Wnuk zdał prawko i wozi mnie sam z siebie: do lekarza, na działkę, raz nad zalew. W niedzielę przez uchylone drzwi usłyszałam, jak córka mówi mu w kuchni: „tylko nie daj się babci wykorzystywać". Jemu. O mnie. Tankuję mu zawsze do pełna.

Stałam w przedpokoju z reklamówką pełną jabłek z działki, które właśnie chciałam im zostawić. Buty jeszcze miałam na nogach. Drzwi do kuchni były uchylone na dwa palce, a głos Renaty - mojej jedynej córki - niósł się jak dzwonek na przerwę. Wyraźny, pewny siebie, bez cienia wątpliwości.

„Kuba, mówię ci poważnie. Babcia jest sprawna, ma sąsiadkę, może zamówić taksówkę. Nie musisz jej wozić trzy razy w tygodniu."

Kuba coś odpowiedział, ale cicho, nie dosłyszałam. Za to Renata nie ściszała się ani na chwilę: „Bo potem to się robi nawyk i nie dasz rady odmówić. Znam ją."

Znam ją. Te dwa słowa uderzyły mnie mocniej niż reszta. Postawiłam reklamówkę na podłodze, cofnęłam się o krok, otworzyłam drzwi wejściowe i zamknęłam je głośno, jakbym dopiero weszła. „Halo! To ja, przyniosłam jabłka!" - zawołałam, a głos mi nawet nie zadrżał. Bo przez sześćdziesiąt siedem lat życia nauczyłam się jednego: nie pokazywać, kiedy boli.

Renata wyszła z kuchni z uśmiechem. „O, mamo, nie spodziewałam się ciebie." Za nią Kuba - wysoki, dwudziestoletni, w za dużej bluzie, z tym swoim łagodnym spojrzeniem, które odziedziczył po moim mężu. „Cześć, babciu. Fajnie, że wpadłaś." Normalnie. Jakby nic.

Nazywam się Halina. Mieszkam sama w bloku na Gocławiu, trzecie piętro, dwie windy, z których jedna ciągle nie działa. Emerytura z ZUS-u po trzydziestu ośmiu latach pracy w księgowości - nie narzekam, ale Malediwów z niej nie będzie. Mąż, Tadeusz, odszedł pięć lat temu. Rak trzustki, siedem miesięcy od diagnozy do końca. Renata jest moim jedynym dzieckiem. Ma czterdzieści trzy lata, męża Dariusza i dwóch synów - Kubę i młodszego Filipa, który ma szesnaście lat.

Kuba zdał prawo jazdy w maju. Przyjechał do mnie tego samego dnia, zanim jeszcze zdążyłam się o tym dowiedzieć od Renaty. Stanął pod blokiem, zadzwonił domofonem i powiedział: „Babciu, masz ochotę na lody nad Wisłą? Ja prowadzę." Pojechaliśmy starym Golfem Dariusza. Kuba prowadził ostrożnie, może nawet za ostrożnie, bo na Wale Miedzeszyńskim trąbił na nas jakiś kierowca z tyłu. Śmialiśmy się z tego do łez.

Potem jakoś naturalnie wyszło, że wozi mnie na wizyty do lekarza. Mam zwyrodnienie kolana - chodzę, ale wchodzenie do autobusu i wychodzenie z niego to nie jest nic przyjemnego. Kuba sam zaproponował. Dzwonił w poniedziałek: „Babciu, kiedy masz ten ortopeda?" I przyjeżdżał. Czekał na parkingu, czasem czytał coś na telefonie, czasem szedł do pobliskiego sklepu kupić sobie bułkę z serem.

W czerwcu zabrał mnie na działkę ROD pod Otwockiem. Tadeusz kupił ją w dziewięćdziesiątym trzecim roku, z altanką i dwoma jabłonkami. Po jego śmierci jakoś nie mogłam się zmusić, żeby tam jechać sama - autobus, potem przesiadka, potem dwadzieścia minut piechotą. A z Kubą pojechaliśmy w pół godziny. Podlewał mi pomidory, nie pytając. Wyrwał chwasty spod porzeczek. „Dziadek by się ucieszył, że tu jest porządek" - powiedział, i musiałam się odwrócić, żeby nie zobaczył moich oczu.

Raz w lipcu, w upał, pojechaliśmy nad zalew w Zegrzu. Siedzieliśmy na kocu, jedliśmy kanapki z jajkiem, Kuba opowiadał o studiach informatycznych, na które się dostał. Pytał mnie o dziadka, o to, jak się poznaliśmy. Nikt mnie o to nie pytał od lat. Renata - nigdy.

