Do zdjęć sprzedażowych ich mieszkania pożyczyli ode mnie dywan po rodzicach i obraz z żurawiami - „staging, mamo, podnosi cenę o dziesięć procent". Sprzedało się w miesiąc. Dywan i obraz „poszły w komplecie, kupujący się uparł". Dziesięć procent wzięli oni. Komplet był mój.

Dowiedziałam się o tym tak naprawdę przy herbacie. Zwykła sobota, koniec marca, za oknem kwitły forsycje. Synowa Patrycja siedziała naprzeciwko mnie przy kuchennym stole i mieszała łyżeczką w szklance, jakby chciała wywiercić dziurę w dnie. Tomek - mój syn - stał przy oknie i udawał, że sprawdza telefon. Nie patrzył na mnie. To było pierwsze, co mnie zaniepokoiło. Tomek zawsze patrzy mi w oczy, nawet kiedy kłamie. Zwłaszcza kiedy kłamie.

- Mamo, mamy dobrą wiadomość - powiedział w końcu, wciąż wpatrzony w ekran. - Mieszkanie sprzedane. Akt notarialny w czwartek.

Ucieszyłam się. Naprawdę się ucieszyłam. Dwa pokoje na Grochowie, które kupili pięć lat temu na kredyt, ciągnęły ich jak kamień u szyi. Raty, remonty, sąsiad alkoholik, pęknięta rura w łazience co drugi miesiąc. Kiedy postanowili sprzedać i przeprowadzić się bliżej szkoły dzieci, pomyślałam: nareszcie rozsądna decyzja.

A potem zapytałam o dywan.

- A kiedy odbiorę rzeczy? Bo wiesz, dywan leży u was od stycznia, a ja bym chciała go wyczyścić przed świętami wielkanocnymi.

Patrycja przestała mieszać herbatę. Łyżeczka uderzyła o brzeg szklanki z cichym, metalicznym dźwiękiem. Tomek schował telefon do kieszeni i wreszcie na mnie spojrzał. I wtedy już wiedziałam.

Ten dywan to nie był zwykły dywan. Mama kupiła go w osiemdziesiątym trzecim roku, jeszcze za bony towarowe. Perski wzór, bordowy z granatem, ręcznie wiązany. Tata żartował, że kosztował więcej niż ich meblościanka. Leżał w dużym pokoju naszego mieszkania na Pradze przez dwadzieścia siedem lat - pod stołem wigilijnym, pod choinkami, pod moimi bosymi stopami, kiedy odrabiałam lekcje na dywanie przy telewizorze. Po śmierci rodziców zabrałam go do siebie. Wyczyszczony, odświeżony, pachniał jak nowy, ale kiedy przyłożyłam nos do frędzli, wciąż czuć było tamto mieszkanie. Lekka woń lakieru do paznokci mamy i tytoniu taty. Wiem, że to pewnie wyobraźnia. Ale wyobraźnia to też pamiątka.

Obraz z żurawiami namalował kolega ojca, pan Wiesław, artysta amator, który przez całe życie pracował na kolei, a malował w weekendy. Tata dostał go na pięćdziesiąte urodziny. Dwa żurawie na tle mglistego jeziora, trochę naiwne, trochę piękne. Kiedy pan Wiesław umarł w dziewięćdziesiątym ósmym, obraz stał się jedynym śladem po nim. Nikt inny nie pamiętał, że istniał.

Tomek wiedział to wszystko. Wiedział, bo sam jako dzieciak bawił się na tym dywanie. Wiedział, bo sam pytał mnie kiedyś: „Mamo, a czemu te ptaki na obrazie stoją na jednej nodze?"

- No więc, mamo - zaczął Tomek i przełknął ślinę. - Kupujący się uparł. Powiedział, że albo mieszkanie z tym wyposażeniem, albo dziękuje. My nie mogliśmy ryzykować. Wiesz, ile czekaliśmy na ofertę.

Milczałam. Patrycja wstała od stołu, odwróciła się do zlewu i zaczęła myć szklankę, która nie wymagała mycia.

- Staging, mamo - dodała, nie odwracając się. - To normalna praktyka. Pożyczone rzeczy podnoszą wartość. Nasz agent mówił, że dywan i obraz dodały charakteru. Że dzięki nim cena poszła w górę o jakieś dziesięć procent.

- Dziesięć procent - powtórzyłam. Przeliczałam w głowie. Mieszkanie sprzedali za czterysta siedemdziesiąt tysięcy. Dziesięć procent to czterdzieści siedem tysięcy złotych. Czterdzieści siedem tysięcy za dywan mojej mamy i obraz, który namalował kolejarz z duszą artysty.

- Ile z tego dostanę? - zapytałam cicho.

Tomek zamrugał. Patrycja zakręciła kran.

