Sąsiad z dołu poskarżył się administracji: „po dwudziestej ktoś stuka - maszyna do szycia?!". Zgadza się: Singer, kostiumy na jasełka, termin gonił. Administracja przyszła z pismem, wyszła z zamówieniem na spódnicę sylwestrową. Sąsiadowi uszyłam ocieplaną poduszkę na parapet - przeprosinowo. Stukam teraz do dziewiętnastej. Ugoda krawiecka.

Tak to wygląda w skrócie. Ale życie nigdy nie jest skrótem. Za tą historią stoi Singer mojej matki, czterdzieści lat szycia, dwoje dorosłych dzieci, które dawno wyfrunęły z gniazda, i ja - Bożena, sześćdziesiąt jeden lat, emerytowana krawcowa z Wrocławia, która nie potrafi siedzieć z założonymi rękami.

Tamtego wieczoru - był chyba czwarty grudnia - siedziałam przy maszynie od szesnastej. Szesnaście kostiumów na jasełka w parafii na Psim Polu. Aniołki, pasterze, trzej królowie, Maryja i Józef. Jeszcze owca z filcu, bo proboszcz stwierdził, że „bez owcy to nie jasełka". Termin: osiemnasty grudnia, próba generalna. Dwa tygodnie na szesnaście strojów. I ja jedna z maszyną.

Singer stukał miarowo. Tuk-tuk-tuk-tuk. Znam ten dźwięk, odkąd pamiętam. Mama szyła do późna, a ja zasypiałam przy tym stukaniu jak przy kołysance. Tata mówił, że to nasz domowy zegar - że dopóki Singer pracuje, wszystko jest w porządku. Mama umarła osiem lat temu, Singer został. Zabrałam go z jej mieszkania na Biskupinie pierwszego. Mąż Leszek powiedział wtedy: „Bożena, po co ci ten grat, kup normalną maszynę". A ja nic, tylko postawiłam go na stoliku przy oknie i pogłaskałam obudowę. Ciepła była jeszcze, jakby mama dopiero wstała.

Leszek nie żyje od trzech lat. Zawał, nagle, w warsztacie samochodowym, który prowadził trzydzieści lat. Córka Agnieszka jest w Gdańsku, syn Piotrek w Irlandii. Dzwonią, czasem przyjeżdżają. Kocham ich, nie mam pretensji. Ale wieczory w bloku na Gaju potrafią być długie. Singer je skraca.

To proboszcz mnie poprosił o te jasełka. Znał mnie z parafii, wiedział, że szyję. „Pani Bożenko, nikt inny tego nie zrobi". Zgodziłam się, bo miałam puste ręce i puste wieczory. I bo dzieci z parafii to były właśnie takie siedmio-, ośmiolatki - w wieku moich wnuków, których nie mam, bo Agnieszka mówi, że „jeszcze nie teraz", a Piotrek w Irlandii ma dziewczynę, która nie chce dzieci w ogóle.

No więc szyłam. Wieczór za wieczorem. Biały atłas na skrzydła aniołów, brązowy polar na pasterzy, złota tkanina na korony króli. Mieszkanie wyglądało jak pracownia krawiecki - wszędzie szpilki, nici, kawałki materiału. Na stole w kuchni leżał wykrój owcy. Na kanapie - niedokończona szata Maryi. Czułam się potrzebna. To było najważniejsze.

Aż pewnego wieczoru, koło dwudziestej trzydzieści, rozległo się walenie w kaloryfer. Trzy razy. Mocne, zdecydowane. Przestałam szyć. Cisza. Wróciłam do pracy - i znowu: bam, bam, bam. Od dołu.

Sąsiad z parteru. Pan Tadeusz. Znałam go ze schodzenia po schodach - starszy pan, zawsze w tym samym beżowym swetrze, z gazetą pod pachą. Mówił „dzień dobry" sucho, jakby mu się nie chciało, ale mówił. Myślałam, że jesteśmy w porządku. Sąsiedzi jak sąsiedzi.

Następnego dnia w skrzynce znalazłam pismo z administracji. „W związku ze skargą mieszkańca lokalu nr 7... uciążliwy hałas w godzinach ciszy nocnej... prosimy o niezwłoczne zaprzestanie..." i tak dalej, drobnym druczkiem, na papierze z pieczątką.

Ręce mi się zatrzęsły. Nie ze złości - z upokorzenia. Jakby mnie ktoś przyłapał na czymś złym. A ja przecież szyłam kostiumy dla dzieci. Na jasełka. W parafii. Poczułam się jak przestępczyni. Usiadłam przy kuchennym stole, herbata stygła, a ja patrzyłam na to pismo i myślałam: „Bożena, co ty w ogóle robisz? Komu to potrzebne?"

