Opłaciłam wnuczce pół wesela - salę i orkiestrę, z lokaty po Stefanie. Przy podziękowaniach młodzi wyczytali rodziców obu stron, chrzestnych, kucharki. Wodzireja pożegnali z imienia i nazwiska. Mój stolik był przy wyjściu na taras.
Kiedy wodzirej poprosił gości o brawa dla „cudownego zespołu Marek i Przyjaciele", poczułam, jak coś we mnie pęka. Cicho, bez efektów dźwiękowych - jak nitka w starym swetrze, którą ciągniesz i ciągniesz, aż nagle nie ma już czego ciągnąć. Siedemdziesiąt dwa lata życia, a wciąż potrafiłam się łudzić, że coś się zmieni.
Rozejrzałam się po sali. Dwieście osób. Stolik numer dwadzieścia trzy, ostatni przed drzwiami na taras, tuż przy głośniku, od którego dudniło mi w skroniach. Obok mnie siedziała kuzynka pana młodego, która przez całą kolację opowiadała mi o swoim psie rasy shih tzu. Miła kobieta. Nie wiedziała, kim jestem. Nikt przy tym stoliku nie wiedział.
- Pani też ze strony Marcina? - zapytała, nakładając sobie piąty kawałek tortu.
- Ze strony Oli - odpowiedziałam. - Jestem jej babcią.
Kobieta otworzyła szeroko oczy, jakbym powiedziała, że jestem królową Anglii. Potem zerknęła na numer naszego stolika, na odległość od stołu głównego, i zamilkła. Nawet shih tzu poszedł w odstawkę.
Nazywam się Halina. Stefan, mój mąż, odszedł cztery lata temu - rak trzustki, szybko i bez litości. Zostałam sama w naszym mieszkaniu na Gocławiu, trzy pokoje w bloku z wielkiej płyty, z meblościanką, którą Stefan kupił w osiemdziesiątym szóstym roku i której nie pozwalał wyrzucić do końca życia. Zostały mi po nim emerytura wdowia, album ze zdjęciami z wakacji nad Bałtykiem i lokata w banku. Sto czterdzieści tysięcy złotych. Całe nasze oszczędności, odkładane przez trzydzieści lat.
Ola to córka mojego syna Dariusza. Jedyna wnuczka. Kiedy była mała, przychodziła do mnie co niedzielę na sernik. Potem co drugą niedzielę. Potem na Wigilię i imieniny. Potem głównie na imieniny, i to nie zawsze. Tak to bywa - dzieci rosną, mają swoje sprawy, rozumiem. Ale gdy zadzwoniła w lutym i powiedziała, że wychodzi za mąż, poczułam coś, o czym myślałam, że już nie potrafię - radość tak czystą, że aż bolała.
- Babciu, wesele w maju, ale wiesz, ile to teraz kosztuje - westchnęła do telefonu. - Tata mówi, że nie damy rady na taką salę, jaką chcemy.
Nie musiała prosić. Sama zaproponowałam. Powiedziałam, że dziadek Stefan byłby szczęśliwy, gdyby wiedział, że jego pieniądze poszły na wesele wnuczki. Ola pisnęła do słuchawki. Dariusz oddzwonił wieczorem, głos miał taki dziwny - jakby chciał jednocześnie podziękować i przeprosić.
- Mamo, nie musisz.
- Wiem, że nie muszę. Chcę.
Siedemdziesiąt dwa tysiące poszło na salę - pałacyk pod Warszawą, z ogrodem i fontanną. Resztę dołożyłam do orkiestry, bo Ola marzyła o zespole na żywo, a nie o didżeju. Razem wyszło prawie dziewięćdziesiąt tysięcy. Ponad połowa lokaty. Podpisałam przelew w banku ręką, która nawet nie drżała. Była pewna.
Przez trzy miesiące przed ślubem żyłam tym weselem. Pomagałam Oli wybierać zaproszenia, jeździłam z nią na degustację menu, doradzałam przy kwiatach. Hortensje, nie róże - tak jak na moim ślubie ze Stefanem. Ola się śmiała, że jestem jej „wedding plannerką". Czułam się potrzebna. Czułam się częścią czegoś.
Zaproszenie przyszło pocztą, w eleganckiej kopercie ze złotym napisem. „Aleksandra i Marcin zapraszają na uroczystość zaślubin". W środku mała karteczka z numerem stolika. Dwadzieścia trzy. Pomyślałam, że to pomyłka. Zadzwoniłam do Dariusza.
- Tata, jaki ja mam stolik?
- Mamo, stoliki ustalała Ola z Marcinem. Pewnie przy rodzinie - odparł szybko, jakby chciał zmienić temat.
