Pani Jadzia z okienka numer cztery obsługuje mnie dwadzieścia lat: wie o wdowieństwie, o waloryzacjach, o wnukach. W piątek okienko stało puste - pani Jadzia przeszła na własną emeryturę. U dyrekcji zostawiłam bukiecik z karteczką: „dla najlepszego okienka Rzeczypospolitej". Podobno płakała. Ja, przy okienku piątym, trochę też.

Wracałam do domu tramwajem i myślałam, że to absurdalne - płakać z powodu urzędniczki. Że sąsiadki z bloku spojrzałyby na mnie jak na wariatkę, gdybym powiedziała im, że jedyna osoba, której naprawdę opowiadałam o swoim życiu, siedziała za szybą z plastikowym numerkiem „4" na okienku ZUS-u na Senatorskiej.

A przecież tak właśnie było.

Pierwszy raz trafiłam do pani Jadzi w dwa tysiące czwartym roku, jesienią. Stanisław nie żył od trzech miesięcy. Przyszłam złożyć wniosek o rentę rodzinną i nie wiedziałam, który formularz wziąć z półki. Stałam przy tych stojakach z drukami, trzymałam torebkę obiema rękami i czułam, że zaraz się rozpłaczę - nie dlatego, że formularze były skomplikowane, tylko dlatego, że Stanisław zawsze wszystko załatwiał. Każdy urząd, każdy druk, każdą urzędową kopertę. A ja nagle zostałam sama z tym wszystkim.

- Pani do mnie - usłyszałam cichy głos. - Niech pani siada, ja pomogę.

Pani Jadzia miała wtedy może czterdzieści parę lat, jasne włosy upięte w koka i okulary na łańcuszku. Wyglądała jak moja koleżanka ze szkoły, ta od polskiego. Wzięła ode mnie akt zgonu, przeczytała uważnie, potem podniosła wzrok i powiedziała: - Bardzo mi przykro z powodu męża.

Żadne „proszę wypełnić rubrykę trzecią". Żadne „czy ma pani kserokopię". Najpierw ta jedna ludzka rzecz. Potem dopiero formularze.

Tak się zaczęło. Przychodziłam do niej raz na kwartał, potem raz na pół roku, potem regularnie przy każdej waloryzacji. Niektórzy ludzie chodzą do fryzjera po rozmowę - ja chodziłam do okienka numer cztery. To brzmi dziwnie, wiem. Ale przy okienku jest taki moment, kiedy człowiek musi powiedzieć prawdę. Bo urzędniczka pyta: ile pani zarabia, z kim pani mieszka, czy pani sama. I nie da się kłamać, bo te dane i tak są w systemie.

Pani Jadzia wiedziała więc o mnie rzeczy, których nie wiedziały moje siostry. Że przez dwa lata po śmierci Stanisława nie dałam rady wrócić do pracy w bibliotece i żyłam z samej renty. Że córka Ania wyjechała do Irlandii i przez rok się nie odzywała. Że syn Grzegorz brał kredyt za kredytem i prosił o pieniądze, których nie miałam.

- Pani Bożeno - powiedziała mi raz, pochylając się do okienka, tak że prawie dotykała szyby czołem. - Jak syn pyta o pieniądze, niech pani pokaże mu ten odcinek. To jest tysiąc sześćset złotych. Z tego pani żyje.

Pamiętam tę chwilę dokładnie. Był luty, na kaloryferach w ZUS-ie suszyły się czyjeś rękawiczki. Pani Jadzia podała mi kartkę z wyliczeniem - spokojnie, bez oceniania, bez „niech pani nie daje". Tylko fakty. Cyfry. I jedno zdanie, które zostało ze mną na lata: - Pani też się liczy.

Grzesiek się obraził. Nie odzywał się trzy miesiące. Potem zadzwonił w Wigilię, bo potrzebował stołu - jego Kasia pokłóciła się z teściową i nie mieli gdzie zjeść. Ugotowałam barszcz, nałożyłam sianko pod obrus, postawiłam dwanaście potraw, choć było nas czworo. Grzegorz nie wspomniał o pieniądzach. Ja też nie. Siedzieliśmy przy stole i jedliśmy pierogi z kapustą, i było dobrze - takim cichym, kruczym „dobrze", które znam od wdowieństwa.

