Syn zamontował mi „nowoczesny termostat, żebyś nie musiała schylać się do pieca". Od listopada w mieszkaniu jest chłodno, a pokrętło nic nie robi. Zadzwoniłam, a on: „Mamo, ustawiłem z telefonu osiemnaście stopni, przecież i tak siedzisz w swetrze."
Osiemnaście stopni. Jakby to on tu siedział od szóstej rano w kuchni z herbatą, w kapciach na dwa skarpety i wełnianej narzutce na kolanach. Jakby to jemu drętwiały palce przy obieraniu ziemniaków. Odłożyłam słuchawkę i popatrzyłam na ten termostat - biały prostokącik na ścianie, z niebieskim ekranikiem, na którym migała cyfra 18. Pokrętło pod spodem kręciło się lekko, ale nic się nie zmieniało. Zupełnie jak rozmowa z Tomkiem.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzech lat jestem wdową. Nie - źle zaczęłam. Bo to nie tak, że siedzę tu i żałuję. Przez czterdzieści lat byłam żoną Zbyszka, kierowcy w PKS-ie, matką dwójki dzieci, księgową w spółdzielni na Pradze, a teraz jestem emerytką w bloku na Bródnie, w mieszkaniu M-3, w którym kiedyś było ciasno od ludzi, a teraz jest ciasno od ciszy. I od zimna, odkąd Tomek postanowił mnie „unowocześnić".
To się zaczęło w październiku. Tomek przyjechał w niedzielę - co samo w sobie było dziwne, bo od kiedy dostał awans w tej firmie informatycznej, widywałam go raz na miesiąc, może rzadziej. Przyjechał z jakimś kartonem, od progu zdjął buty, postawił pudełko na stole w kuchni i powiedział:
- Mamo, mam dla ciebie prezent. Koniec z tym przestarzałym piecem.
- A co mu jest? - spytałam, bo piec gazowy działał jak działał, trzeba było tylko pokrętło przekręcić.
- Nic mu nie jest, ale ty się schylasz, kręcisz, zapominasz wyłączyć na noc. To jest nowoczesny termostat. Podłączam go do Wi-Fi, ustawiam ci temperaturę z telefonu, i spokój.
Nie protestowałam. Bo kiedy Tomek coś postanowił, to nie pytał. Tak miał od dziecka. Zbyszek mówił: „Ten chłopak to ma łeb jak komputer, ale serce jak sejf - ciężko otworzyć". Ja Zbyszkowi mówiłam wtedy, żeby nie gadał głupot, że syn nas kocha, tylko po swojemu. Teraz, siedząc w tym zimnie, czasem myślę, że Zbyszek widział więcej, niż ja chciałam widzieć.
Tomek majstrował całe popołudnie. Coś wiercił, podłączał kabelki, stukał w telefon. Zrobiłam mu rosół, ten z kury, z dużą ilością marchewki, jak lubił w dzieciństwie. Zjadł dwa talerze. Przy trzecim powiedział:
- Gotowe. Teraz nie musisz nic robić. Jak będzie ci zimno, dzwoń do mnie, zmienię temperaturę.
- A sama nie mogę?
- Możesz kręcić pokrętłem, ale i tak główne sterowanie jest z aplikacji. Lepiej dzwoń, to szybciej.
I wyjechał. Z resztką sernika, którą mu zapakowałam w foliowy pojemnik. A ja zostałam z białym prostokątem na ścianie i pierwszymi chłodami za oknem.
Przez pierwszy tydzień było dobrze. Ciepło, normalnie. Potem nadszedł listopad i coś się zmieniło. Albo Tomek zmienił. Rano wstawałam, a w mieszkaniu było szesnaście stopni - sprawdzałam na starym termometrze rtęciowym, który wisi u mnie w przedpokoju od trzydziestu lat. Kręciłam pokrętłem - nic. Dzwoniłam do Tomka.
Za pierwszym razem odebrał od razu. „Mamo, spokojnie, chyba się przestawiło. Zaraz poprawię." Po godzinie zrobiło się cieplej. Za drugim razem oddzwonił dopiero wieczorem. „Przepraszam, spotkanie w pracy. Już ustawiam." Za trzecim razem napisał SMS-a: „Mamo, 18 stopni to norma. W biurach jest tyle samo."
W biurach. On siedzi w biurze w koszuli, przy biurku, z kubkiem kawy. Ja siedzę w kuchni w swetrze, z kocem, z herbatą, bo od emerytury nogi mi marzną nawet latem. Chciałam mu to wytłumaczyć, ale kiedy zaczęłam mówić, przerwał:
- Mamo, wiesz ile kosztuje teraz gaz? Dwadzieścia dwa stopnie to jest rozrzutność. Jak tata żył, to płaciliście mniej, bo było was dwoje i ciepło od dwóch ciał. Teraz jesteś sama, wystarczy osiemnaście i sweter.
