecydowane, jak kończyć coś, co dopiero się zaczęło.

Na peronie objęłyśmy się. Mocno, tak jak obejmują się kobiety, które przeszły to samo - niekoniecznie razem, ale w tym samym kierunku. Pachniała pudrem i miętą do żucia. Pomyślałam, że Stefan by nie uwierzył.

Teresa dała mi swój numer telefonu, zapisany na odwrocie paragonu z apteki. Włożyłam go do portfela, do tej samej przegródki, w której kiedyś leżało tamto zdjęcie.

Teraz siedzę w domu, jest wieczór, lodówka buczy. Na stole leży paragon z numerem telefonu. Myślę, czy zadzwonić. Bo to by znaczyło, że wpuszczam do swojego życia kobietę, która kochała mojego męża. Która może zna jakiegoś innego Stefana niż ten, z którym jadłam kolację przez czterdzieści cztery lata. I nie wiem, czy chcę poznać tego innego Stefana. Nie wiem, czy ten inny Stefan nie zmieni tego mojego.

Ale lodówka buczy, a cisza jest taka, że aż w uszach dzwoni.