- Mamo, no co ty... Przecież to nie tak, że sprzedaliśmy twoje rzeczy. One poszły w komplecie z mieszkaniem. Kupujący zapłacił za całość. Nie da się wyodrębnić kwoty za dywan.

- Ale da się wyodrębnić dywan z mojego salonu i zanieść go do waszego mieszkania na zdjęcia, prawda?

Znów cisza. Za oknem sąsiadka z parteru rozwieszała pranie na sznurku. Słyszałam skrzypienie klamerek.

- Tomek - powiedziałam spokojnie, choć ręce mi drżały pod stołem. - Czy ten kupujący w ogóle wiedział, że dywan i obraz nie są wasze?

Syn odchrząknął.

- To było skomplikowane, mamo. Agent powiedział...

- Czy wiedział?

- Nie.

Wstałam. Nogi miałam ciężkie, jakbym nagle postarzała się o dziesięć lat. Wzięłam torebkę z krzesła, założyłam buty w przedpokoju. Patrycja wyszła z kuchni i stała, oparta o framugę, z mokrymi rękoma.

- Mamo, proszę, nie rób sceny - powiedziała. - Możemy kupić pani nowy dywan. Ładniejszy.

Nie odpowiedziałam. Co miałam powiedzieć? Że nie chcę ładniejszego? Że chcę tamten, który pachniał lakierem do paznokci mojej matki? Że na nowym dywanie nie będzie plamy od kawy, którą tata wylał w Wigilię dziewięćdziesiątego pierwszego, i że ta plama była warta więcej niż ich dziesięć procent?

Na klatce schodowej zatrzymałam się na półpiętrze. Oparłam się o ścianę i stałam tak długo, wdychając zapach starej farby i piasku, który ktoś wniósł na butach z podwórka. Myślałam o tym, jak trzy miesiące temu Tomek przyjechał po ten dywan. Jak zwinął go razem z kolegą i zaniósł do busa. Jak powiedział: „Oddamy za tydzień, mamo, obiecuję". Jak uśmiechnął się tym swoim chłopięcym uśmiechem, który od trzydziestu pięciu lat rozbrajał mnie za każdym razem.

Tydzień zamienił się w miesiąc. Miesiąc w trzy. A trzy miesiące w sobotę przy herbacie, kiedy dowiedziałam się, że pamiątki po moich rodzicach leżą teraz w obcym mieszkaniu, kupione przez kogoś, kto nie ma pojęcia, skąd pochodzą.

Następnego dnia zadzwoniła Patrycja. Rzeczowym tonem, jakby dzwoniła do ZUS-u, wyjaśniła, że mogą mi oddać trzy tysiące złotych „za kłopot". Trzy tysiące. Za dywan, który mama wybrała czterdzieści lat temu, i obraz, który pan Wiesław malował pewnie przez całą zimę, bo kolej nie dawała mu dużo wolnych weekendów.

- Trzy tysiące to uczciwa cena za stary dywan i obraz amatora - powiedziała Patrycja. W jej głosie słyszałam coś nowego. Irytację. Jakby to ja była nierozsądna.

Odłożyłam słuchawkę. Usiadłam w fotelu w salonie i patrzyłam na jasny prostokąt na podłodze, tam gdzie leżał dywan. Na ścianie nad komodą - blady ślad po obrazie, idealnie widoczny w popołudniowym świetle.

Minął tydzień. Tomek nie dzwonił. Ja też nie dzwoniłam. W Wielki Piątek napisał SMS: „Mamo, przyjedziemy na śniadanie wielkanocne?" Trzymałam telefon w ręku i myślałam o tym, że za parę godzin powinnam nastawić żurek i upiec babkę. Że Ania i Kuba - moje wnuki - pewnie już pomalowały pisanki. Że na stole w jadalni będzie puste miejsce, gdzie zawsze stał wazon, który też im kiedyś pożyczyłam. Wazon wrócił. Dywan nie.

Napisałam: „Przyjedźcie". I zaraz skasowałam.

Potem napisałam znowu: „Przyjedźcie, ale najpierw porozmawiajmy". I to też skasowałam.

W końcu odłożyłam telefon na komodę, obok jasnego śladu po obrazie z żurawiami. Poszłam do kuchni nastawić żurek. Pusta kuchnia, puste miejsce na podłodze, puste miejsce na ścianie. SMS bez odpowiedzi.

Czasem myślę, że powinnam po prostu machnąć ręką. Dywan to dywan, obraz to obraz. Tomek to mój jedyny syn, wnuki rosną, życie jest za krótkie na wojnę o rzeczy. Tak by pewnie powiedziała mama. A może nie. Może mama powiedziałaby: „To nie o dywan chodzi, Grażynka. To o to, czy syn cię szanuje".

I właśnie tego nie wiem.