Przez dwadzieścia lat pani Jadzia przeszła ze mną przez trzy waloryzacje, jedną odmowę dodatku pielęgnacyjnego, odwołanie, ponowne odwołanie i wreszcie decyzję pozytywną. Przeszła ze mną przez komunię wnuczki Oliwki - bo przyniosłam zdjęcie pochwalić się, a pani Jadzia powiedziała, że sukienka śliczna i żeby dziecko się uczyło, bo nauka to jedyne, czego nikt człowiekowi nie zabierze.

Znała moją córkę z opowiadań. Kiedy Ania wróciła z Irlandii po ośmiu latach - z mężem Patkiem i dwójką rudych dzieci, które nie mówiły po polsku - pani Jadzia pomogła mi złożyć wniosek o becikowe na jedno, choć przepisy się zmieniły i nikt już nic nie rozumiał. Siedziałyśmy po zamknięciu, bo kolejka i tak była pusta. Piłyśmy herbatę z termosów. Jej termos miał na sobie naklejkę z napisem „ZUS daje radę".

Może dlatego piątek tak mnie uderzył.

Przyszłam jak zwykle, z numerkiem, z dowodem, z tym samym pytaniem o waloryzację, które zadaję co roku. Stanęłam przed okienkiem czwartym i zobaczyłam pustą szybę. Za nią - biurko jak każde inne, monitor, kubek po kawie. Ale bez pani Jadzi. Nowa karteczka na okienku głosiła: „Okienko nieczynne. Proszę kierować się do okienka nr 5".

Ochroniarz powiedział, że pani Jadwiga odeszła z końcem miesiąca. Emerytura. Że było pożegnanie, tort, kwiaty od dyrektora. Że się wzruszała.

Ja o tym pożegnaniu nic nie wiedziałam. I czemu miałabym wiedzieć? Byłam przecież tylko petentką. Jedną z tysięcy.

Ale poszłam do dyrekcji. Kupiłam po drodze w kwiaciarni na rogu mały bukiecik - frezje, bo w bibliotece kiedyś czytałam, że frezje oznaczają wdzięczność. Napisałam na karteczce: „Dla najlepszego okienka Rzeczypospolitej. Z podziękowaniem - Bożena M., okienko 4, dwadzieścia lat". Sekretarka wzięła, powiedziała, że przekaże.

Przy okienku piątym obsługiwał mnie młody chłopak w za dużym garniturze. Uprzejmy, sprawny, wszystko wyjaśnił. Waloryzacja naliczona, decyzja przyjdzie pocztą. Podziękowałam, schowałam papiery do torebki. I wtedy ten chłopak zapytał: - Czy coś jeszcze mogę pomóc?

I ja chciałam powiedzieć: nie, dziękuję. Ale powiedziałam: - Wie pan, ja tu chodzę dwadzieścia lat.

Pokiwał głową grzecznie, bez zrozumienia. I miał prawo nie rozumieć. Bo skąd on mógł wiedzieć, że za tą szybą można przez dwadzieścia lat budować coś, co nie ma nazwy. Nie przyjaźń, nie relacja klient-urzędnik, nie znajomość. Coś pomiędzy. Coś, co trzyma człowieka przy ziemi, kiedy pod nogami nie ma już gruntu.

W poniedziałek zadzwoniła Ania. Powiedziała, że sekretarka z ZUS-u przekazała bukiet pani Jadzi i że pani Jadzia podobno płakała. Skąd Ania wiedziała? Bo pani Jadzia zadzwoniła do mojej córki. Miała jej numer - kiedyś Ania zostawiła go przy odwołaniu jako kontaktowy.

- Mamo - powiedziała Ania - ta pani pyta, czy mogłabyś do niej zadzwonić. Zostawiła numer.

Zapisałam cyfry na karteczce od rachunku za prąd. Położyłam ją na szafce w przedpokoju. Leży tam od tygodnia. Codziennie na nią patrzę, kiedy wychodzę po bułki.

Bo ja nie wiem, czy powinnam zadzwonić. Przy okienku wiedziałyśmy, kim jesteśmy - ja petentka, ona urzędniczka, i w tych ramach było bezpiecznie. Mogłam mówić o Grzegorzu, o pieniądzach, o samotności, bo to była rozmowa przez szybę. A co będzie bez szyby? Czy dwie starsze kobiety, które znają się tylko z jednej strony biurka, potrafią zbudować coś po drugiej?

Podnoszę słuchawkę, odkładam. Podnoszę, odkładam. Jak wtedy, dwadzieścia lat temu, kiedy stałam przy stojakach z formularzami i nie wiedziałam, od czego zacząć.

Tylko że wtedy ktoś powiedział: „Pani do mnie. Niech pani siada, ja pomogę".

Może teraz moja kolej.