Zadzwoniłam do Agnieszki. Córka powiedziała: „Mamo, po co ci te nerwy? Odmów proboszczowi, niech sobie kupi kostiumy w internecie".

Piotrek napisał SMS-a z Irlandii: „Mama daj spokój, nie warto się spinać".

Łatwo im mówić. Ich wieczory nie są puste.

Dwa dni nie szyłam. Chodziłam po mieszkaniu, przestawiałam doniczki, oglądałam telewizję, której nie znosiłam. Singer stał przy oknie milczący jak wyrzut sumienia. Na oparciu krzesła wisiała niedokończona szata Józefa - jeden rękaw gotowy, drugi tylko wycięty. Maryja bez rękawów. Owca bez nóg.

Trzeciego dnia przyszła pani z administracji. Miała na imię Lucyna, była jakaś czterdziestoparoletnia, w grzywce i okularach w ciemnej oprawce. Weszła, rozejrzała się po mieszkaniu i powiedziała: „Ojej, to u pani tak ładnie? Sąsiad mówił, że tu jakiś warsztat".

Pokazałam jej kostiumy. Aniołki na wieszakach, pasterzów na krześle, koronę jednego z króli na stoliku. Lucyna dotknęła atłasu i zrobiła taką minę, jakby zobaczyła coś, czego dawno nie widziała.

- Pani Bożenko - powiedziała wolno - a pani by mi nie uszyła spódnicy? Na sylwestra? Nic wymyślnego, po prostu ładną, rozkloszowaną, bordową. Ja w sklepach nic nie mogę znaleźć na siebie.

Zapisałam wymiary na odwrocie tego samego pisma ze skargą. Lucyna się roześmiała. Ja też. Pierwszy raz od tygodnia.

Ale pismo było pismem, a sąsiad sąsiadem. Następnego ranka zeszłam na parter. Zapukałam do drzwi numer siedem. Pan Tadeusz otworzył w tym swoim beżowym swetrze, patrzył na mnie spod brwi, jakby czekał na awanturę.

- Panie Tadeuszu - powiedziałam - przepraszam za hałas. Szyję kostiumy na jasełka dla dzieci, termin mi goni. Od dziś kończę o dziewiętnastej. Słowo.

Stał chwilę w ciszy. Potem powiedział coś, czego się nie spodziewałam.

- Moja żona też szyła. Też na Singerze. Umarła w marcu.

Nie wiedziałam. Trzy lata w jednym bloku i nie wiedziałam, że pan Tadeusz miał żonę, że ją stracił pół roku temu, że ten stukot maszyny to nie był dla niego hałas - to było echo czegoś, co go bolało.

Staliśmy w drzwiach. Nic nie mówiliśmy. Wreszcie skinął głową.

- Do dziewiętnastej - powtórzył. - Dobrze.

Wróciłam na górę i uszyłam mu poduszkę na parapet. Ciepłą, z polarowego materiału, który został po pasterzach, z wkładką z owczej wełny. Zaniosłam wieczorem. Nie uśmiechnął się, ale wziął. Powiedział: „Żona miała taką samą, zieloną". Moja była brązowa. Nic nie odpowiedziałam.

Jasełka się udały. Szesnaście kostiumów gotowych na czas, łącznie z owcą. Dzieci śpiewały „Wśród nocnej ciszy", a ja siedziałam w ostatniej ławce i płakałam, bo mały Kubuś w stroju anioła wyglądał dokładnie tak, jak Piotrek trzydzieści lat temu.

Lucyna dostała swoją spódnicę. Bordową, rozkloszowaną, z podszewką. Zapłaciła sto pięćdziesiąt złotych i powiedziała, że poleci mnie koleżankom.

Pan Tadeusz od tamtej pory mówi „dzień dobry" inaczej. Cieplej. Raz zostawił mi pod drzwiami słoik miodu - bez kartki, ale wiedziałam, że od niego. Pachniał lipą.

Singer stoi przy oknie i czeka. Stukam do dziewiętnastej, jak obiecałam. Czasem o osiemnastej pięćdziesiąt dziewięć podnoszę stopkę i wsłuchuję się w ciszę bloku. I myślę sobie, że może powinnam zapukać do drzwi numer siedem i zapytać, czy pan Tadeusz nie chciałby herbaty. Albo może nie powinnam. Może wystarczy, że stukam, a on wie, że jestem piętro wyżej.

Agnieszka dzwoniła wczoraj. Powiedziała: „Mamo, może byś przyjechała do Gdańska na święta?". Powiedziałam, że się zastanowię. Bo mam jeszcze jedną spódnicę do uszycia. I poduszkę, której nikt nie zamawiał, ale która może komuś będzie potrzebna.

Singer stuka. Dopóki stuka, wszystko jest w porządku.