Pamiętnik piszę od śmierci Stefana - zeszyt w kwiatki, szuflada pod bielizną. W niedzielnej kłótni córka krzyknęła: „sama napisałaś, że czujesz się ciężarem - to po co udajesz mocną?!". Zamilkłyśmy obie: ona, bo się zdradziła; ja, bo pojęłam, że szuflada też była „wspólna". Zeszyt przeprowadził się do torebki. Noszę go przy sobie - jak dowód.

Tamta niedziela pachniała serem na gorąco i kwiatami bzu, które Renata przyniosła rano z targu na Bielanach. Włożyła je do wazonu po mamie, tego kryształowego, i powiedziała: „Ładnie tu masz, mamo, naprawdę ładnie". I nie wiem, może to był komplement, a może już wtedy sprawdzała, czy się tu dobrze czuję. Czy jej nie potrzebuję za bardzo.

Stefan odszedł trzynaście miesięcy temu. Rak trzustki, szybko, brutalnie - dwa miesiące od diagnozy do pogrzebu. Czterdzieści jeden lat małżeństwa i na koniec dwa miesiące, w których byłam tak zajęta szpitalem, receptami i prześcieradłami, że nie zdążyłam się nawet porządnie bać. Strach przyszedł później. Cichy, nocny, z twarzą pustego mieszkania.

Zeszyt kupiłam w papierniczym przy Kasprzaka, tydzień po pogrzebie. W kwiatki, bo inne były w kratkę albo w linię, a mnie się wydawało, że do pamiętnika pasują kwiatki. Śmieszne, te rzeczy, na których się człowiek skupia, kiedy grunt ucieka spod nóg.

Pisałam wieczorami, przy herbacie z cytryną, w kuchni. Stefan zawsze mówił, że kuchnia to jedyny pokój, w którym naprawdę mieszkamy. Reszta - na pokaz. Miał rację. Więc siadałam na tym samym krześle, na którym siadał on, i pisałam. O tym, że się boję.

Że budzę się o trzeciej i słucham ciszy. Że czuję się ciężarem dla Renaty, bo dzwonię za często. Że chcę być dzielna, ale nie umiem.

Renata jest moją jedyną córką. Ma czterdzieści dwa lata, pracuje jako farmaceutka w aptece przy Powązkowskiej, ma męża Dariusza i dwójkę dzieci - Olka i Zuzię. Mieszka piętnaście minut autobusem ode mnie. Piętnaście minut, a czasem przepaść.

Po śmierci Stefana Renata zaczęła przyjeżdżać w niedziele. Przywoziła obiad, czasem ciasto, zawsze jakiś temat do rozmowy - nowy serial, szkoła Zuzii, remont łazienki. Rozmawiałyśmy o wszystkim, tylko nie o tym, co najważniejsze. Ja nie chciałam jej obciążać. Ona - jak się okazało - wolała czytać niż pytać.

Bo szuflada pod bielizną to nie był żaden sejf. Zeszyt leżał pod rajstopami i halkami, które i tak wyciągałam raz na pół roku. Ale Renata od dziecka znała to mieszkanie lepiej niż ja sama. Wiedziała, gdzie chowam oszczędności, gdzie leży paszport, gdzie akt własności. Stefan żartował, że ta dziewczyna to lepszy detektyw niż Kojak. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że szuka czegoś w mojej bieliźniarce.

A jednak szukała. I znalazła.

Nie wiem, kiedy to przeczytała. Nie wiem, ile razy. Nie wiem, czy wystarczyła jej jedna wizyta, czy wracała do zeszytu jak do serialu - odcinek po odcinku, moja samotność, moje lęki, moje nocne myśli, których nigdy bym jej na głos nie powiedziała.

Tamta niedziela zaczęła się normalnie. Obiad, kawa, Renata opowiadała o Olku, który dostał piątkę z matmy. Potem rozmowa zeszła na mnie. Delikatnie, jak zawsze - „Mamo, a może byś się zapisała na jakieś zajęcia?". Odpowiedziałam, że nie potrzebuję zajęć. Że daję sobie radę. Że nie jestem starą kobietą, która nie umie żyć sama.

I wtedy Renata powiedziała cicho: „Mamo, przestań udawać".

- Nie udaję - odpowiedziałam. - Naprawdę sobie radzę.

- Nie radzisz sobie. - Renata odstawiła filiżankę. - Budzisz się o trzeciej w nocy. Boisz się ciszy. Dzwonisz do mnie trzy razy dziennie i za każdym razem przepraszasz, że dzwonisz.

Zamarłam. Bo to nie były jej obserwacje. To były moje słowa. Moje zdania, zapisane w kwiatki między rajstopami a halkami.

- Skąd ty to wiesz? - wyszeptałam.

Renata spuściła wzrok. I wtedy to z niej wyszło - ta kwestia, jak cios pod żebra: „Sama napisałaś, że czujesz się ciężarem - to po co udajesz mocną?!".

Cisza. Zegar w przedpokoju tykał tak głośno, jakby ktoś go nagle podkręcił. Renata zrobiła się blada. Wiedziała, że powiedziała za dużo. Ja wiedziałam, że moja szuflada nigdy nie była tylko moja.

Nie krzyknęłam. Nie płakałam. Powiedziałam tylko: „Wyjdź, proszę".

Renata wzięła torebkę i wyszła. Na progu odwróciła się i powiedziała: „Mamo, ja chciałam tylko wiedzieć, jak się naprawdę czujesz. Bo ty mi nigdy nie mówisz".

Zamknęłam drzwi. Stałam w przedpokoju i słuchałam jej kroków na klatce schodowej. A potem poszłam do sypialni, otworzyłam szufladę i wzięłam zeszyt. Włożyłam go do torebki. Zasunęłam zamek.

Od tamtej niedzieli minęły trzy tygodnie. Renata dzwoni codziennie. Odbieram, rozmawiamy krótko - pogoda, dzieci, apteka. Żadna z nas nie wspomina o zeszycie. Żadna nie mówi „przepraszam".

Bo co tu powiedzieć? Że córka nie miała prawa czytać moich myśli? Oczywiście, że nie miała. Ale gdybym jej te myśli powiedziała sama, nie musiałaby szukać ich w szufladzie. To wiem. I to jest najgorsze - że mam do niej żal i jednocześnie rozumiem, dlaczego to zrobiła.

Piszę dalej. Codziennie. Teraz w torebce, przy zamkniętym zamku, czasem w kawiarni na rogu Kasprzaka, czasem na ławce w parku Sowińskiego, kiedy jest ciepło. Piszę o tym, że mi jej brakuje. Tej prawdziwej Renaty z niedzielnych obiadów, nie tej, która czytała moje sekrety, ale tej, która przynosiła bez i mówiła „ładnie tu masz, mamo".

Wczoraj wieczorem napisałam w zeszycie jedno zdanie. Długo nad nim siedziałam. „Może powinnam jej to po prostu przeczytać na głos". Zapisałam i zamknęłam. Nie wiem, czy to zrobię. Nie wiem, czy umiem. Czterdzieści lat mówiłam Stefanowi „dam radę" zamiast „pomóż mi" - i on mi wierzył, bo tak było łatwiej nam obojgu.

Zeszyt leży w torebce. Noszę go przy sobie, codziennie, jak dowód. Tylko nie jestem pewna - czego właściwie. Tego, że mam prawo do swoich myśli? Czy tego, że nigdy nie powinnam była ich chować?