Nie był to stolik przy rodzinie. Sprawdziłam potem na planie sali, który Ola wrzuciła na Facebooka. Stolik numer jeden: rodzice panny młodej i pana młodego. Numer dwa: dziadkowie Marcina, jego brat z żoną. Numery trzy do dziesięć: bliscy znajomi, świadkowie, chrzestni. Numer dwadzieścia trzy: kuzynka Marcina, jej mąż, kolega z pracy pana młodego i „babcia Halina".
Babcia Halina - przy wyjściu na taras.
Nie powiedziałam nic. Pomyślałam, że to kwestia logistyki. Że dwieście osób to dużo. Że ktoś musi siedzieć przy tym stoliku, to czemu nie ja. Wmówiłam sobie to tak skutecznie, że prawie uwierzyłam.
Wesele było piękne. Sala lśniła. Orkiestra grała tak, że ludzie nie schodzili z parkietu. Jedzenie podawali kelnerzy w białych rękawiczkach. Fontanna w ogrodzie zmieniała kolory. Patrzyłam na to wszystko i myślałam o Stefanie, o tym, jak przez trzydzieści lat odkładał po trzysta, pięćset złotych miesięcznie. Jak rezygnował z nowego telewizora, żebyśmy mieli „poduszkę na czarną godzinę".
Potem przyszły podziękowania. Ola i Marcin stanęli na środku sali z mikrofonem. Ola miała łzy w oczach - wyglądała przepięknie. Wyczytali rodziców. „Dziękujemy mamie Renacie i tacie Dariuszowi za miłość i wsparcie". Oklaski. „Dziękujemy mamie Grażynie i tacie Wojciechowi za wiarę w nas". Oklaski. Potem chrzestni - czworo, z imienia i nazwiska. Potem „kochana ciociu Basiu, która upiekła ten niesamowity tort". Potem świadkowie. Potem koleżanki z pracy Oli, „które zorganizowały najlepszy wieczór panieński na świecie".
Na końcu Marcin wziął mikrofon i powiedział: „I wielkie brawa dla pana Marka i jego zespołu, bo bez was ta zabawa nie byłaby taka sama!".
I tyle.
Siedziałam przy stoliku numer dwadzieścia trzy i patrzyłam na swoje dłonie. Te same dłonie, które podpisywały przelew w banku. Które kroiły marchewkę do rosołu, kiedy Ola miała sześć lat i przychodziła na niedzielne obiady. Które trzęsły się, gdy Stefan umierał, ale nie trzęsły się, gdy oddawałam jego oszczędności.
Kuzynka Marcina położyła mi rękę na ramieniu.
- Na pewno zapomniała. Tyle stresu z tym ślubem - szepnęła.
Uśmiechnęłam się. Oczywiście, że zapomniała. Tak jak zapomniała o stoliku bliżej rodziny. Tak jak zapomniał Dariusz, żeby sprawdzić ten plan sali. Tak jak wszyscy zapomnieli, bo łatwo zapomnieć o kimś, kto nigdy nie robi problemów, nigdy się nie skarży, zawsze mówi „wiem, że nie muszę, ale chcę".
Wyszłam na taras. Miałam go tuż za plecami, w końcu stolik przy wyjściu na coś się przydał. Majowe powietrze pachniało bzem. Z sali dochodziła muzyka - orkiestra za trzydzieści tysięcy grała „Hej sokoły". Oparłam się o balustradę i pomyślałam, że Stefan nigdy by na to nie pozwolił. Nie na pieniądze - on sam by je dał. Ale na ten stolik. Na tę ciszę w miejscu, gdzie powinno być moje imię.
Telefon zawibrował w torebce. SMS od Oli: „Babciu, widziałaś tort? Podobny do Twojego sernika z rodzynkami 😊". Wpatrywałam się w ten emotikon z uśmiechem i zastanawiałam się, co odpowiedzieć. Czy powiedzieć jej. Czy w ogóle warto. Czy to cokolwiek zmieni, czy tylko dołoży jej poczucia winy, które i tak minie za tydzień.
Mogłam odpisać: „Piękny tort, kochanie". Mogłam napisać: „Szkoda, że dziadek nie dożył". Mogłam też po prostu schować telefon do torebki i wrócić na salę, usiąść przy stoliku dwadzieścia trzy i zatańczyć z kuzynką Marcina, która przynajmniej patrzyła mi w oczy.
Schowałam telefon. Zeszłam po schodkach z tarasu do ogrodu. Fontanna zmieniała kolory - niebieska, zielona, złota. Piękna. Droga. Nie z mojej lokaty, ale mogłaby być.
Szłam alejką w stronę parkingu i myślałam o jednym: czy Stefan odkładał te pieniądze, żeby nasza wnuczka mogła mieć fontannę w ogrodzie i babcię przy wyjściu na taras. I czy ja, gdybym mogła cofnąć czas, podpisałabym ten przelew jeszcze raz.
Nie znam odpowiedzi. I to chyba boli najbardziej.