Zamurował mnie. Nie „ciepło od dwóch ciał" - to było okrutne, choć pewnie nie chciał. Ale to „wystarczy" - jakby on decydował, co mi wystarczy. Jakby ten termostat nie był prezentem, tylko smyczą.
Powiedziałam o tym Bożenie z trzeciego piętra, przy herbacie u niej - bo u niej jest ciepło, ma stary piec i sama sobie kręci. Bożena pokiwała głową i powiedziała:
- Halinka, a może on po prostu oszczędza? Może myśli, że ci pomaga?
- Pomaga, jak ja mu o to nie prosiłam?
- Dzieci tak mają. Mój Darek zabrał mi prawo jazdy, bo twierdzi, że źle widzę. A ja widzę świetnie, tylko raz wjechałam w krawężnik.
Zaśmiałyśmy się, ale gorzko. Bo to jest ten moment, kiedy twoje dzieci zaczynają cię traktować jak dziecko. Kiedy decydują za ciebie, ile stopni potrzebujesz do życia.
Przed Wigilią zadzwoniła Kasia, moja córka z Krakowa. Powiedziałam jej o termostacie, bo myślałam, że pogada z bratem. A Kasia na to:
- Mamo, Tomek dobrze robi. Rachunki za gaz to teraz dramat. A ty i tak całe życie chodziłaś w swetrach.
Całe życie chodziłam w swetrach, bo Zbyszek lubił świeże powietrze i otwierał okna zimą. Chodziłam w swetrach, bo nie było pieniędzy na porządny płaszcz. Chodziłam w swetrach, bo tak było trzeba. A teraz mam chodzić w swetrach, bo mój syn ustawił mi osiemnaście stopni z telefonu i uważa, że to wystarczy.
W Wigilię Tomek przyjechał z żoną i dziećmi. W mieszkaniu było dwadzieścia stopni - sprawdziłam termometrem. Widocznie na święta podkręcił. Kiedy siadaliśmy do stołu, powiedziałam:
- Tomek, oddaj mi piec.
- Słucham? - spojrzał na mnie znad barszczu.
- Chcę sama regulować temperaturę. Jak dawniej.
Jego żona, Magda, popatrzyła w talerz. Wnuki bawiły się telefonami. Kasia, która przyjechała z Krakowa, mieszała kompot.
- Mamo, to jest nowoczesne rozwiązanie. Nie rozumiesz, jak to działa, i będziesz przepalać gaz.
- Nie rozumiem? Czterdzieści lat kręciłam pokrętłem i jakoś dom nie spłonął.
- To było inne pokrętło.
- A to jest inne zimno?
Cisza. Tylko wnuczka Zosia podniosła głowę znad ekranu i popatrzyła na mnie z ciekawością. Tomek odłożył łyżkę, przetarł usta serwetką i powiedział spokojnie, tym swoim tonem, który ma od awansu - jakby tłumaczył coś stażystce:
- Mamo, ja to robię dla twojego dobra.
Dla mojego dobra. Zbyszek też tak mówił, kiedy decydował, gdzie jedziemy na wakacje. Szef w spółdzielni tak mówił, kiedy obcinał premie. Lekarz tak mówi, kiedy zapisuje leki, od których kręci mi się w głowie. Wszyscy wiedzą lepiej, co jest dla mojego dobra.
Nie odpowiedziałam. Podzieliłam się opłatkiem. Zjadłam barszcz, uszka, karpia, kutię. Posprzątałam ze stołu. Pocałowałam wnuki na dobranoc.
A w styczniu zadzwoniłam do hydraulika z osiedla. Starszy pan, Tadeusz, emerytura z zakładu energetycznego. Przyszedł, popatrzył na termostat, pokręcił głową i powiedział:
- Pani Halino, ja mogę pani to obejść. Pokrętło będzie działać jak dawniej. Ale syn się dowie, bo aplikacja mu pokaże inną temperaturę.
- Niech pokaże - powiedziałam.
Tadeusz coś tam poprzestawiał, podłączył, pokombinował. Wziął sto pięćdziesiąt złotych i kawałek szarlotki. Wieczorem odkręciłam pokrętło na dwadzieścia jeden stopni. Usiadłam w kuchni bez swetra po raz pierwszy od trzech miesięcy. Herbata parowała. Kaloryfer grzał. Było mi ciepło.
Tomek zadzwonił następnego dnia rano.
- Mamo, czemu termostat pokazuje dwadzieścia jeden?
- Bo tyle ustawiłam.
Długa cisza. Słyszałam, jak oddycha. Wreszcie powiedział:
- Porozmawiamy o tym.
Miał rację. Porozmawiamy. Tylko że tym razem to ja ustawię temperaturę tej rozmowy.