Za każdym razem, kiedy Kuba odwoził mnie do domu, zostawiałam mu pieniądze na benzynę. „Babciu, no co ty" - mówił, ale brał, bo wiedział, że się obrażę. Tankuję mu zawsze do pełna. Czasem wsuwałam mu jeszcze stówkę pod wycieraczkę, bo wiem, że student to student. Nie robiłam tego, żeby go kupić. Robiłam to, bo mogłam, bo chciałam, bo to była jedyna przyjemność, jaka mi została - dać coś komuś, kto przyjmie to z uśmiechem, a nie z westchnieniem.

Bo Renata westchnienie opanowała do perfekcji. Kiedy dzwonię, żeby zapytać, czy wpadną w niedzielę - westchnienie. Kiedy proszę, żeby mi pomogła wybrać nowego lekarza pierwszego kontaktu - westchnienie. Kiedy mówię, że upiekłam sernik i mogę go przywieźć - „mamo, nie trzeba, my jesteśmy na diecie." Dieta. Czterdzieści trzy lata, a mój sernik jej już nie smakuje.

Nie mówię, że Renata jest złą córką. Dzwoni co tydzień. Przywozi mi leki z apteki, kiedy poproszę. Na Wigilię zawsze u nich, miejsce przy stole, opłatek, wszystko jak należy. Ale jest w jej głosie coś, co słyszę coraz wyraźniej - zmęczenie mną. Jakbym była rachunkiem, który przychodzi co miesiąc i trzeba go zapłacić.

A Kuba - Kuba po prostu przyjeżdżał. Bez tego zmęczenia. Bez westchnień. Czasem gadaliśmy, czasem milczeliśmy. Raz w korku na Grochowskiej powiedział: „Babciu, dobrze, że jesteś." Tak po prostu, z niczego. Spojrzał na mnie krótko i wrócił wzrokiem na drogę.

I nagle ta niedziela. Jabłka w reklamówce. Uchylone drzwi kuchenne. „Nie daj się babci wykorzystywać." Głos mojej córki, pewny i twardy jak glazura na podłodze w jej kuchni.

Wykorzystywać. To słowo kręci mi się w głowie od trzech dni. Budzę się z nim w nocy. Leżę w ciemności i myślę: czy ja naprawdę go wykorzystuję? Czy to, że cieszę się na jego przyjazd, że czekam przy oknie, kiedy widzę Golfa skręcającego na parking - czy to już jest wykorzystywanie?

Zadzwoniłam do Krysi z czwartego piętra, jedynej osoby, której mogę powiedzieć takie rzeczy. Krysia słuchała, a potem powiedziała: „Halinka, a może córka po prostu się boi, że Kuba za dużo na siebie bierze? Młody chłopak, studia, dziewczyna pewnie będzie, a tu babcia trzy razy w tygodniu." Może Krysia ma rację. Może Renata się o niego martwi, nie przeciwko mnie.

Ale to „znam ją" nie daje mi spokoju. Co ona zna? Moją samotność? To, że po śmierci Tadeusza chodziłam trzy miesiące w tych samych kapciach, bo nie miało znaczenia, co mam na nogach? To, że kiedy Kuba dzwoni, robię sobie herbatę i siadam przy oknie z uśmiechem, bo ktoś na świecie pomyślał o mnie nie z obowiązku?

Wczoraj Kuba napisał SMS-a: „Babciu, w czwartek masz ortopedę o 10? Podjadę o 9:30." Normalnie odpisałabym: „Dobrze, Kubusiu, czekam." Tym razem napisałam: „Nie musisz, synku, zamówię taksówkę." Odpisał od razu: „Babciu, co ty? Jadę." I dodał uśmiechniętą buźkę.

Nie odpisałam. Siedzę teraz przy kuchennym stole, telefon przede mną, herbata stygnie. Na blacie leżą klucze od działki - chciałam go poprosić, żebyśmy pojechali w sobotę zebrać ostatnie jabłka. Teraz nie wiem, czy powinnam.

Bo może Renata ma rację. Może powinnam zamówić taksówkę. Zapłacić obcemu człowiekowi i nie czuć się winna. Nie tankować nikomu do pełna. Nie zostawiać stówki pod wycieraczką. Nie piec sernika, którego nikt nie chce.

A może to Kuba ma rację, że babcia powinna po prostu być.

Patrzę na telefon. Kursor miga w okienku wiadomości. Jabłka na działce czekają, Kuba czeka, a ja nie wiem, czy odpisać to, co chcę - czy to, co wypada.